O wojowniczej naturze demokracji

Często spotykam się z argumentem, że skoro obecny rząd i prezydent są owocem demokratycznych wyborów, to z głosem demokratycznie się wypowiadającej większości trzeba się zgadzać i go szanować, bo „Polacy dokonali wyboru”. Zatem nie trzeba organizować demonstracji, tylko co najwyżej spokojnie czekać na możliwość ponownych wyborów. To nie takie proste, gdyby demokracja polegała na potulnym słuchaniu większości byłaby tylko czczym konformizmem. Demokracja nie jest idealnym ustrojem, który na drodze wyłonienia głosu większości zapewnia iluzoryczne dobro równie iluzorycznej całości. Tylko naiwni tak myślą. Demokracja to raczej swego rodzaju stan moderowanej wojny domowej. Grupy ludzi i partie polityczne zawsze mają przeciwstawne opinie na wszelkie możliwe tematy. Ważniejsze jednak od opinii zawsze błądzących ludzkich umysłów jest to, co zapewnia moderację konfrontujących się postaw. Moderację umożliwiają czynniki nieosobowe, takie jak konstytucja, system podziału władz, prawa obywatelskie itd. To one tworzą „boże igrzysko”, na którym rozgrywają się namiętności rozmaitych grup. Obywatel ma więc nie tylko prawo, ale wręcz święty obowiązek, by wtedy, gdy nie zgadza się z polityką rządu wybranego większością głosów, uczestniczyć w protestach ulicznych i we wszelkich możliwych formach obywatelskiego nieposłuszeństwa zgodnie ze swoimi przekonaniami. Jest to koniecznością zwłaszcza wtedy, gdy jakiś rząd powołując się na większość pozyskaną w wyborach chce podporządkować sobie owe nieosobowe czynniki moderujące, niszcząc tym samym podłoże demokracji. Demokrata to wojownik, który nigdy nie idzie za głosem większości, lecz zawsze ją sprawdza. W permanentnej wojnie, jaką jest demokracja, trupem powinny padać co najwyżej opinie i mniemania rozmaitych grup, a nie struktury demokratyczne, czy też obywatele.

O języku Kwakiutlów

Franz Boas, zwany ojcem amerykańskiej antropologii, zwrócił kiedyś uwagę na pewne właściwości języka Indian Kwakiutlów, dowcipnie zauważając, że czytanie współczesnych gazet byłoby przyjemniejsze, gdyby były pisane w tym języku. Otóż w języku Kwakiutlów mówienie o jakimś zdarzeniu różniło się w zależności od tego, czy było to doświadczenie osobiste osoby relacjonującej to zdarzenie, czy też było to jej wnioskowanie, czy wreszcie była to zasłyszana przez nią pogłoska. Niestety współczesne języki nie mają już tej tak wspaniale utrudniającej kłamanie właściwości. Poziom abstrakcji naszego języka pozwala na takie ujęcie treści przekazu, które całkowicie kryje jego źródło. Zaiste szkoda, że jesteśmy tak wyrafinowani językowo, bo wydaje mi się, że ludzkość nie dorosła moralnie do swoich zdolności lingwistycznych. Byle polityczna szuja albo anonimowy internetowy troll może powiedzieć albo napisać cokolwiek, najbardziej niebotyczną bzdurę i już miliony mu wierzą. Jedynie krytyczne myślenie może nas ochronić przed utonięciem w morzu postprawd. Niestety, jak mawiał Carl Gustav Jung, znakomita większości populacji woli osądzać zamiast myśleć.

O neurotypowości

Zawsze interesowało mnie ciekawe zjawisko polegające na tym, że praktycznie wszystkie wspaniałe wynalazki ludzkości wraz ze swym rozprzestrzenieniem się na całość populacji ukazywały swoje coraz bardziej ciemne oblicze. Cokolwiek weźmiemy pod uwagę, czy to pismo, czy też druk albo wreszcie rozwój technologii w ciągu ostatnich wieków – to wszystko było tworem jednostek, genialnych innowatorów, którzy bez wątpienia mieli jak najlepsze intencje. Jednak wraz z rozpowszechnieniem się tych innowacji zmieniał się radykalnie ich wpływ na ludzkość. To, co miało w zamiarze twórcy być dla ludzkości samym dobrem przeistaczało się w zagrożenie. Weźmy pismo jako przykład. To wspaniałe narzędzie przekazywania i przechowywania informacji. Dzięki pismu ludzkość może kumulować swoją wiedzę, gdyż stanowi ono most między pokoleniami. Jednak wraz z upowszechnieniem pismo obnażyło swe drugie oblicze – stało się narzędziem przemocy, obmowy czy propagowania zbrodniczych ideologii, w myśl powiedzenia, że papier jest cierpliwy i wszystko zniesie. Podobnie pieniądz został wynaleziony jako uniwersalne narzędzie wzajemnego zaufania w procesie wymiany dóbr, a z czasem stał się jedynym uniwersalnym miernikiem wartości glajchszaltującym nasze życie. Najlepszym przykładem jest jednak technologia internetowa – z jednej strony zapewnia natychmiastowy dostęp do wiedzy całej ludzkości, a z drugiej strony służy znakomitej większości populacji do upowszechniania fałszu, postprawd i ogromu zwyczajnych głupot, zgodnie z powiedzeniem Stanisława Lema, zmarłego w 2006 roku: „Nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów, dopóki nie poznałem internetu”.

Takie wynalazki jak pismo, pieniądz czy internet były dziełem jednostek wyjątkowych, nienormatywnych. Gdy rozprzestrzeniły się wśród neurotypowych egzemplarzy tego gatunku natychmiast zostały wykorzystane niezgodnie z pierwotnym zamierzeniem twórcy i zaczęły funkcjonować zgodnie z naturą zwykłego, neurotypowego człowieka, amplifikując negatywne strony ludzkiej natury. Osobnicy neurotypowi stanowią ponad 95 procent populacji, ich jedynym obiektem zainteresowania jest obsesyjne zajmowanie się poczuciem własnej wartości, poszukiwanie relacji z innymi, by je potwierdzić i sycenie się prestiżem, gdy już się je osiągnie. Zarazem osoby neurotypowe mają także obsesję na punkcie konformizmu, co potwierdzają badania z zakresu antropologii i psychologii społecznej. Niegdyś plotkowano tylko w obrębie plemienia, teraz plotka może, dzięki internetowi, osiągnąć wymiar planetarny. Neurotypowych nie interesuje wiedza o rzeczywistości, jakikolwiek rodzaj obiektywnego poznania, a tylko emocje, relacje z innymi i własny interes. Sprowadzają rzeczywistość tylko do wymiaru czysto personalnego, zaniedbując wszystko, co nie dotyczy relacji międzyludzkich. Nawet doświadczenia religijne wybitnych jednostek, które wyprowadzały je poza uzgodnioną rzeczywistość, zostały przez neurotypowych wykorzystane do budowy grup ludzi wzajemnie potwierdzających swoje złudzenia – zwiemy to religiami. Bo czymże jest neurotypowść, jak nie poczuciem, że żyje się w świecie stworzonym przez podobnych sobie ludzi, z którego wykluczono innych, obcych, odmiennych, w świecie który jest jednolity i homogeniczny. Z tego świata wykluczani są najczęściej neuronietypowi, którym tak wiele zawdzięczamy.

PS

Termin neurotypowy wywodzi się ze społeczności autyków, określa człowieka o „normalnej” organizacji psychicznej. Nie ma tego hasła w polskiej Wikipedii. Inspiracją dla wpisu była książka S. Silbermana „Neuroplemiona”.

O puszczy, koanie i antropocentryzmie raz jeszcze

Nie dziwę się leśnikom psioczącym na ekologów, którzy wedle nich niszczą Puszczę Białowieską. Leśnicy są bezwolnymi ofiarami swojego wykształcenia i ograniczonego światopoglądu. Żywią dogłębne przekonanie, że bez ich ingerencji puszcza zginie. Tak, wielu ludzi wierzy, że bez ingerencji człowieka zginą lasy i zwierzęta, a i być może cała planeta – podobnie jak bez ogrodnika trawnik zginie, a drzewa zasadzone w parku uschną. Przekonanie, że tylko człowiek może wszystko uratować jest doprawdy żałosne, gdyż to tak naprawdę jest on najbardziej destrukcyjnym gatunkiem na tej planecie. Puszcza to koan dla leśników – wymaga ona od nich by odpuścili, by przestali być leśnikami, podczas gdy cała ich mentalność mówi im, by ingerowali, bo bez nich zginie puszcza, a co ważniejsze, zniknie tym samym ich sposób życia i zarobkowania. Nie łudzę się jednak, że oni ten koan przejdą. Pozostaną sobą, pozostaną wiernymi wyrobnikami niszczycielskiego systemu.

Niepokoi mnie natomiast poziom dyskusji o puszczy pośród osób, które są niezorientowane w temacie, acz ogólnie rzecz biorąc nie są zwolennikami jej wycinki. Prawie każdy uważa, że wie co jest dobre dla puszczy, a wielu snuje pseudofilozoficzne dywagacje dotyczące tego, czym jest naturalność albo nienaturalność. Trwają dyskusje czy pozwolić puszczy zginąć, czy pozwolić by została zjedzona przez kornika, albo czy może jak pojawi się w niej pożar, to gasić czy też nie? Bo przecież puszcza to obszar absolutnej nieingerencji człowieka, a jak spłonie, to przecież zniknie i nie będziemy mogli jej odwiedzać jako turyści. Co za strata, ale tylko dla ludzi. Wszystkie te bezpłodne dywagacje, prowadzone z absurdalnie antropocentrycznego punktu widzenia, są pełne obsesyjnego myślenia – jakże typowego dla tego patologicznego gatunku nazywającego się homo sapiens – co robić, a co nie robić. Ludzie wychowani w inkubatorach miast, odcięci od wszelakiego kontaktu z naturą dyskutują nad resztkami naturalnej biosfery, pogrążeni w iluzjach sprawstwa. Doprawdy trudno nie zobaczyć w tym biblijnego „czyńcie sobie ziemię poddaną”, tyle że odczytywanego współcześnie jako „czyńcie sobie ziemię zasobem surowców dla waszych przyjemności”.

O islamskich terrorystach, korposzczurach i ćpunach

Amerykański psychiatra sądowy Marc Sageman przebadał życiorysy pięciuset terrorystów islamskich. Byli to zamachowcy, którzy zniszczyli WTC oraz osoby, które ich wspomagały. Tylko jedna czwarta miała tradycyjne wykształcenie koraniczne. Pozostali byli neofitami, którzy wstąpienie do Al Kaidy utożsamiali z mniej lub bardziej głęboką konwersją na islam. Ponadto wielu z nich miało wykształcenie techniczne, korzystne w przygotowywaniu zamachów, lecz stanowiące przeszkodę w przyswajaniu sobie symbolicznej i religijnej wizji świata oferowanej tak przez islam, jak i każdą inną religię. Sprzyjało ono dosłownemu odczytywaniu nauk Koranu, oferowanemu im przez fundamentalistycznie nastawionych imamów. Sageman twierdzi, że gdyby otrzymali oni normalną edukację religijną, a nie jej fundamentalistyczny ersatz, nie dokonaliby tych zamachów. Niezależnie od tego, czy przyznamy mu rację w tej kwestii, możemy przypuszczać, że problemem jest nie religia jako taka, ale to jak jest ona implementowana w umysłach ludzi, a także to, do jakiego rodzaju umysłów trafia. Najgorzej jest wtedy, gdy fundamentalistyczne idee religijne trafiają do umysłu wyedukowanego wedle laickich standardów. Jest to częsta sytuacja w przypadku dzieci emigrantów z krajów islamskich, które urodziły się już w krajach Zachodu. Otrzymujemy wtedy mieszankę wybuchową – jak wiemy dosłownie wybuchową – w której immanentna dla mentalności Zachodu dezorientacja co do celów życia i egzystencjalna pustka spotyka się z konkretystyczną aż do bólu interpretacją przekazu religijnego. Efektem może być tylko autodestrukcja.

Wykorzystanie ideologii religijnej dla politycznych, egoistycznych celów to oczywiście nic nowego. W historii ludzkości mariaż polityki i religii był regułą. Nowa jest skala tego zjawiska i nowe jest to, że okrojone, fundamentalistyczne ideologie religijne są wykorzystywane do walki ze współczesną cywilizacją. Według psychologii ewolucyjnej religia rozwinęła się jako kulturowe narzędzie adaptacji homo sapiens do otoczenia. Dawniej spełniała całkiem dobrze swoją rolę, dostarczając społecznościom i jednostkom pewnych ogólnych ram, w obrębie których możliwe było prowadzenie dobrego życia. Obecnie jednak rozwój cywilizacji technicznej tak dalece wyobcował ludzi zarówno z otoczenia społecznego, jak i przyrodniczego, że ideologia religijna stała się w oczach fundamentalistów jedynym sposobem mogącym doprowadzić do powrotu tych „starych, dobrych czasów”. Fundamentalistyczna edukacja „religijna” jest w tej perspektywie tylko reakcją na procesy, które doprowadzają współczesne społeczeństwa do rozpadu. I reakcja ta będzie bez wątpienia narastać, wzmacniana przez prowadzoną pod różnymi płaszczykami wojnę z terroryzmem, która jest równie absurdalna jak wojna z narkotykami. Obydwie są absolutnie nieskuteczne, gdyż skupiają się wyłącznie na zwalczaniu symptomów, a nie przyczyn obecnego stanu rzeczy.

Proponuję by spojrzeć na uzależnienie od wszelkiego rodzaju narkotyków i na fundamentalizm religijny jako na dwie równie absurdalne próby samouleczenia podejmowane przez udręczonych współczesną cywilizacją ludzi. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że sporo je różni. Gdy jednak spojrzymy bliżej zobaczymy przerażającą symetrię. Ci, którzy się uzależniają chcą płynąć z przyśpieszającym coraz bardziej nurtem współczesnej cywilizacji, chcą za nią nadążyć. To korposzczury. Oczywiście są też ludzie chcący uciec od świata stworzonego przez współczesną cywilizację i odpłynąć w niebyt dzięki narkotykom. Jedni i drudzy czynią to niszcząc siebie. Terroryści walczą z cywilizacją chcąc ją powstrzymać, ale także niszczą siebie. Niezależnie od tego czy jestem korposzczurem, słuchającym swego CEO, ćpunem gnijącym w pustostanie na przedmieściach, którego bogiem jest hera, czy też młodym islamistą, posłusznym swemu imamowi – jedynym wyjściem jest zawsze autodestrukcja.

O życiu

Tydzień temu umieściłem wpis o postżyciu. Naturalną reakcją czytelników było postawienie pytań o to, czym jest według mnie życie. Parafrazując Augustyna odpowiadałem, że gdy mnie nikt nie pyta, to wiem czym jest życie, ale zapytany już nie wiem. Ale to było za mało dla ciekawskich. Przedstawiam więc roboczą hipotezę, moją ulubioną. Głosi ona, że życie skończyło się wraz z początkiem epoki neolitu, z pojawieniem się rolnictwa i osadnictwa, którego kulminacją jest miasto. To wtedy ludzie zaczęli wytwarzać skomplikowaną rzeczywistość społeczną, która ich przerosła. Złożoność struktury społecznej doprowadziła do tego, że życie tworzących te społeczeństwa jednostek stawało się coraz bardziej fragmentaryczne. Ludzie stali się cząstkami wielkich całości, których już nie mogli objąć swym umysłem i tym samym wydali się na przemożny wpływ procesów zbiorowych. W przeciągu dziejów miasta niczym rak rozrastały się i obecnie już ponad połowa ludzkości jest w nich uwięziona. Są to często gigantyczne zbiorowiska kilkunastu milionów ludzi, a megalopolis obejmują już dziesiątki milionów mieszkańców. Kategoria postżycia odnosi się przede wszystkim do mieszkańców miast, bowiem to w nich dziś postżycie rozkwita.

Miałem jednak pisać o życiu. Ponieważ nie wiem, czym jest życie, opiszę zatem trzy warunki, które – tylko gdy wspólnie zaistnieją – są warunkami możliwości życia. Spójrzmy zatem na większości ludzkości, która prowadzi swoje „życie” w miastach. Często mówimy, że „w mieście nie da się żyć”. To dobra intuicja, od której wyjdę próbując odpowiedzieć na pytanie, czym jest życie. Skoro „w mieście nie da się żyć”, to czego nie „da się” w mieście? W mieście nie da się urzeczywistnić trzech podstawowych więzi, które są konstytutywnymi warunkami życia. Po pierwsze – nie da się nawiązać prawdziwie głębokiego kontaktu z samym sobą, gdyż jest to możliwe tylko w ciszy, nie w hałasie generowanym przez ludzi, a który w miastach nieustannie oddziałuje na wszystkie nasze zmysły (pisałem tu o ciszy). Po drugie – nie da się nawiązać bliskiego kontaktu z innymi, gdyż w mieście roztapiamy się w masie ludzkiej i stajemy się bezosobowymi atomami, spotykając codziennie tysiące nieznanych nam ludzi (co kiedyś nazwałem współczesną prozopagnozją). Po trzecie – nie da się nawiązać głębokiego kontaktu z przyrodą, gdyż jej w mieście po prostu nie ma. Mało tego, mieszkańcy miast wydają się nienawidzić przyrody, gdyż uważają ją za zagrożenie, traktują jako obszar chaosu, który musi być uładzony przez racjonalne zabiegi człowieka (jak wycinanie drzew).

Życie jest zatem wtedy, gdy „da się żyć”. Gdy trzy wymienione powyżej fundamentalne formy kontaktu czy też jedności zaistnieją łącznie, wtedy jest życie. Tylko w tak pojętym życiu coś się wydarza – w postżyciu nic się nie wydarza, jest tylko hałas nadmiernej ilości bodźców, nie ma prawie żadnych znaczących zdarzeń, gdyż człowiek prowadzący postżycie utracił układ odniesienia pozwalający mu określić, co dla niego jest ważne, a co nie. Nie jest przypadkiem, że miliony mieszkańców miast cierpią na depresję, wysuwającą się obecnie na czoło w rankingu nerwic.

W 1959 roku C.G. Jung napisał list do człowieka cierpiącego na depresję spowodowaną emigracją. Odnajdujemy w nim owe trzy podstawowe warunki życia wymienione jako lekarstwa na depresję, pojawiające się kolejno jako kontakt z ludźmi, z przyrodą i z samym sobą: „Jest mi przykro, że jesteś tak nieszczęśliwy. ‚Depresja’ znaczy dosłownie ‚być ściśniętym’. To może zdarzyć się nawet wtedy, gdy nie masz żadnego w ogóle świadomego poczucia ‚bycia na szczycie’. Nie chciałbym zatem odrzucać tej hipotezy od razu. Gdybym to ja miał żyć w obcym kraju, poszukałbym jednej albo dwóch osób, które by się wydawały życzliwe i stałbym się dla nich pożyteczny. W ten sposób libido przyszło by do mnie z zewnątrz, chociaż w trochę prymitywnej formie, trochę jak u psa, merdającego ogonem. Hodowałbym zwierzęta i rośliny i odnalazł radość w ich wzrastaniu. Otoczyłbym się pięknem – takim najprostszym i naturalnym – przedmiotów, kolorów i dźwięków. Dobrze bym jadł i pił. A gdy ciemność by gęstniała, przenikałbym do samego jej rdzenia i podstawy, i nie przestawałbym, aż pośród bólu ukazałoby mi się światło, gdyż ‚in excessu affectus’ [przy nadmiarze emocji] Natura odwraca swe działanie. Z pasją bym zwrócił się przeciwko sobie i w jej gorącu stopił mój ołów. Wyrzekłbym się wszystkiego i zajął najprostszymi czynnościami, gdyby depresja miała mnie doprowadzić do przemocy. Walczyłbym z mrocznym aniołem, dopóki on nie wywichnie mego biodra. Gdyż on także jest światłem i błękitnym niebem, które mi odebrał.”

Jak przewidują psychiatrzy do 2020 roku depresja stanie się drugą najpowszechniejszą chorobą ludzkości. Postżycie to w pewnym sensie tylko inna nazwa depresji, fundamentalnej niechęci do spontaniczności, aktywności i twórczości. Bo życie musi zawierać w sobie element, który jest radością samą w sobie, jak wtedy, gdy wybiegamy rano w łąkę i podskakujemy na niej jak źrebak. Bez tego jesteśmy tylko trybikami w maszynie firmy czy korporacji i niczym innym, jak jedynie nawozem dla procesów zbiorowych.

O postżyciu

Modny przedrostek „post” zagościł już przed wieloma słowami. Znamy termin postmodernizm, żyjemy w społeczeństwie postindustrialnym, czytamy postprawdy. W sumie można by zatem powiedzieć, że właściwie prowadzimy postżycie. Postżycie tym się odróżnia od życia, które niegdyś być może prowadzili nasi przodkowie, że jest pozbawione pomysłu na siebie. Mottem postżycia mogłyby być słowa piosenki zespołu „The White Stripes”: „I just don’t know what to do with myself”. Od co najmniej kilku pokoleń wmawia się ludziom Zachodu by „byli sobą”, by „odnaleźli siebie”. Niestety pomimo wysiłków zastępów psychoterapeutów, doradców, przewodników duchowych, coachów i mnóstwa im podobnych większość, ba, prawie wszyscy nie wiedzą, co to znaczy „być sobą”. Pogrążeni w niewiedzy oddają się zatem postżyciu, polegającym na nieustannym szukaniu odpowiedzi na pytania, których sobie nawet poważnie nie stawiają; na frenetycznych rozrywkach pomagających zapomnieć o pustce codzienności; na masowej turystyce, dzięki której mogą uciekać od miejsc, do których przynależą i rozpuszczać się w anonimowej, zatomizowanej masie; na zanurzaniu się w wirtualnej cyberprzestrzeni, kreującej świat o wiele bardziej interesujący od rzeczywistego; na konsumowaniu najnowszych gadżetów, dających złudne poczucie sprawstwa i na podniecaniu się postprawdziwymi przekazami, które są surogatami wiedzy. Rzucają się na płaskie ideologie i absurdalne teorie spiskowe jak zgłodniałe psy na kość, warcząc na „innych”, „obcych”, oszaleli w bezskutecznym poszukiwaniu jakiejkolwiek tożsamości. Nie dziwią mnie takie zachowania, bo skoro nie wiem, kim jestem, to także nie jest ważne to, co robię. Ważne wtedy jest tylko to, by coś się działo, by generować polisensoryczny hałas i nurzać się w hałasie wytwarzanym przez innych, a pozbawionym wszelkiego znaczenia. Tylko taki hałas może zagłuszyć pustkę postżycia, w którym już nic się nie wydarza. Cisza byłaby groźna, bo w ciszy spotka się siebie. Ludzie zachowują się niczym dzikie zwierzęta zamknięte w klatce, kompulsywnie kręcą się kółko, nazywając ten ruch życiem. To nie jest życie, to jest postżycie. Życie już się skończyło.