O bezradności

Kilkanaście lat temu mój ojciec trafił do szpitala. W trakcie jednych z odwiedzin u niego zostałem poproszony przez grupę trzech pielęgniarek o pomoc. Przenosiły z łóżka na łóżko pacjenta i nie dawały sobie rady. Nic dziwnego. Był to bardzo duży mężczyzna, co najmniej 190 cm wzrostu i dobrze ponad 100 kilogramów wagi. Z ledwością w czwórkę daliśmy radę. Dlaczego o tym piszę? Ze względu na jego oczy. Prawdopodobnie był po udarze, przytomny, ale całkiem bezwładny. Gdy pomagałem go przenosić spojrzał na mnie. Nigdy tego spojrzenia nie zapomnę. Potężny facet, zapewne gdy był zdrowy to wszyscy się go słuchali, kładąc uszy po sobie, w rodzinie był półbogiem, w firmie pracownicy lękali się jego gniewu. Był wtedy panem życia, podejmował decyzje i rządził. A teraz jego spojrzenie było spojrzeniem bezradnego, zrozpaczonego dziecka. Nie mógł poruszyć nawet palcem u nogi. Pozostała mu tylko czysta świadomość, przepełniona poczuciem całkowitej niemożności i bezradności.
Tak, najtrudniej sobie nam radzić w poczuciem bezradności. Kultura wmawia nam, że musimy być sprawczy, że działanie i praca to istota życia. Nie, tak nie jest. Są w naszym życiu momenty bezradności. Nie zawsze tak drastyczne jak u tego mężczyzny, ale zawsze ciężkie do zniesienia. Gdy zostawia nas kochana osoba, gdy umiera ktoś bliski, gdy nasze przedsięwzięcie ponosi porażkę. Wtedy nic nie możemy zrobić, czujemy się bezradni. Gdy spotka nas coś takiego cóż możemy zrobić? Nic. To nic jest dla nas najtrudniejsze. Brakuje nam taoistycznego płynięcia z nurtem strumienia, który nigdy sam nie wybiera, tylko podążą za tym, co napotyka na drodze. Czasem rączo dąży przed siebie, a czasem zastyga w niemożności. Wtedy rozlewa się w czystej świadomości nie czynienia. Oczywiście lepiej nie czynić z własnego wyboru, ale czasem trzeba inaczej, trzeba zaakceptować to, co się przydarza i przyjąć bezradność. Uświadomić sobie, że już nic nie możemy zrobić i spocząć w tym, co jest.

Ludzkie zoo

Byłem wczoraj nad jeziorem. Ciepło i słońce. Ludzie opalają się na plaży, jedzą lody, piją piwo, jedzą zapiekanki. Dzieci biegają, nastolatki flirtują, faceci gadają o samochodach, kobiety o koleżankach. Sobota, nic się nie dzieje. Ogólne rozleniwienie i zapychanie pustki egzystencji drobnymi, pustymi przyjemnościami. Z mej strony narastała jednak degustująca obserwacja gatunku homo sapiens, to co Tacyt nazwał odium humani generis. Cioran kiedyś wybrał się do zoo. Gdy doszedł do klatki z szympansami skonstatował – czuć, że człowiek jest blisko. Ja bym to odwrócił. Obserwując ludzi widzę, że niezbyt się się od szympansów różnią. A jeśli się różnią to w sposób negatywny. Bo ludzie są niczym więcej jak małpami, które sobie ubzdurały, że są czymś lepszym niż cała reszta istot żyjących. Opętani przez swoją wąską świadomość uzurpują sobie prawo do wykorzystywania całości rzeczywistości, konsumują świat jak hamburgera, niszczą, co tylko mogą zniszczyć, nienawidzą, co tylko mogą znienawidzić. Nieświadomi apokalipsy, która za dekadę lub dwie zmiecie ich świat wraz z nimi, snują się w błogiej i ślepej niewiedzy, zaspakajając swe płytkie pożądania. Doprawdy niewiele się nie różnią od zwierząt w zoo, które karmione przez opiekunów żyją sobie w bezwiednej niewoli. Ale póki jest słonce, jest ciepło i można zanurzyć się w chłodnej wodzie, po co się martwić? Nawet teraz, w roku będącym zapowiedzią apokalipsy, trajlerem postapokaliptycznej rzeczywistości, która nas czeka, spokojnie jemy lody, opalamy się, gadamy o głupstwach, kontynuujemy pozbawioną wszelkiego sensu egzystencję. A za horyzont zachodzi Słońce, zapada powoli zmrok, powietrze staje się chłodniejsze. The end is coming.

O Margot

Parę dni temu obejrzałem wywiad internetowy na YT ze słynną Margot przeprowadzony przez radio ZET. Z mego pierwszego wejrzenia, jako osobnika całkowicie heteronormatywnego, to całkiem miły, inteligenty i przystojny chłopak. Identyfikuje się jako niebinarny, używa żeńskich końcówek. Gdybym był dziewczyną to by mnie zapewne zainteresował. Nie jestem dobrze obeznany z niuansami społeczności LGBTQ więc tylko podam parę ogólnych uwag wyłącznie w odniesieniu do tego wywiadu. Prawie 90% oglądających dało łapkę w dół. To dużo mówi o klaustrofobicznej mentalności seksualnej naszego społeczeństwa. Dlaczego jeśli ktoś chce identyfikować jako kobieta ma mnie to urażać? Ja bym chętnie się spotkał z taką osobą. Tak, wiem, wielu by nie chciało. Boją się własnych nieświadomych tendencji, stąd ich projekcyjna agresja. Strach przez tym co inne, nieznane jest podstawowym odruchem standardowych przedstawicieli homo sapiens. Bądźmy zatem niestandardowi, jak Margot. Z bliskiego mi psychologicznego punktu widzenia androgyniczna całość jest tym, co najlepsze w ludzkiej psychice. To swego rodzaju buddyjska droga środka, podążanie drogą tao, które polega na unikaniu skrajności samej tylko żeńskości czy męskości. Świat zamieszkały przez ludzi takich jak Margot byłby bardziej kolorowy, by nie rzec – tęczowy.
Swoistym kuriozum jest natomiast postawa prowadzącej wywiad dziennikarki, na siłę próbującej sprowokować niektóre wypowiedzi Margot, a zarazem wykazującej się typowym dla dziennikarzy sformatowanym stylem. No cóż, 99% dziennikarzy tak robi i im to chwały nie przynosi. Prowadząca jest po prostu głupią babą. Mówi się, że prasa i dziennikarstwo to czwarta władza – okazje się, że równie głupia jak politycy, ograniczona mentalnie jak prawnicy i służalcza jak prezydent. Jakby jakiś mój student został dziennikarzem, to bym się do niego nie odzywał.
Tu wywiad: https://www.youtube.com/watch?v=lrQ7Npmi9BU&feature=share&fbclid=IwAR3MZI76xUq7X23Q42PLqpIXh4m7Bafl0_RQ2jzL7VME2-c3k43n9WigZHs

O transhumanizmie, czyli o niechęci bycia człowiekiem

We wszystkich religiach występuje mit pierwotnego upadku, w którego wyniku istoty predystynowane do lepszego bytu stały się ludźmi. Mit ten wyraża podstawowe rozczarowanie z faktu bycia człowiekiem, z nędzy jego egzystencji. Można powiedzieć, że wraz z uświadomieniem sobie swej kondycji człowiek wyraził swoje głębokie niezadowolenie z niej. W dzisiejszym postmitycznym świecie mity upadku i odkupienia w dalszym ciągu tworzą naszą rzeczywistość psychiczną. Są tylko ubrane w szaty maskujące ich prawdziwy charakter. Takim mitem jest transhumanizm, będący – w tej perspektywie – pierwotną ideą ludzkości. Dzisiaj nie musimy już tak pompatycznie ogłaszać, że niewygoda naszej egzystencji jest wynikiem katastrof na skalę kosmiczną – możemy dziś z niepokojem zgłosić: „Houston, mamy problem”. A Houston nie zamieszkuje już dziś brodaty Jahwe, który tyle samo złego i dobrego uczynił swemu narodowi wybranemu. W Houston grupa ludzi pracuje nad rozwiązaniem problemu, choćby przypominał on kwadraturę koła. Skoro bogowie zawiedli (buddyzm jest tu szlachetnym wyjątkiem, nie angażując bogów w sprawę wyzwolenia) ludzie postanowili wziąć sprawy w swoje ręce. Czy jednak nie porywają się czyn godny barona Munchausena, który wyciągnął się sam z bagna, ciągnąc się za harcap – ba, wyciągnął też tak konia, którego miał pod sobą! Ale z drugiej strony – kto ma się tym zająć? Podobnie jak każdy nowy techniczny gadżet służył „wyjaśnieniu” tego, czym jest pamięć, tak każda ludzka aktywność miała posłużyć wyzwoleniu – religia, sztuka, filozofia, nauka, a nawet, o zgrozo, polityka! Słowem człowiek uświadamiając sobie swoją kondycję odkrył, że ma problem. I z zapałem zabrał się z jego rozwiązywanie.

Jaki jest zatem najnowszy pomysł na człowieka? No, nie taki nowy, ma już swe dzieje, jako pomysł filozoficzny ponad sto lat. Pomysł ten to prosta intuicja – skoro bycie człowiekiem jest problemem, to zostawmy ten problem za sobą. Przejdźmy do poza(trans)człowieka. Może ów transczłowiek nie będzie już wymyślał pseudoproblemów, a zajmie się tym, co najważniejsze – zapewnieniem sobie szczęśliwej egzystencji. Niezależnie jakbyśmy pojmowali szczęście, a każdy przecież pojmuje je inaczej, jest ono uniwersalnym pragnieniem. No, ale przecież mówimy o sprawie poważnej – o porzuceniu tożsamości gatunkowej, o zakończeniu historii człowieka. O wypisaniu się z gatunku ludzkiego, skażonego fundamentalną niedoskonałością zwaną byciem człowiekiem. Wszelako poważne mówienie o transhmanizmie grozi intelektualną patologią. Powaga tu jest niewskazana, bo zwykle prowadzi do bajek o nadczłowieku, nadętych i pustych. Istotną cechą człowieka jest humor. Nie chciałbym bo transczłowiek był pozbawiony poczucia humoru, wprost przeciwnie – chciałbym, aby Monthy Pythoni przy nim wydawali się nudni!

O tym, co najważniejsze w związku II

Dzisiaj tylko swego rodzaju apendyks do wpisu sprzed tygodnia. Skomentowały go w większości kobiety i paru mężczyzn. Panie wyrażały zwykle entuzjazm co do propozycji nieustannego rozmawiania. Panowie natomiast sugerowali, że rozmowa to domena kobiet, a facet to ten, który siedzi i milczy, najlepiej w samotności, a to co napisałem to romantyczne mrzonki. Tytułem komentarza chciałem tylko dopowiedzieć, że nie chodziło o rozmowę pojętą jako klej związku, codzienne dogadywanie się, co być może niektóre Panie miały na myśli. O nie, rozmowa którą mam na myśli to coś poważniejszego, to całkiem innego rodzaju doświadczenie, to ciężka praca zajmująca całe miesiące, prowadząca do powstania związku albo do jego transformacji. Nic dziwnego, że unikają jej Panowie. Trudno mi oddać smak takiego doświadczenia, bo jak opisać smak rzadkiego owocu? Nie domagam się zatem zrozumienia od czytelników. Tym bardziej że moje krótkie wpisy przypominają raczej test Rorschacha niż dydaktyczne objaśnianie albo przestawianie jakieś koncepcji. Każdy widzi w nich to co chce, albo to czego nie chce. Bo czyż życie nie jest też takim testem?

O tym, co najważniejsze w związku

Zawsze gdy byłem pytany o to, co ważne w związku odpowiadałem, że najważniejsza jest rozmowa. Para nigdy nie dojdzie do porozumienia bez długich, trwających godzinami rozmów. Co zatem trzeba robić by związek był dobry? Trzy rzeczy – rozmawiać, rozmawiać, rozmawiać. Tak, to prawda, tyle że rozmowa jest tylko wstępem do prawdziwego bycia ze sobą, do prawdziwego kontaktu, który tworzy się poprzez cichą obecność dwojga. Rozmowa jest bardzo ważna, bo oczyszcza przedpole, niczym saper rozbraja miny, na które kochający się mogliby wdepnąć bezwiednie. Ale gdy już ucichnie rozmowa, gdy wszystko co miało być powiedziane zostało powiedziane, następuje cisza. To pozorny brak komunikacji, ale dopiero teraz, już bez słów, we wzajemnej ciężarnej ciszy, rodzi się związek. Przez patrzenie, dotyk, wspólne spojrzenia, splątane oddechy następuje bezsłowna wymiana, która jest najtwardszym cementem każdego związku. Gdy ten cement się zwiąże rozmowa staje się tylko czystą przyjemnością, wspólnym śmiechem, beztroskim radowaniem się drugą osobą. A jeśli coś w zawiązku zaczyna się zmieniać, gdy pojawią się na nim nieubłagane rysy, trzeba znowuż sięgnąć po spoiwo rozmowy i cykl powtórzyć – rozmawiać, rozmawiać, rozmawiać, a potem zamilknąć i kochać.

O wakacjach

Ostatnio wróciłem do Zeszytów Ciorana. Idealna wakacyjna lektura, szczególnie na te jakże ostatnio wesołe wakacje. Już od dłuższego czasu mam wrażenie, że podszewka świata coraz bardziej się pruje. Niby piękne boże dzieło, ale jednak spod spodu wychodzi coś nieudanego. Gnostyckie zarzucanie bogu, że jest fuszerem, tak charakterystyczne dla myśli Ciorana, ma tylko jedną wadę – jest klasycznym przykładem myślenia teistycznego. Dlatego czasem, dla ochłody, wolę nieteistyczne projekty mentalne, takie jak buddyzm albo ewolucjonizm, które nie wartościują zjawisk. Cioran może być dobrym antidotum na apotropaiczne myślenie chrześcijańskie, ale na zależnościowe myślenie teistyczne lepszy jest na przykład ewolucjonizm, który nie zostawia już żadnej kryjówki  dla dziecięcych pragnień ludzkości. Nic tak nie oczyszcza umysłu, jak świadomość, że rozwój ludzkiego mózgu to tylko przykład preadaptacji, czyli nie jakiś cel ewolucji, bo takiego nie ma, ale coś pobocznego, odprysk.

Refleksja żony filozofa

Lidia Bierdiajew, żona Nikołaja Bierdiajewa, jest autorką bardzo ciekawego dziennika, zatytułowanego Zawód: żona filozofa. Pisze w nim, cytując po części słowa swej przyjaciółki: „La vie est terrible et sale – życie jest okropne i plugawe”. Z jednej strony to oczywiście reakcja na okropności terroru bolszewickiego, ale z drugiej strony, gdy zwrócimy uwagę na jej status właśnie jako żony filozofa, poczujemy się zobowiązani do szerszego odczytania tych słów – tak pięknych w swej zwięzłości. Bo na tym polega piękno życia, że możemy zobaczyć jak ono jest „terrible et sale”, ale dopiero wtedy, gdy odpadną z nas wszelkie złudzenia. Ja wyzbywam się iluzji, a może raczej to one się ode mnie odrywają, obrażone, że już ich nie hołubię.  Życie to proces wyzwalania od się iluzji i odkrywania tego, co przetrwa moment, gdy uświadomimy sobie, że mamy umrzeć…

O mentalności New Age

New Age ma się dobrze, okrzepł i daje ersatz przeżyć duchowych dla wszystkich spragnionych. Przeglądając internet widzę, że na wakacje oferuje, podobnie jak McDonald, gotowe zestawy konsumpcyjne, obejmujące zwykle kąpiel w dźwięku gongów i mis, szałas potu, ceremonię kakao, coś szamańskiego, jak spotkanie z żywiołami i zwierzętami mocy, a także malarstwo i śpiew intuicyjny, taniec spontaniczny, medytacje, wizualizacje i relaksacje. Czasem dodaje się do tego szczyptę astrologii, chodzenia po ogniu, jogi albo tantry (nagie kobiety to podstawa, nazywa się to dzikością wtedy). Szwedzki stół New Age’u jest praktycznie nieskończony. Ogólnie rzecz biorąc, jak brzmi pewne ogłoszenie, mamy do czynienia z „genialną metodą transformującą ograniczające przekonania podświadomości bez udziału intelektu w poczucie, że wszystko jest możliwe”.

Nic nie mam do tych praktyk, bo zapewniają przyjemne doznania zmysłowe ich uczestnikom, a jak wiadomo zmysłowość smakuje najlepiej w sosie duchowości. Degustujący jest jednak rodzaj umysłowości, który te praktyki kształtują i przyciągają. Efektem dłuższego kontaktu z tymi ofertami jest mentalność, którą określa się kolokwialnie jako „rzyg tęczą”. Innymi słowy – hulaj dusza, zła nie ma. Wchodzimy w Erę Wodnika, wszystko idzie ku dobremu, każda zmiana to rozwój etc. etc. Takie mentalne popłuczyny po św. Augustynie i jego koncepcji privatio boni. Rozmowa z typowym przedstawicielem New Age jest równie interesująca jak rozmowa ze strusiem, który trzyma głowę w piasku – gada się wtedy do jego kupra. Przykre jest tylko obserwowanie jak niektórzy, wydawałoby się rozsądni, ludzie wpadają w ową mentalną pułapkę New Age. Smuteczek.

O rzeźni

Franz Kafka był jednym z najprzenikliwszych obserwatorów kondycji współczesnego człowieka. W jednym ze swoich aforyzmów pisze: „Jesteśmy grzeszni nie tylko dlatego, że zjedliśmy z Drzewa Poznania, ale i dlatego, że jeszcze nie zjedliśmy z Drzewa Życia. Grzeszny jest stan, w którym się znajdujemy, niezależnie od winy”. Kondycją człowieka jest niemożność sięgnięcia po owoce z Drzewa Życia. Dlaczego? Bo aby dotrzeć do życia, konieczne jest zniszczenie samego siebie. W przeciwnym razie u końca życia czeka nas rzeź – tak ujął to jeden z rabinów, którego kazania mogły być znane Kafce. Emil Cioran także nazwał ten świat „podrzędną rzeźnią”. Jedynym sposobem, by uniknąć tej rzezi jest ekstatyczny wzlot i przekroczenie bram Prawa. Ale właśnie niemożność uczynienia tego stanowi sedno poglądu Kafki na kondycję człowieka. Mówi tym słynna przypowieść z Procesu, którą tu przypomnę i pozostawię bez komentarza:

„We wprowadzeniach do prawa jest mowa o takiej pomyłce: przed prawem stoi odźwierny. Do tego odźwiernego przychodzi jakiś człowiek ze wsi i prosi o wstęp do prawa. Ale odźwierny powiada, że nie może mu teraz udzielić wstępu. Człowiek zastanawia się i pyta, czy nie będzie mógł wejść później. ’Możliwe – powiada odźwierny – ale teraz nie’. – Ponieważ brama prawa stoi otworem, jak zawsze, a odźwierny ustąpił w bok, schyla się człowiek, aby przez bramę zajrzeć do wnętrza. Gdy odźwierny to widzi, śmieje się i mówi: ’Jeśli cię to kusi, spróbuj mimo mego zakazu wejść do środka. Lecz wiedz: jestem potężny. A jestem tylko najniższym odźwiernym. Przed każdą salą stoją odźwierni, jeden potężniejszy od drugiego. Już widoku trzeciego nawet ja znieść nie mogę’. Takich trudności nie spodziewał się człowiek ze wsi. Prawo powinno przecież każdemu i zawsze być dostępne, myśli, ale gdy teraz przypatruje się dokładnie odźwiernemu jego futrzanym płaszczu, jego wielkiemu, spiczastemu nosowi, jego długiej, cienkiej, czarnej, tatarskiej brodzie, decyduje się jednak, aby raczej czekać, aż dostanie pozwolenie na wejście. Odźwierny daje mu stołeczek i pozwala mu siedzieć przed drzwiami. Tam siedzi całe dnie i lata. Robi wiele starań, by go wpuszczono, i zamęcza odźwiernego prośbami. Odźwierny urządza nieraz z nim małe przesłuchania, wypytuje go o jego kraj rodzinny i o wiele innych rzeczy, ale są to obojętne pytania, jakie stawiają wielcy panowie, a końcu wciąż mu powtarza, że jeszcze nie może go wpuścić. Człowiek, który dobrze zaopatrzył się na podróż, zużywa wszystko, nawet najcenniejsze przedmioty, na przekupienie odźwiernego. Ten wprawdzie wszystko przyjmuje, ale mówi przy tym: ’Biorę to tylko dlatego, byś nie sądził, żeś czegoś zaniedbał.’ – W ciągu tych wielu lat obserwuje człowiek odźwiernego prawie nieustannie. Zapomina o innych odźwiernych i ten pierwszy wydaje mu się jedyną przeszkodą przy wejściu do prawa. W pierwszych latach przeklina swoją nieszczęsną dolę, później, gdy się starzeje, mruczy już tylko pod nosem. Dziecinnieje, a że w tym długoletnim obcowaniu z odźwiernym poznał także pchły w jego futrzanym kołnierzu, prosi je również, by mu pomogły i nakłoniły odźwiernego do ustępliwości. W końcu światło jego oczu słabnie i nie wie już, czy wkoło niego staje się naprawdę ciemniej, czy tylko oczy go mylą. A jednak poznaje teraz w ciemności jakiś blask, nie gasnący, który bije z drzwi prowadzących do prawa. Odtąd nie żyje już długo. Przed śmiercią zbierają się jego głowie wszystkie doświadczenia całego tego czasu w jedno jedyne pytanie, którego dotychczas odźwiernemu nie postawił. Kiwa na niego, ponieważ nie może już podnieść drętwiejącego ciała. Odźwierny musi się nisko nad nim pochylić, gdyż różnica wielkości zmieniła się bardzo na niekorzyść człowieka. ‘Co chcesz teraz jeszcze wiedzieć? – pyta odźwierny. Jesteś nasycony. – Wszyscy dążą do prawa – powiada człowiek – skąd więc to pochodzi, że w ciągu tych wielu lat nikt oprócz mnie nie żądał wpuszczenia?’ – Odźwierny poznaje, że człowiek jest już u swego kresu, i aby dosięgnąć jeszcze gasnącego słuchu, krzyczy do niego: ’Tu nie mógł nikt inny otrzymać wstępu, gdyż to wejście było przeznaczone tylko dla ciebie. Odchodzę teraz i zamykam je’”.