O „teologii” klimatycznej

Profesor Tadeusz Gadacz umieścił ostatnio na Facebooku ciekawy wpis: „Ekologia jest ideologią, tak głoszą niektóre środowiska katolickie. Co jest zatem przyczyną ostrych zmian klimatu? Niedawno usłyszałem odpowiedź: Bóg odchylił oś Ziemi. To odchylenie powoduje zmiany klimatyczne. Nie są one jednak niebezpieczne, wręcz przeciwnie. Topniejące lodowce odsłonią nowe bogactwa naturalne, by człowiek nadal mógł czynić sobie Ziemię poddaną”. Trudno nawet nazwać owe słowa o boskiej interwencji odchylającej oś ziemską jakimś błędem myślowym. To raczej swego rodzaju błąd systematyczny, znany od ponad stu lat pod nazwą „Bóg od zapychania dziur”. Błąd ów polega na tym, że tłumaczymy zjawiska dotąd niewyjaśnione przez naukę interwencją Boga. W przytoczonym przykładzie mamy wszelako do czynienia z ciekawą modyfikacją tego błędu – autor przytoczonych słów wydaje się bowiem uznawać wyniki badań naukowych dotyczących topnienia lodowców, ale jako przyczynę podaje boską wolę, a nie czynnik ludzki.

Tłumaczenie wszystkiego wolą bożą ma dwojakie oblicze. Z jednej strony pozwala zaakceptować to, co spotyka nas w życiu, choćby by były to najgorsze rzeczy, zgodnie ze słowami z księgi Izajasza (45,7): „Ja tworzę światło i stwarzam ciemność, sprawiam pomyślność i stwarzam niedolę”. Tu Bóg jest stworzycielem wszystkiego i człowiek wierzący weń zyskuje jakiś rodzaj pociechy. Z drugiej strony jednak wiara w Boga pozwala odrzucać wszelkie niedogodności w imię egoistycznych, aż nazbyt ludzkich potrzeb. Tak jest w przytoczonej przez Gadacza wypowiedzi. Jej autor ma dosyć płaskie pojęcie Boga, pojmuje Go jako istotę, która dba tylko o potrzeby ludzi i aranżuje rzeczywistość wedle tych potrzeb. Jego Bóg to jeno wytwór antropocentrycznej wyobraźni, co jest nader powszechnie spotykaną dolegliwością wśród osób wierzących.

Co to ma wspólnego z obecnymi debatami na temat klimatu? Ano tyle, że nawet bez wciągania Boga w te dysputy wielu znajduje różnego rodzaju zastępniki czynnika ludzkiego, twierdząc, że „zamiany klimatu są cykliczne” i „zawsze tak było”. Tak, cykliczność przemian to najbardziej powszechny ersatz Boga. Niektórzy wierzą, że wszelkie zmiany są dziełem Boga. Są też tacy, którzy w zmianach – oczywiście cyklicznych – widzą boga. Perspektywa „teologiczna” zawsze będzie obecna w dyskusjach klimatycznych, gdyż dotyczą one podstawowej kwestii egzystencjalnej, być albo nie być ludzkiej cywilizacji. A ta nie istnieje bez jakieś formy religii. W miarę wzmagania się kryzysu klimatycznego można zatem spodziewać się coraz bardziej gorących dyskusji „teologicznych”.

Carl Gustav Jung

W cyklu wpisów o postaciach będących dla mnie inspiracją nie może zabraknąć Carla Gustava Junga. Jego dzieło było tym, co najbardziej przyczyniło się do ukształtowania mojego światopoglądu. Czy jednak krótka notka może cokolwiek oddać z rozmachu jego prac? Oczywiście nie. Mogę jednak przytoczyć jedno zdanie, rozpoczynające Wspomnienia, sny, myśli, które moim zdaniem oddaje to wszystko, co chciał powiedzieć przez całe swoje życie w dziesiątkach napisanych przez siebie tomów: „Moje życie jest historią samourzeczywistnienia się nieświadomości”. To stwierdzenie można odnieść nie tylko do Junga, bo dotyczy ono każdego człowieka. Chociaż w jego przypadku efekty były zaiste ciekawe: szwajcarski mieszczanin o wyglądzie pruskiego oficera, syn protestanckiego pastora, stał się prorokiem nieświadomości, zgłębiającym heretyckie pisma gnostyków i tajemne traktaty alchemików. Urzeczywistnienie nieświadomości to trwała przemiana osobowości, czyli to, co jako jedyne może nam pomóc żyć tym życiem.

Każdy z nas wyłania się w swoim kształcie umysłu z tego, co nieznane, z tego co Jung nazywał nieświadomością. Jedni wyłaniają się bardziej, inni mniej, a większość prawie w ogóle. Ci, którym się to udaje robią to dzięki symbolicznemu ujmowaniu treści swojej świadomości. Jak napisał Jung: „Jedynie przez doświadczenie rzeczywistości symbolicznej człowiek może odnaleźć drogę powrotną do świata, w którym nie będzie dłużej już kimś obcym”. I to jest istota jego przesłania: powrót do świata, odnalezienie swojej duszy, symboliczne i mitologiczne postrzeganie rzeczywistości, tak jak od zawsze to ludzie czynili. To dla mnie najważniejsza nauka, którą zaczerpnąłem od Junga.

O chorym społeczeństwie

Swoją przedmowę do zbioru wykładów Ericha Fromma zatytułowanych Patologia normalności Reiner Funk rozpoczyna od znamiennych słów: „Na początku lat 50. Erich Fromm zajął się intensywnie zagadnieniem, czy człowiek żyjący we współczesnym społeczeństwie przemysłowym jest jeszcze zdrowy psychicznie”. Do jakich konkluzji doszedł Fromm? W Zdrowym społeczeństwie, książce napisanej w 1955 roku, stawia tezę, że chora może być kultura jako całość. I to nie jakaś wyizolowana kultura, ale ta konkretna, która obecnie zdominowała większość planety, czyli kultura zachodnia. Według Fromma: „Celem całego społeczno-gospodarczego rozwoju świata zachodniego jest wygoda materialna, względnie równy podział bogactwa, stabilna demokracja i pokój,w krajach zaś, które się najbardziej zbliżyły, znajdujemy najpoważniejsze objawy braku równowagi umysłowej!” Od czasu gdy napisał te słowa minęło 65 lat. Jeśli coś się zmieniło od tego czasu, to tylko na gorsze, czego najlepszym przykładem jest kryzys klimatyczny. Patologia normalności ludzi daje już efekty nie tylko psychiczne, ale i fizyczne, o czym Fromm nie mógł jeszcze wiedzieć, gdyż w czasie gdy pisał swoją książkę krzywe wykładnicze wzrostu dopiero ruszyły jak z kopyta.

Obecna sytuacja świata jest skutkiem planetarnego konformizmu, który trafnie zdefiniował Fromm:„Fakt, że miliony ludzi mają te same wady, nie czyni tych wad cnotami; fakt, że podzielają tyle błędnych przekonań, nie czyni tych przekonań prawdami; a fakt, że ludzie dzielą pewną formę patologii umysłowej z milionami innych ludzi, nie czyni ich zdrowymi”. Tak, dzisiaj to, co normalne jest patologiczne, bo przecież czymś normalnym jest konsumowanie, bez którego nie ma nieustannego wzrostu produkcji, PKB, zanieczyszczeń itd. W Patologii normalności czytamy: „Jedną z postaci współczesnej religii jest otaczanie czcią szczególnego bożka – bożka produkcji jako takiej”. Dzisiaj ten bożek ukazuje nam już swoje najciemniejsze oblicze.

Ludzi głoszących, że może być inaczej, że nie musimy oddawać hołdu owemu bożkowi oskarża się o bycie nienormalnymi. Jest to najczęstszy zarzut na przykład wobec Grety Thunberg. Uczestniczyłem niedawno w wymianie opinii na Facebooku na jej temat. Główne zarzuty, jakie padały wobec Grety to: „Jest chora psychicznie” i „Niech wraca do szkoły”. Tak, niech wróci, a wtedy szkoła wychowa ją na „zdrową” psychicznie, czyli dostosowaną do chorego społeczeństwa osobę, której jedynym sensem życia będzie konsumpcja. Ta patologia współczesnego świata niepokojąco przypomina uzależnienie od narkotyków czy alkoholu. Cóż, uzależnienie kończy się wtedy gdy jednostka albo umiera, albo dochodzi do przysłowiowej ściany i się zmienia. Ten drugi wariant jest jednak nader rzadki. W przypadku ludzkości koniec konsumpcyjnego uzależnienia będzie największą tragedią w jej historii. O ile nie po prostu jej ostatecznym końcem.

Our house is on fire

W książce Active Hope Joanna Macy, jedna z czołowych przedstawicielek głębokiej ekologii, przytacza słowa szefa straży pożarnej. Powiedział on, że gdy pali się budynek najbardziej zagrożeni są nie ci, którzy wpadają w panikę i szybko wybiegają na zewnątrz. Nie, o wiele bardziej są zagrożeni ci, którzy nie zdając sobie w pełni sprawy z niebezpieczeństwa próbują ratować swój dobytek i deliberują, co mają zabrać, a co zostawić. To kwestia tego, jak reagujemy na zbliżające się albo już obecne niebezpieczeństwo, kwestia tego, czy je dostrzegamy, czy panikujemy, czy też może mówimy sobie, że wszystko jest pod kontrolą. Dodatkowo okazuje się, że obecność innych ludzi nie zawsze nam pomaga w prawidłowej reakcji. Kierując się instynktem społecznym modelujemy swoje zachowania wedle postępowania innych ludzi, co czasem jest zabójcze.

Zbadali to psychologowie społeczni Bibb Latane i John Darley. W przeprowadzonym przez nich eksperymencie polecili oni badanym, by wypełniali długi kwestionariusz, podczas gdy pokój powoli zapełniał się dymem. Gdy osoby badane były same w pokoju, szybko uciekały. Gdy jednak obok byli współpracownicy badaczy, którzy spokojnie wypełniali swoje kwestionariusze, krztusząc się dymem, osoby badane także to czyniły – około 60 procent wytrzymywało do sześciu minut, kiedy to badacze wchodzili do pomieszczenia i „ratowali” tam obecnych. To dobrze znane zjawisko konformizmu, który w tym wydaniu powodował, że badani ryzykowali swoim życiem tylko dlatego, że inni nie reagowali paniką.

Konkluzja będzie krótka, bo czas nagli – niestety Ziemię zamieszkuje już 7,6 miliarda ludzi i wszyscy patrzą na innych, krztuszą się dymem, wypełniają mniej lub więcej bezsensowny kwestionariusz zwany życiem, albo rozważają jakie dobro sobie zapewnić, co zabrać ze sobą do grobu. A populacja dalej rośnie. Równowagę w liczebności gatunków w przyrodzie zapewniają drapieżniki. Homo sapiens nie ma naturalnego drapieżnika, który by ograniczył jego liczebność, całe szczęście ma jednak sam siebie. Czy to wystarczy do zmiany ludzkich zachowań? Joanna Macy, z typowym amerykańskim optymizmem, jest pełna nadziei, ale transformacja ludzkości, o której pisze w swoich książkach, będzie miała swój koszt.

O cywilizacyjnej bulimii

Ludzkość, jeśli ją pojąć jako całość, cierpi na dobrze znane zaburzenie, zwane bulimią albo – co jest jeszcze bardziej obrazowym określeniem – żarłocznością psychiczną. I nie chodzi tu tylko o miliardy zwierząt zjadanych co roku, chociaż tu liczby szokują. To około 90 miliardów zwierząt na rok. Co sekundę jest wytwarzanych i zjadanych prawie 10 ton mięsa, wołowego, wieprzowego i kurzego. Efektem jest to, że obecnie więcej ludzi umiera z przejedzenia niż z niedożywienia. Ogromne są także koszty klimatyczne hodowli zwierząt. To około 18% gazów cieplarnianych. Mógłbym te liczby mnożyć bez końca, ale to nic nie zmieni, bo te liczby nie docierają do naszych paleolitycznych mózgów, nastawionych na postrzeganie małych liczb. Konsumujemy na potęgę, przeżeramy powodowani żarłocznością psychiczną wszelkie zasoby Ziemi: biologiczne, mineralne, a nawet przestrzenne. Bulimiczny charakter naszego umysłu przejawia się nawet w sferze informacji: musimy być online, choćby po to, by poznać najnowsze, nikomu niepotrzebne planetarne plotki.

Kiedyś pewna młoda kobieta, cierpiąca na bulimię, opowiedziała mi swój sen. W tym śnie leżała w łóżku, a wszędzie wokoło było mnóstwo talerzy pełnych jedzenia. Wypełniały cały pokój. Jadła i wymiotowała. W takiej sytuacji jest obecnie ludzkość, przynajmniej w tych krajach, gdzie konsumpcja jest istotą życia. Każda wizyta w supermarkecie jest niczym sen owej kobiety. Jeśli tylko dysponujemy kartą kredytową (to najlepszy symbol hiperkonsumpcji), to możemy ze wszystkich półek/talerzy brać to, co nam się podoba. Jemy i wymiotujemy. Niby jesteśmy świadomi tego, że kredyt z owej karty będą spłacały nasze dzieci, ale czy to się liczy w obliczu możliwości niczym nieograniczonej konsumpcji teraz? Nie jest to w ogóle ważne, bo nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak nasze indywidualne wybory kształtują świat, w którym żyjemy. Konsumujemy nie zwracając uwagi na nic, a tym bardziej na przyszłe pokolenia. Jak mityczne lemingi dążymy ku krawędzi zagłady, mlaskając i czkając, przeżarci wszystkim, co zapewnia nam choćby najmniejszy zastrzyk dopaminy.

Współczuję moim studentom. Oni za trzydzieści parę lat będą w moim wieku, ale ich świat będzie całkowicie odmienny od tego, w którym ja żyłem i wzrastałem. Dziś myślą, że wszystko będzie tak jak teraz, że świat będzie może nawet lepszy, albo chociaż taki sam. Jest to naturalna postawa każdego młodego człowieka – chce on wejść w dorosłe życie zgodnie z regułami, które reprezentują dorośli. Niestety, dziś dorośli zawiedli, na całej linii. Przejedli świat, nic nie zostawiając swoim dzieciom. Czy zatem możemy się dziwić, że dzieci się buntują?

O pesymizmie raz jeszcze

Ostatnimi czasy do mych uszu dotarła wieść, że w pewnym kręgu zafunkcjonowało powiedzenie „czy zaraziłeś się pirógizmem?” To zapewne odnosi się do niektórych moich wpisów na blogu, racja, niezbyt wesołych, jak tu i w wielu innych miejscach, zwłaszcza gdy pisałem o kryzysie klimatycznym. Cóż, zawsze byłem przekonany, że jak czytam doniesienia naukowców, na przykład jak to, że roku 2019 znowuż wzrosły emisje CO2, to taka wiadomość nie jest zbyt wesoła. Fakt jest faktem, tylko jego konsekwencje są różnie oceniane. Moje oceny nie są wesołe i nie jestem w tym samotny. Ze swej strony mogę tylko powiedzieć, że od zawsze w moim życiu porządny pesymistyczny tekst, jakiegoś Schopenhauera czy innego Ciorana, podnosił mi nastrój. Słowem, im gorsze rzeczy czytałem, tym czułem się lepiej. Inni ludzie pewnie tak nie mają, muszą przyswajać motywujące ich teksty, takie kawałki dające nadzieję. Albo chociaż muszą coś robić, choćby to przypominało kadzenie umarłemu. Ja nigdy tak nie miałem.

Tu chciałbym przypomnieć pierwszą szlachetną prawdę buddyzmu, która szczególnie rezonuje z moim poglądem: „Świat jest cierpieniem”. Wedle Buddy uznanie tej prawdy jest początkiem drogi do zmiany. To podejście całkowicie pragmatyczne – jeśli chcesz coś zmienić, uznaj, że nie jest wesoło. Tak mocno i do głębi uznaj, że rzeczy mają się źle. Dopiero wtedy możesz ruszyć dalej. Płytki optymizm to chowanie głowy w piasek. Być może istnieje, nazwijmy to tak, głęboki optymizm, tak jak istnieje głęboka ekologia. Ale to już trudna sprawa, dla mądrzejszych ode mnie. W wymiarze społecznym wymaga ona bowiem wyjścia poza wartości hedoniczne, konstytuujące w całości naszą cywilizację. Nawet w kręgach ekologicznych są one cenione, bo jakże często pod płaszczykiem kontaktu z naturą czy tak zwanej dzikości szuka się tam tylko doznań zmysłowych. Czy człowiek jest zdolny do tego, by wyjść w tworzeniu swojego życia poza wartości hedoniczne? Moją odpowiedź czytelnik już może sobie wyobrazić.

O Robertach klimatu

Poznałem niegdyś mężczyznę imieniem Robert. Powiedział mi, że za młodu lubił wdawać się w gorące dyskusje. Intrygującą cechą tych dyskusji było to, że często oponował swojemu interlokutorowi nawet wtedy, gdy w skrytości swego umysłu przyznawał mu rację. Czynił tak, jak mniemam, z wielu różnych powodów: z młodzieńczej przekory, z chęci afirmacji swojego ego, z pragnienia męskiej rywalizacji – whatever. W tych dyskusjach nie interesowało go dotarcie do jakkolwiek pojmowanej prawdy, czy tym bardziej osiągnięcie porozumienia z przeciwnikiem. Nic poza samą adolescencyjną rywalizacją. Jak to trafnie powiedziała mi pewna mądra kobieta, o pięknym imieniu Alicja, tacy faceci są niczym podlotki. Ledwo to opierzone, nie ma skrzydeł, a chciałoby latać wysoko i dyskutować.

Gdy dziś czytam wypowiedzi niektórych osób negujących zmiany klimatyczne, przypomina mi się ów żałosny Robert. Zawsze mają oni na podorędziu wypowiedzi typu: „Już tak było” i tuziny innych mitów klimatycznych. Już kiedyś nie było zimy, już kiedyś były większe temperatury, już kiedyś było większe stężenie CO2 itd. itp. Na tym opiera się mentalność Robertów klimatu – przeczyć dla samego przeczenia. Oczywiście denializm klimatyczny, tak jak każde zjawisko, ma genezę wieloczynnikową. Ja tu tylko wskazuję na jedną z wielu możliwych przyczyn – niedojrzały umysł, spełniający się tylko w przeczeniu, pozbawiony wiedzy i doświadczenia, z lubością wykorzystujący najgłupszy chyba błąd myślowy, jakim jest argumentum ad ignorantiam.

Robertyzm cechuje moim zdaniem głównie młodych mężczyzn, którzy tak jak nie panują nad swoją fizjologią, zawracając nią w głowie głupim kobietom, tak samo nie panują nad intelektualną maszynką, którą mają w głowie. Większość Robertów zresztą nigdy nie dojrzewa, pozostają wiecznymi chłopcami, szukającymi ekscytujących przeżyć (co jest prawdą także w przypadku wspomnianego Roberta). A cóż może być bardziej ekscytującego niż infantylne trolowanie w internecie? Dobrym przykładem robertyzmu jest stwierdzenie, które ostatnio napotkałem w dyskusji pod jednym z blogów. Jego autor był zdania, że skoro naukowcy nie mają 100% pewności co do antropogenicznego pochodzenia globalnego ocieplenia to nie jest ono „udowodnione”. Typowy efekt działania maszynki intelektualnej, która wyprodukuje dowolne zdanie, byle tylko jej posiadacz zaspokoił swój robertyzm. Strzeżcie się Robertów klimatu i nie wciągajcie się w dyskusje z nimi. Szkoda czasu.