O kompleksach i powadze

Pojęcie kompleksu rozsławił C.G. Jung dzięki swoim badaniom nad testami skojarzeniowymi w pierwszej dekadzie XX wieku. Kompleks to obraz pewnej sytuacji psychicznej, silnie zabarwiony emocjonalnie. To zespół treści psychicznych oderwanych od świadomości, który funkcjonuje autonomicznie w nieświadomości. Jak pisze Jung: „Kompleksy stoją na przeszkodzie zamiarom woli i zakłócają osiągnięcia świadomości; wywołują zaburzenia pamięci, blokują przepływ skojarzeń; mogą czasowo prześladować świadomość lub też wpływać na język i działanie. Jednym słowem, kompleksy zachowują się jak istoty niezależne”. Kompleksy tworzą się pod wpływem traumy, szoku uczuciowego, każdego bolesnego zdarzenia, które odłamuje fragment psychiki, bo nie możemy zaakceptować tego, co nas spotyka. Posiadanie kompleksów oznacza, że istnieje w nas coś niższego, niezgodnego i antagonistycznego. Są przeszkodami, ale zarazem mogą stanowić bodźce do większego wysiłku i nowych osiągnięć. Kompleksy stają się negatywne tylko wtedy gdy uznajemy, że ich nie mamy, gdy nie chcemy afirmować całości naszej indywidualnej natury, gdy nie możemy się pogodzić z tym, co nam się przydarzyło. Uświadomiony kompleks stając się częścią naszej osobowości przyczynia się do jej pełni.

Mamy kompleksy matki, ojca, władzy, erotyczny, niższości czy wyższości, i liczne kompleksy związane z indywidualnymi traumami. Nasza osobowość jest niczym innym jak zbiorowiskiem kompleksów. Także nasze ego też jest tylko kompleksem, jednym z wielu, ale za to naszym ulubionym, czyli zestawem treści psychicznych, z którymi się utożsamiamy. Ego powstaje jako efekt interakcji z otoczeniem rodzicielskim we wczesnym dzieciństwie, jest tym wszystkim, co pozwolono nam zaakceptować w sobie.

Z mojego osobistego doświadczenia wiem dobrze, kiedy jakiś kompleks owłada moją świadomością. Staję się wtedy patologicznie poważny, wszystkie myśli podsuwane mi przez kompleks uważam za ostatecznie prawdziwe. Towarzyszą temu często silne emocje, złość, nienawiść, rozczarowanie i wiele innych. Głos w moim wnętrzu mówi: „Tak jest i nie może być inaczej, nie ma innej opcji”. A to znaczy, że przestaję być świadomy, bo świadomość to nic innego jak możliwość wyboru reakcji. Gdy jestem nieświadomy widzę tylko jedną stronę całej sytuacji, nie mam do niej żadnego dystansu. Jest to szczególnie przykre w relacjach partnerskich, bo wtedy aktywizują się kompleksy animy i animusa, jak również osobiste kompleksy wywodzące się z traum z poprzednich związków. Wtedy na poważnie oskarżamy partnera o rzeczy, które bolą tylko nas.

Zniekształcenie świadomości przez powagę to ważna cecha kompleksu, której Jung zbytnio nie akcentował. Świadomość zmieniona przez kompleks jest świadomością, która traktuje siebie w sposób absolutnie poważny, co samo w sobie jest śmieszne. Opanowuje nas bowiem przekonanie, że to, co nas drażni emocjonalnie jest absolutną prawdą. Nie jest możliwe inne spojrzenie na konstelującą kompleks sytuację, nikną wszelkie inne możliwości. Opętani przez kompleks przypominamy psa goniącego za własnym ogonem, tracimy możliwość świadomego działania, ulegamy natrętnemu myśleniu, słowem jesteśmy w stanie ograniczonej poczytalności. Weźmy kogoś z kompleksem wyższości. Człowiek ów zobaczywszy, że ktoś inny chwali się swoimi osiągnięciami, myśli sobie: „Jestem lepszy, ten ktoś to amator, nieudacznik nie znający się na rzeczy”. I bierze tę myśl na poważnie, opanowuje ona jego świadomość, bo jest przekonany, że tak jest naprawdę. Powaga tej myśli jest zabójcza, a wypływa ona tylko z tego, że właśnie zaktywizował się jego kompleks. Dlatego unikam jak ognia śmiertelnie poważnych ludzi, bo są to osobniki opętane przez kompleksy. Każdy, kto jest przekonany o prawdziwości swoich poglądów, jakiejkolwiek by one nie były natury, jest pod wpływem kompleksu.

Dobrym przykładem takich osobników są ludzie religijni, czy to opętani przez kompleks Boga czy też nawiedzeni przez jakąś bliżej nieokreśloną duchowość. Można ich rozpoznać po tym, że gdy tylko pojawi się przedmiot ich kompleksu, natychmiast piorunują wzrokiem i słowem, wzywając do absolutnej powagi. Stają się drażliwi, wzbiera w nich gniew boży czy też duchowy, albowiem znają prawdę. Ja nie znam i nie rozumiem dlaczego drogą do absolutu nie może być śmiech, radość, dezynwoltura i brak wszelkiej powagi. Śmiech jest przecież oznaką wyzwolenia, doświadczenia wolności, czegoś najcenniejszego w naszym życiu.

Ucieczka od miłości

Tydzień temu pisałem o tym, że tym, co tak naprawdę kochamy jest potencjał obecny w kochanej osobie. Pewien mężczyzna zapytał wtedy: A co się dzieje, gdy ten potencjał umiera? Gdy już nie możemy stać się lustrem dla kochanej osoby? Albo gdy ona nie może odzwierciedlić uczucia? Cóż, mogę tylko powiedzieć, że gdy potencjał umiera, to taka osoba staje się niekochalna. Tak, to ogromny problem naszych czasów. Ów mężczyzna napisał, że widzi tysiące umierających potencjałów. Tak, już nie ma miłości, nawet przyjaźń niknie, mężczyźni i kobiety zostają friends with benefits albo singlami, czy też uskuteczniają situationship, czy jak to jeszcze najnowsza moda każe nazywać kolejny rodzaj ucieczki od miłości, który chwytliwą nazwą przykrywa całkowitą pustkę ich pseudorelacji.

Tak, gdy spotkają się dwie osoby niekochalne to pomiędzy nimi nic się nie może narodzić. Uciekają razem od miłości, prowadząc bezsensowną egzystencję, która daje im schronienie przed tym, co najistotniejsze w życiu, przed prawdziwym i głębokim spotkaniem z drugim człowiekiem. Miłość to nie jest łatwy kawałek chleba, to ciężka praca. O ileż łatwiej spoczywać spokojnie w swoim egoizmie, męczyć drugą osobę, by zaspokajała nasze pragnienia i żądze, a gdy już tego nie robi, to ją zostawić. Zapytajmy, kto nie miał w swoim życiu toksycznego związku? Gdy, gnany własnymi pragnieniami, zgodził się na wiele – by nie osiągnąć nic poza postraumatycznym rozczarowaniem.

Uciekając od miłości uciekamy od świata. Patrząc na współczesny świat nie dziwę się temu totalnemu eskapizmowi. Już bardzo młodzi ludzie jedynie pozorują relacje, a i starsi do nich nie lgną. Ten świat nikomu nie oferuje nic oprócz marnych ersatzów. Tak, gdy potencjał umiera, pozostaje nam tylko ucieczka od miłości, by już nigdy nie poczuć bólu bycia z kimś, bólu, który jako jedyny daje sens istnienia.

Co kochamy, gdy kochamy

Viktor Frankl pisze w Bogu ukrytym: „Obiektem miłości jest jedyny w swoim rodzaju uśpiony potencjał kochanej osoby. Co więcej miłość i tylko miłość, pozwala temu kto kocha, dostrzec wyjątkowość kochanej osoby”. Pozwolę sobie odczytać pierwsze zdanie w sposób pozbawiony osobowych naleciałości, wydobywając z niego coś, czego by chyba sam Frankl się nie spodziewał. Powiem tak – gdy mówimy: „Kocham Ciebie” to tak naprawdę kłamiemy, dajemy jedynie wyraz naszego egoizmu. Jeśli bowiem prawdziwie kochamy, to w kochanej osobie nie ją samą kochamy, ale potencjał, który może się przez nią zamanifestować, siłę, dzięki której może ona ulec przemianie i stać się wyjątkowym, niepowtarzalnym indywiduum. To myśl, którą znajdujemy także u C.G. Junga. Według niego możemy podążać drogą indywiduacji, czyli osiągać pełnię psychiczną wykraczającą poza nasze ego, tylko poprzez relacje z innymi ludźmi. A miłość jest wyjątkową relacją, gdyż jest bezpośrednio nakierowana na ponadosobowy ( i tym samym ponadegoiczny) potencjał tkwiący w każdym z nas, nazywany przez Junga jaźnią.

Wszelako w naszym chaotycznym świecie, pełnym przypadkowych i płytkich relacji, spotkanie drugiej osoby, w której moglibyśmy dostrzec potencjał i ją pokochać, nie jest łatwe, a najczęściej wręcz niemożliwe. Jest tak w dużej mierze dlatego, że wchodzimy w związki kierując się egoistycznymi, „terapeutycznymi” celami. Ukochana czy ukochany ma nas zbawić, wyzwolić od cierpienia, naprawić deficyty dzieciństwa – a tymczasem w miłości chodzi o coś całkiem przeciwnego! To ja mam być uważnym lustrem, w którym odzwierciedli się ukryty potencjał ukochanej. I stanę się takim lustrem tylko wtedy, gdy będę jak najczęściej zapominał o sobie, pozwalając jej rozkwitać, czerpiąc radość z pragnienia jej szczęścia. Nie kochamy, powtarzam raz jeszcze, Zuzi czy Bartka, kochamy to, czym mogą się oni stać, a co przekracza egoiczne interesy kochanej i kochającego. Jedno ego nigdy nie pokocha drugiego ego, jak bowiem dwa płaskie wyobrażenia siebie mogą osiągnąć jakiekolwiek głębsze porozumienie?

O myśleniu i chrześcijaństwie

Muszę się do czegoś przyznać. Często zdarzało mi się mówić, że aby być dobrym chrześcijaninem trzeba nie myśleć. Nie brzmi to dobrze w obecnej epoce poprawności politycznej, gdy nawet na wiatr trzeba mówić, że to zorganizowany ruch powietrza. Nie łudźmy się jednak, pobożność i myślenie nie idą w parze. Całkiem niedawno przeczytałem zdanie, które wypowiedział autorytet chrześcijański, a które w nieco zawoalowany sposób ujmuje tą tak bliską mi myśl: „Wierzący chrześcijanin jest osobą prostolinijną: biskupi powinni strzec wiary swych maluczkich przed władzą intelektualistów”. To słowa biskupa Josepha Ratzingera, wypowiedziane w kazaniu uzasadniającym pozbawienie praw nauczania Hansa Künga, wypowiedziane 31 grudnia 1979.

Cóż, moim zdaniem chrześcijanin mógłby jednak myśleć. Treści jego wiary zawierają przecież wiele wspaniałych paradoksalnych przesłań symbolicznych pobudzających do myślenia. Tak czynią owi intelektualiści, przed którymi ostrzega Ratzinger, tacy jak Küng, Drewermann, czy u nas Obirek. To kościół jako instytucja pragnie by owieczki nie myślały. Każda instytucja tego pragnie, również uniwersytet. Dlatego każda instytucja jest występkiem przeciwko ludziom. A im jest większa, tym ten występek jest boleśniejszy. Chrześcijaństwo jako instytucja zawiniło potrójnie. Jest winne trojakiego wyparcia: seksualności, twórczej wyobraźni i związku z naturą. Seksualność została ograniczona do prokreacji, twórcza wyobraźnia została spętana przez system dogmatów, a szacunek do natury został zgnieciony przez pychę panowania nad nią. Dobrą wieścią jest to, że chrześcijaństwo instytucjonalne kończy się, wreszcie także w Polsce. I chwała Bogu!

Obyśmy się widzieli w roku 2023

Na’vi, rdzenni mieszkańcy Pandory z filmu „Avatar”, witając się mówią: „Widzę Cię”. Czasem używają tej formuły też w innych sytuacjach, ale zawsze podkreśla ona wagę relacji pomiędzy nimi albo z innymi istotami. Ta formuła ma głęboki sens. Wypowiadając „Widzę cię” potwierdzam, że wiem o Twoim istnieniu, dostrzegam Twój wewnętrzny świat, który stanowi o tym, kim jesteś. Nie jest to czymś oczywistym w relacjach między ludźmi. Filozofka Simone Weil napisała kiedyś: „Ostatecznie niewielu jest ludzi, którzy wiedzą, że inni istnieją”.Wiele osób czytających jej słowa, przytoczone przeze mnie na Facebooku, było wręcz oburzonych, twierdząc że przecież nieustannie zauważamy istnienie innych ludzi. Tak, ale prawie zawsze zauważamy ich jako takich, którzy albo dostarczają nam przyjemności, albo przykrości. Rzadko zwracamy uwagę na ludzi ze względu na nich samych, dostrzegając ich specyfikę, potrzeby i radykalną odmienność od nas. Powiedziałbym, że patrzymy na innych, ale ich nie widzimy – w sensie formuły Na’vi. C.G. Jung mawiał, że podstawowym błędem psychologicznym jest założenie, iż psychika drugiego człowieka jest taka sama jak nasza. Jest bowiem niesamowicie trudne, prawie niemożliwe, dostrzec odmienność innego, nawet jeśli jest to bardzo bliska nam osoba,

Pomimo tej trudności chcę życzyć wszystkim na rok 2023 – byśmy widzieli innych. Bo możemy być przekonani, że kogoś widzimy, ale najczęściej są to tylko nasze projekcje. Gdy są pozytywne, wtedy kochamy, gdy negatywne – nienawidzimy. Tak czy inaczej, nie rozpoznajemy go we własnej jego istocie. Z tego nierozpoznania bierze się całe zło tego świata, zaludnionego przez osiem miliardów niewidzących siebie nawzajem istot. Zobacz zatem drugiego człowieka, rozpoznaj jego inność i ją zaakceptuj. Każdy z nas ma swoją drogę, każdy inną, ale wszystkie te drogi są drogami ludzi, i prowadzą do tego samego celu – do doświadczenia szczęścia w życiu. Nie utrudniajmy zatem tego ani sobie, ani innym – zobaczmy siebie. Jak pisał Rainer Maria Rilke: „Miłość to dwie samotności, które spotykają się i nawzajem wspierają”. Jeśli matka widzi swe dziecko od samych narodzin, to w tym dziecku budzi się i rośnie poczucie istnienia. Bo dla ludzi istnieć to znaczy współistnieć.

O zmianie i wolności

Viktor Frankl pisze w swej klasycznej książce Człowiek w poszukiwaniu sensu: „W sytuacji, której nie jesteśmy w stanie zmienić, stajemy przed wyzwaniem, które brzmi: zmień samego siebie”. Nie możemy zmienić tego, jak funkcjonuje ten świat. Nasza wolność w większości przypadków ogranicza się tylko do obrębu nas samych. A to znaczy, że w każdej sytuacji możemy zareagować tak, by uchronić swoją wolność i sens życia. Tak, by nie wejść w rolę bezwolnej ofiary, przytłoczonej tym, co nas warunkuje. I jak pokazuje Frankl, ta zmiana postawy wobec zewnętrznych wydarzeń i sytuacji jest możliwa nawet w obozie koncentracyjnym. Tym bardziej możemy ją zmienić w zwykłych okolicznościach życia, w relacji z kochaną osobą, z bliskimi, w pracy. Zawsze mamy wybór. Stoickie hasło „Drzwi są zawsze otwarte” można odnieść nie tylko do opuszczenia tego świata w akcie samobójstwa, w którym to kontekście zostało ono ukute. Nie, w każdej sytuacji naszego życia drzwi wolności są zawsze otwarte. Zawsze możemy zmienić swoją postawę wobec tego, co nam się przydarza. W cyklonie, jakim jest nasze życie, zawsze istnieje jego spokojne, ciche i wolne centrum, do którego możemy się odwołać i powiedzieć wszelkim zawirowaniom losu: „Zareaguję inaczej”. Albo, jak to napisał Albert Camus: „W odmętach zimy zrozumiałem, że w moim wnętrzu kryje się niezwyciężone lato”.

Nie tylko egzystencjalizm i stoicyzm mają podobną odpowiedź w kwestii fundamentalnej możliwości zmiany, opartej na wolności. Także buddyzm, ustami tantrycznego mistrza Milarepy, mówi: „Twoim problemem nie jest sansara, lecz twój stosunek do niej”. Według tantry sansara i nirwana to jedno, gdyż ostatecznie nirwana to nic innego jak dogłębne poznanie sansary, rozpoznanie jej prawdziwej natury. Buddyjska filozofia pustki (śunjata) jest wyrazem tego poznania. Twierdzi ona, że możliwa jest trwała zamiana percepcji, dzięki której rozpoznajemy zjawiska jako współzależne i nie posiadające trwałej istoty. A to oznacza, że możliwa jest wolność, że możliwa jest zmiana. Zamiast o pustce można zatem mówić o pełni, nieograniczonej możliwości zmiany. Puste jest także ja, i to chyba najważniejszy aspekt tej nauki, bowiem pustka ja oznacza możliwość zmiany przez odpuszczenie lgnięcia do niego, rozpoznanie go jako tylko konceptu i osiągnięcie nirwany – czyli innego stosunku do sansary, już nie zniekształconego przez ja, wolnego od ja.

O introwersji, ekstrawersji i miłości

Wedle koncepcji Junga introwertycy pragną władzy i kontroli nad obiektami, które – jak im się wydaje – stanowią dla nich zagrożenie. Ekstrawertycy natomiast wychodzą do obiektów i czerpią z nich przyjemność. To zróżnicowanie odbija się w podejściu do miłości i związków u obu typów. I wygląda to na pierwszy rzut oka nieco paradoksalnie. Introwertyk zachowuje rezerwę wobec obiektu uczuć, ale dąży to tego, by się zakochać. Stan zakochania daje mu bowiem iluzję kontroli nad obiektem uczuć. Jakże pożądaną, ale tylko iluzję (czyż można bowiem kogokolwiek kontrolować?). Ekstrawertyk, w poszukiwaniu przyjemności, wchodzi w relację z obiektem swoich uczuć, nie dążąc do stanu zakochania. Daje mu to iluzję przyjemności (ale czy można naprawdę przeżyć coś przyjemnego bez bliższego kontaktu?). Niestety, introwertyk szybko przekonuje się, że zakochując się właśnie stracił wszelką kontrolę, a ekstrawertyk przekonuje się, że dążąc do przyjemności właśnie się jej pozbawił.

Wyjściem z tej niezbyt wesołej sytuacji jest, jak zawsze, wyzbycie się iluzji. Dla introwertyka oznacza to uświadomienie sobie, że zakochując się poddaje się władzy obiektu uczuć. Jeśli sobie to uświadomi, będzie mógł naprawdę dawać miłość. Dla ekstrawertyka z kolei oznacza to uświadomienie sobie, że przyjemność, do której dąży, może wyniknąć tylko z autentycznego pokochania obiektu uczuć. Jeśli pokocha, da siebie i utworzy autentyczny związek. W ten sposób możemy uwolnić się od nawykowych postaw psychicznych i stać się zdolnymi do nawiązania prawdziwej, głębokiej relacji z drugą osobą, poza osobistymi uwarunkowaniami.

O tym, dlaczego jesteśmy tak genialni i dlaczego nas to przerosło

Tym, co wyróżnia gatunek homo sapiens jest niezwykła zdolność do adaptacji kulturowych. Znaczy to, że nie możemy istnieć bez wiedzy, która jest nam przekazywana przez poprzednie generacje. Już nie instynkt, ale właśnie nabywana wiedza pozwala nam kontynuować i tworzyć swoje życie. Dzieje się tak dzięki trzem umiejętnościom: jesteśmy inteligentni, mamy rozwiniętą zdolność do współpracy w obrębie własnego gatunku i mamy doskonale opanowane to, co psychologia nazywa społecznym uczeniem się. Ponadto, dzięki językowi mamy zdolność do tego, by od poprzednich pokoleń nauczyć się sposobów życia, a następnie wznieść się ponad nie, rozwijając wiedzę i cywilizację dzięki innowacjom. Michael Tomasello w swej książce Kulturowe źródła ludzkiego poznawania nazywa to uczeniem opartym na współpracy: „Wierny przekaz społeczny funkcjonuje jak zapadka, nie pozwalając się cofnąć do poprzednich stadiów. W ten sposób nowo powstały czy zmodyfikowany wytwór czy praktyka zachowują osiągniętą formę, dopóki nie zdarzy się kolejna modyfikacja czy ulepszenie”.

Cóż, jednak każdy geniusz napotyka swoje ograniczenia. Tak oto i my staliśmy się zakładnikami własnego sukcesu ewolucyjnego. Ewolucja kulturowa ma bowiem jedną niebezpieczną cechę – jest o wiele szybsza niż ewolucja biologiczna. Dosłownie przerosła człowieka, jego umiejętności mentalne i emocjonalne. Według Robina Dunbara ewolucja wyposażyła ludzki mózg w zdolność radzenia sobie tylko z grupami liczącymi do 150 osób (tzw. liczba Dunbara). Życie osiadłe, rewolucja agrarna, powstanie miast zaowocowało skupiskami ludzkimi idącymi w tysiące. W ciągu ostatnich 10.000 tysięcy lat doszliśmy do współczesnego etapu rozwoju i co się okazało? Nasze życie emocjonalne pozostało daleko w tyle za osiągnięciami technicznymi. Nie radzimy sobie z naszymi pragnieniami, zalewającymi nas afektami. Cywilizacja naukowo-techniczna, wisienka na torcie naszego geniuszu, jawi się coraz bardziej jako narzędzie zagłady naszego gatunku. Naukowcy – najwyższy owoc owego rozwoju cywilizacyjnego – prognozują upadek naszej cywilizacji w ciągu dekady lub dwóch. Czy uratuje nas geniusz gatunku homo sapiens? Czy może raczej, by tak rzec, nie ogarniemy tego, co wytworzyliśmy i, jak dinozaury, odejdziemy w przeszłość? Cóż, o tym się dowiemy już wkrótce.

Szymon Mag i Helena

Nazwany przez apologetyków chrześcijańskich ojcem wszystkich herezji, Szymon Mag do dzisiaj funkcjonuje jako archetyp gnostyka. Medium zbawczej wiedzy była dla niego prostytutka z Tyru, Helena, w której rozpoznał upadłe wcielenie myśli (ennoia) bożej. Szymon w związku z Heleną odtworzył święte małżeństwo boga i jego żeńskiego aspektu, kobiety-idei. Była ona wcieleniem pierwiastka żeńskiego, odrzuconego i zduszonego przez chrześcijaństwo, łączyła w sobie wszelkie przeciwieństwa jako święta ladacznica. W doświadczeniu wewnętrznym Szymona Helena była dlań wszystkim – prostytutką, boginią, kobietą-ideą, księżycem. Jego rozumienie świętości nie było ograniczone tylko do jasnej strony, zawierało także ciemną, żeńską stronę związaną z cielesnością i transgresją. Helena jest symbolem duszy księżycowej, duszy świata cielesnego. Ale zarazem jest ona także kobietą–ideą, boską pełnią wszystkich stwórczych myśli, jungowską animą.

Szymon Mag wiedział, że „mnie będą złorzeczyć jako temu, kto głosi rzeczy nowe, o których nikt nie słyszał.” Tą niesłychaną nowością, którą znajdujemy u Szymona i innych gnostyków jest bezkompromisowy bunt przeciw światu i jego stwórcy w imię absolutnej wolności duchowej, bunt stanowiący esencję wszelkiej gnozy, dążącej zawsze do przewartościowania wszystkich wartości. Gnostycy tacy jak Szymon pragnęli religii pojętej jako wewnętrzne doświadczenie przemieniające człowieka. Takie doświadczenie nie jest możliwe bez doświadczenia pełni kobiecości, jej wszystkich aspektów, jasnych i ciemnych. Tylko taka kobiecość dopełnia męskie doświadczenie świata, i prowadzi do wyzwolenia.

O potrzebie szaleństwa

Wprawdzie filozofowie zapewniają, że tylko panowanie nad afektami daje nam wolność, ale nie zawsze wypada słuchać ich mądrych rad. Czasem jest potrzebna odrobina szaleństwa. Stanowi ona bowiem antidotum na dwie podstawowe bolączki naszej egzystencji, które nie są uleczalne za pomocą racjonalnych maksym. Rozum jest bardzo ważny, ale nie jest jedyną opoką naszej egzystencji. Potrzeba jeszcze szaleństwa.

Pierwsza bolączka to rutyna, jednostajność i nuda, które są nieodłączne od naszego życia. Świat to system nawyków, które, jako instynkty, podtrzymują jego istnienie, ale jako przyzwyczajenia są jego grobem. Z czasem prawie wszyscy ludzie stają się swoimi karykaturami, bezwiednymi automatami prowadzącymi życie wedle martwych reguł. A wtedy w pewnym momencie trzeba sobie powiedzieć: „Dosyć!” Jeśli to zrobimy, wyrwiemy się spod władzy zastałego rozsądku, a strumień naszego życia popłynie znowu przed siebie, drogami, których nie mogliśmy przewidzieć. I wtedy zakrzykniemy: „Ja żyję!”

Druga bolączka to zranienia emocjonalne i towarzyszący im psychiczny ból, pojawiający się wtedy, gdy życie pokaże nam swoją ciemną stronę. Wtedy też trzeba sobie powiedzieć „Dosyć!” i pozwolić sobie na odrobinę szaleństwa. Odmieni ono wtedy bieg naszych afektów, odwróci ich powodujący ból przepływ i da nam poczucie, że warto żyć! Wiem, że to brzmi dosyć ogólnikowo, ale kto tego próbował – w pierwszym albo drugim przypadku – ten wie, o czym mówię. Wbrew stoikom, a w zgodzie z taoistami, zanurzenie się w rwącym strumieniu życia daje orzeźwiające efekty.