O umieraniu kotów i ludzi

Ludziom trudno jest odejść. Kurczowo lgną do wszystkiego, co przeżyli i pragną kontynuować swoje miałkie istnienie w nieskończoność. Pragną nieśmiertelności. Wyobrażają sobie, że będą trwać niezmiennie w najdoskonalszej postaci, jak kolorowe obrazki w broszurce świadków Jehowy. Nie pytają się, nie zastanawiają się, chcą jedynie trwać. Po co?

Jak pisał Wittgenstein, śmierć nie jest zdarzeniem życia. Jest granicą, jak podmiot jest granicą świata. Czy kot jest podmiotem? Czy kot umiera? Według mnie – nie. Kot odchodzi. Gdy poczuje, że nadszedł jego czas, wychodzi na zewnątrz, idzie do ogrodu czy lasu, w sobie tylko znane nocne krainy, które zawsze odwiedzał wtedy, gdy był młody i sprawny. Odwiedza je po raz ostatni, i kładzie się pod krzakiem, pod którym niegdyś czatował na mysz. Tam zamyka oczy.

Właściwie jedyną rzeczą w życiu człowieka, którą może on zrobić dobrze, to dobrze umrzeć. U swego kresu musimy się poddać, doświadczywszy absolutnej przeźroczystości naszego życia. Przygotowanie do tego doświadczenia jest dane nam już wcześniej, gdy po przekroczeniu połowy życia widzimy, jak krucha jest namacalność tego świata. Wtedy widzimy, że wszystko jest jakby ze szkła, przenikamy wzrokiem na wskroś i dotykamy samego skraju nicości. Wtedy nieomal zmysłowo wiemy, że wkrótce już nie będziemy istnieć. Niektórym poczucie tego jest dane od wczesnego dzieciństwa, kiedy to, nie mogąc zasnąć, leżeli zdrętwiali, przerażeni dojmującą wizją nicości. Potem w ich życiu doświadczenie to pozostaje niezmienne, jedynie coraz bardziej zrasta się z tkanką rzeczywistości i obrasta treścią zmiennych przeżyć, jak rafa koralowa, stając się coraz konkretniejsze, twardsze i coraz bardziej niezmienne.

Reklamy

O nauce w dobie zmian klimatycznych

Szwedzka nastolatka, Greta Thunberg, podjęła w zeszłym roku strajk dla klimatu. Jeden z jej argumentów szczególnie przykuł moją uwagę. Dlaczego, pyta owo dziewczę, mam chodzić do szkoły i przyswajać sobie wiedzę naukową, jeśli świat obecnie nie zwraca uwagi na alarmujące dane naukowe, które jasno wskazują, że temuż światu grozi zagłada? Naukowcy podnoszą alarm, a ludzkość nie reaguje. Greta oskarża o bezczynność głównie korporacje i polityków, chociaż i zwykli ludzie też nie są bez winy, acz ta wydaje się im tak malutka, że najczęściej nie zwracają na nią najmniejszej uwagi. Greta ma rację, bo wedle wszelkich prognoz emisje dwutlenku węgla w 2019 roku znowu wzrosną. Ludzkość po staremu robi swoje, konsumuje i defekuje, nie bacząc na szwedzkie nastolatki.

Dlaczego ludzkość nie wierzy nauce, która od prawie trzech stuleci wywiera na nią dominujący wpływ, nadając kształt jej egzystencji? Moim zdaniem obecna sytuacja nauki przypomina starą anegdotę opowiedzianą przez Kierkegaarda. Do wsi przyjechał cyrk. Gdy w cyrku wybuchł ogień, klaun pobiegł do wsi prosić o pomoc w gaszeniu ognia, który mógł łatwo się przenieść także do wsi. Mieszkańcy wzięli to za dobry chwyt reklamujący występy cyrkowe i wybuchnęli śmiechem. Spłonął cyrk i spłonęła także owa wieś. I tak dziś postrzegani są naukowcy. Dopóki dzięki swoim wysiłkom i wynalazkom poprawia jakość życia i ogólnie go umila, ich głos jest akceptowany, tak jak dowcipy radosnego klauna sprawiającego wszystkim przyjemność. Gdy jednak ostrzegają, że festiwal konsumpcji – który zresztą sami umożliwili – zagraża destrukcją cywilizacji, no nie, wtedy są odrzucani i wyśmiewani.

Oczywiście, należy odróżnić informacje naukowe od wiedzy naukowej. Informacji mamy aż nadto, czy to z własnego wykształcenia, czy to z internetu i innych źródeł. Tworzą one szum informacyjny, który jednak nie prowadzi do wiedzy, a raczej do niewiedzy. Nie dziwota, gdyż nadmiar informacji nie zbiega się w umyśle zwykłego człowieka w całość zwaną wiedzą naukową i nie kształtuje jego sposobu myślenia. Dobrym przykładem są tu dyskusje internetowe, w których ułomki informacji naukowych służą dyskutantom jako maczugi, którymi walą po głowach w swoich oponentów. Każdy znajduje jakąś wybiórczą informację zgodną z jego opinią, najczęściej w postaci linku, i częstuje nią oponenta. W uniwersum informacji, podobnie jak Biblii, każdy może znaleźć coś, co odpowiada jego opinii, nie zwracając najmniejszej uwagi na konsensus naukowców, który stanowi istotę nauki. Uważamy, że możemy śmiać się z klauna i interpretować jego przekaz po swojemu, bo przecież lepiej wiemy, o co mu chodzi.

Szkolny strajk dla klimatu Grety Thunberg i dziesiątek tysięcy nastolatków maszerujących ulicami miast Zachodu skojarzył mi się z trzynastowieczną krucjatą dziecięcą. Wówczas idea religijna pobudziła dzieci i młodzież do działania, jakże tragicznego i bezsensownego. Dziś podobieństwo jest tylko powierzchowne, bo to nauka i jej alarmujące ustalenia uświadomiły młodym, myślącym ludziom, że ich przyszłość jest zagrożona, że ich życie najpewniej nie będzie przypominało życia ich rodziców, pławiących się w dobrobycie i korzystających z czasów pokoju, trwających od ponad siedemdziesięciu lat (oczywiście tylko w uprzywilejowywanych krajach). Przywołując zatem słowa pewnego księdza, wypada mi stwierdzić, że jak młodzież wychodzi na ulice, to wiedz, że coś się dzieje.

O tym, że nie zawsze dobro i prawda zwycięża

Mahatma Gandhi oparł swoją aktywność społeczną i polityczną na filozofii jogi, której dwoma wyjściowymi zasadami są ahinsa i satja. Ahinsa to niekrzywdzenie, działanie bez przemocy, satja to prawda. Jeszcze w czasie pobytu w Afryce Południowej zapoczątkował działania, którym nadano nazwę satjagraha, co można przełożyć jakotrwanie przy prawdzie”. Opierały się one na przekonaniu, że człowiek trwający w prawdzie jest niezłomny i ma siłę, by przeforsować swoje stanowisko, nie żywiąc nienawiści do przeciwnika. Gandhi odniósł sukces, jego wieloletnie starania doprowadziły do niepodległości Indii, choć nie obyło się bez ofiar. W czasie II wojny światowej zainicjował ruch przeciwny udziałowi Hindusów w wojnie i żądający, by Brytyjczycy opuścili jego kraj (tzw. Quit India). Wywołało to prześladowania, aresztowania i tysiące ofiar. Skutki wyodrębnienia się Pakistanu i Bangladeszu były jeszcze bardziej tragiczne. Jednak zapytany w czasach II wojny światowej o  możliwość zastosowania jego metody walki bez przemocy po to, aby zakończyć zmagania wojenne z Niemcami odpowiedział: „To pomaga tylko wtedy, gdy walczysz z Brytyjczykami”.

Czas między dziewiętnastym a dwudziestym drugim rokiem swego życia spędził w Anglii, co dało mu możliwość dobrego poznania mentalności Brytyjczyków. Wiedział więc, co mówi. Jego słowa wyrażają fundamentalną myśl, że nie zawsze i nie we wszystkich warunkach szczytne zasady i prawe założenia mogą prowadzić do zamierzonych celów. Nasze działanie zawsze zależy od szeregu niezależnych od nas czynników, a jego skuteczność i konsekwencje nie prostym wynikiem odczuwanej przez nas absolutnej słuszności. Wręcz przeciwnie – gdy ktoś jest przekonany, że jest w pełni prawy i dobry, a racja jest wyłącznie po jego stronie, wtedy najczęściej zdąża prostą drogą ku porażce. Mądrość, która realizuje się w działaniu, polega na wnikliwym rozpoznaniu charakteru rzeczywistości i stosowaniu środków odpowiednich do jej natury.

O nieuchronności podziałów

Najprostszym sposobem uzyskania tożsamości jest przynależność do jakieś grupy. Czy to będzie plemię, czy gang czy też naród albo partia, jeśli tylko przynależę do grupy, to wiem, kim jestem. Mogę z dumą powiedzieć, że jestem członkiem tej grupy, że istnieje jakieś „my” nadające mi autoidentyfikację. Jednak zawsze jeśli są jacyś „my”, to pojawiają się też „oni”. Urzeczywistnienie z założenia pięknej i podniosłej idei wspólnoty, uznania wartości jednostki i pomocy wzajemnej prowadzi do nieuchronnego podziału na „my” i „oni”. Jeśli manifestuję przynależność do mojej grupy, tym samym odcinam się od innej i czynię jej członków swoimi wrogami. Dobrze wiadomo, że wskazanie wroga jest najprostszym sposobem doprowadzenia do konsolidacji zbiorowości i do zapewnienia satysfakcji jej członków, płynącej z odkrycia „osobistej” tożsamości. By poczuć się jednością z moją grupą muszę zatem zawsze wykluczyć z niej jakiś „innych”. Im silniej nienawidzę „innych”, tym silnej odczuwam więź ze „swoimi”.

Podział na „my” i „oni” sięga swoimi korzeniami naszych zwierzęcych przodków. Badacze prymatów opisują podział grupy szympansów na dwie mniejsze, pomiędzy którymi dochodziło potem do walk i zabójczej przemocy. Na tyle, na ile pozostajemy biologicznymi i emocjonalnymi spadkobiercami naszych zwierzęcych przodków, to taka dynamika jest także nieuchronna w życiu społecznym człowieka. W przypadku silnej polaryzacji, podobnej do tej, jaka obecnie rysuje się Polsce, nie ma zatem dobrych rokowań. Najbardziej wzniosłe słowa i odezwy nie pomogą, nie zmienią naszej natury. Ba, są często głosami wbrew tej naturze, jak chrześcijańskie „miłujcie waszych nieprzyjaciół”, doskonale nieskuteczne od dwóch tysięcy lat. Czy można wobec tej spektakularnej nieskuteczności dziwić się, że wypowiadane dziś słowa wzywające do zgody rozpływają się jak poranna mgła, gdy wschodzi słońce grupowej nienawiści?

Grupowa tożsamość ma bowiem ogromną wadę – pozwala na uniknięcie osobistej odpowiedzialności. W imię przynależności, ulegając prawom konformizmu, mogę uczynić największe zło. Przyjmując tożsamość grupową ulegam deindywidualizacji, wyrzekam się siebie jeszcze nim mogłem siebie poznać, odrzucam dążenie do samoświadomości chroniąc się w zbiorowym „my”. Nie mogę „kochać bliźniego swego”, jeśli nie wiem, kim jestem i nie kocham siebie. Dopóki ludzie szukają swego „ja” garnąc się jak nastolatki do afirmującego je otoczenia, dopóty ludzkość będzie wstrząsana plemiennymi walkami i nawet w najbardziej demokratycznych społeczeństwach fundamentem porządku społecznego będzie podział na „my” i oni”.

Grupa daje bezpieczeństwo, znalezienie oparcia w sobie daje wolność. Te dwie wartości są nie do pogodzenia. Są jak wahadło, które wychyla się raz ku jednej, raz ku drugiej skrajności. Poszukiwanie bezpieczeństwa owocuje podziałem i konfliktami wewnątrz społeczeństwa. Poszukiwanie indywidualnej wolności grozi alienacją i wykluczeniem, prowadzi potencjalnie do obarczenia jednostki problemami ponad jej siły. Te przeciwieństwa budują nieubłaganą dialektykę ludzkiej natury, od której nie możemy uciec. Większość społeczeństwa wybiera bezpieczeństwo grupowej przynależności, co prowadzi jednak do podziałów. Droga osobistej odpowiedzialności, odnalezienia oparcia w sobie wbrew zakusom tłumu, jest trudna i rzadko wybierana. Zgoda może jednak zaistnieć tylko pomiędzy tymi jednostkami, które nie poszukują swej tożsamości w zwierciadlanym tłumie sobie podobnych, lecz wydobywają ją ze swego wnętrza.

O ekomodernizmie Pinkera

W swej najnowszej książce Nowe Oświecenie. Argumenty za rozumem, nauką, humanizmem i postępem Steven Pinker ogłasza, że idee i wartości Oświecenia mają się dobrze. Dobrze ma się także ludzkość, ba, najlepiej jak dotąd w dziejach. I to wszystko dzięki kultywowaniu postępu technicznego opartego na wiedzy naukowej. Nie będę pisał o całej książce, skupię się tylko na jednym z jej rozdziałów, zatytułowanym „Środowisko”. W szeregu innych rozdziałów Pinker obficie argumentuje na rzecz tezy, że jesteśmy świadkami ogromnego postępu z takich dziedzinach jak: zdrowie, bogactwo, pokój, bezpieczeństwo, demokracja, szczęście, jakość życia itd. A co ze zmianami klimatycznymi, które są pochodzenia antropogenicznego przecież i stanowią realne zagrożenie dla cywilizacji? Tu Pinker też ma rozwiązanie i optymistyczne wieści. Odrzuca pesymizm takich aktywistów jak – wymienieni przez niego jednym tchem – Al Gore, Unabomber i papież Franciszek (takich zabiegów retorycznych jest nieprzyzwoicie dużo w tej książce). To według niego qausi-religijna ideologia i przeciwstawia jej swoje podejście, które nazywa ekologią oświeceniową, znaną też jako ekomodernizm lub ekopragmatyzm. Jej główne założenie to twierdzenie, że problemy ekologiczne były i są nieuniknione w procesie postępu ludzkości, ale zostaną rozwiązane dzięki technologii. Podaje mnóstwo przykładów, że tak było w przeszłości, a zatem tak będzie też w przyszłości. Tamiza jest czysta, a Londyńczycy nie umierają z powodu smogu, rosną obszary chronione, a tankowce z ropą rzadziej toną – to tylko tak dla przykładu.

Dobrze, ale co z emisjami dwutlenku węgla, która nieustannie rosną? Pinkerowi ten fakt wyraźnie ciąży. Posuwa się nawet do taniego zabiegu, zamieszczając wykres wskazujący, że emisje w latach 2014 – 2015 nie rosły. Wykres kończy się oczywiście na roku 2015, a książka pochodzi z roku 2018. Doprawdy nie wiem, po co mu takie wybieranie wisienek. W walce o zmniejszenie emisji dwutlenku węgla i uniknięcie najgorszych rezultatów globalnego ocieplenia Pinker wytacza trzy armaty. Pierwsza, najmniejsza, to podatek węglowy. Druga to energetyka jądrowa. Tu jego nadzieja technologiczna opiera się na reaktorach trzeciej i czwartej generacji. Szczególnie zachwala te ostatnie jako wspaniałe antidotum na wszelki lęki związane z energetyką jądrową. Pozostają one jednak na razie w fazie projektów eksperymentalnych. Skromnie napomyka o fuzji jądrowej jako już jaśniejącej na horyzoncie. Taktownie nie przekracza granicy rozsądku naukowego i nie mówi o zimnej fuzji, co kiedyś w eseistycznym ferworze uczynił pewien polski ekomodernista. Jeśli te dwie armaty nie wypalą, co jest nader prawdopodobne, wtedy Pinker ma w zanadrzu trzecią, ultymatywną armatę geoinżynierii. Mamy tu mnóstwo możliwości. Oprócz gazyfikacji węgla czy wprowadzania emisji z kominów do skorupy ziemskiej także ulubione pomysły geoinżynierów: rozpylanie w atmosferze rozmaitych substancji chemicznych, wiążących dwutlenek węgla albo obniżających ilość promieniowania słonecznego dochodzącego do powierzchni Ziemi.

W sumie mamy do czynienia z wizją zamykającą się w haśle: „Nie ma problemów, których by nie rozwiązała nauka i technika”. Zmiany klimatyczne też są takim problemem, z którym nauka i technika może, według Pinkera, sobie poradzić jeszcze w ciągu tego wieku. Tkwi za tą opinią ukryte założenie, że dalszy rozwój technologii nie spowoduje jeszcze większych zagrożeń dla życia na Ziemi. Żyjemy zatem z wyjątkowym okresie przejściowych trudności, a za powiedzmy dwieście lat ludzkość czeka technoraj, w którym wszystkie technologie będą czyste i nieszkodliwe dla ludzi oraz środowiska. Tymczasem każda coraz bardziej zaawansowana technika powoduje coraz bardziej zaawansowane problemy. Przeczytałem książkę Pinkera, a najdokładniej rozdział o środowisku, by zobaczyć czy mnie przekona do swoich racji. Nietrudno się domyślić, że mu się to nie udało. Jednym z powodów jego porażki nie jest brak argumentów po jego stronie, ale właśnie ich nadmiar. Po zakończeniu lektury Nowego Oświecenia przypomniał mi się pewien film, który obejrzałem dwa lata temu na YouTube. Jego bohater, młody czarnoskóry erudyta, przez półtorej godziny wylewał z siebie potoki argumentów na rzecz płaskiej Ziemi, tak że laik mógł odnieść wrażenie, że nie istnieją żadne kontrargumenty. Podobną taktykę przyjął Pinker, a taki styl argumentacji przekonuje tylko tych, którzy już są gotowi do przejścia na jasną stronę mocy. Jego książka przypomina kazanie oświeceniowego kapłana, dla niepoznaki okraszone liczbami i wykresami. Nie wchodzi w dialog z czytelnikiem, ale przepowiada natrętnie swoją ewangelię melioryzmu. Nie muszę przy tym nadmieniać, że kazanie nie jest moim ulubionym gatunkiem literackim.

O niebieskich kłamstwach

Z białym kłamstwem mamy do czynienia wtedy, gdy nie mówimy prawdy komuś, bo nie chcemy tej osoby zranić. Wtedy powstrzymujemy się od powiedzenia prawdy lub też wymyślamy naprędce jakąś pocieszającą opowieść. Kłamstwa mają też inne kolory, na przykład są niebieskie kłamstwa. Niebieskie kłamanie zachodzi wtedy, gdy chcemy się komuś przypodobać, najczęściej jakieś grupie ludzi, z którą coś nas wiąże. Wtedy nader chętnie wypowiadamy zdania, które nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Kolor tego kłamstwa pochodzi podobno od niebieskich mundurów policjantów, którzy kłamią na niebiesko, by ochronić swoich kumpli. Bo tym, co mocno łączy ludzi, niekoniecznie jest prawda. Mocniejszym lepiszczem jest właśnie kłamstwo, niebieskie kłamstwo. Jeśli utrzymujemy niedorzeczne poglądy, na przykład jesteśmy zwolennikiem jakieś teorii spiskowej, to osiągamy dwa cele: po pierwsze, atakujemy swoich przeciwników, a po drugie, co ważniejsze, sygnalizujemy lojalność wobec tych, którzy utrzymują poglądy takie jak my. I nie ma tu nic do rzeczy to, że te poglądy są niedorzeczne, jak na przykład twierdzenie, że Ziemia jest płaska. Jeśli będę twierdził, że jest płaska, zaimponuję swoim braciom w wierze, zdobędę ich poklask i akceptację. Staniemy razem wobec zdania większości, jako wybrańcy, poza tłumem. Wypowiadając niebieskie kłamstwo wyrażam moją solidarność z ideowymi braćmi.

Ten mechanizm najbardziej jaskrawo przejawia się w sferze religii. Nic tak nie spaja ludzi jak wiara w coś absurdalnego, zgodnie z powiedzeniem przypisywanym Tertulianowi: Credo quia absurdum. Wierzę, bo to jest niedorzeczne, wierzę, bo to wierzenie spaja mnie najmocniej z innymi, którzy także je podzielają. Wypowiadając jakąś niedorzeczność mogę być w pełni świadomy tego, że jest ona niedorzecznością, ale czynię to, by być członkiem grupy. Na co dzień mamy z tym mechanizmem do czynienia w sferze polityki, która w swej warstwie retorycznej składa się właściwie z samych niebieskich kłamstw. Nie ma bowiem skuteczniejszego środka do zawarcia koalicji z podobnie myślącymi jak zgrabnie ułożony szereg niebieskich kłamstw, zwany programem politycznym. Niebieskie kłamstwo występuje też w wymiarze mikro, pomiędzy dwoma osobami, co Francuzi nazywają folie à deux. Współcześnie, w sferze internetu szczególnie, niebieskie kłamstwo zwane jest fake newsem. Pewnie przykłady mógłbym dalej mnożyć, ale wypada podsumować – czy białe, czy niebieskie, wszelkie kłamstwa są podstawą istnienia społeczeństw. Grupa weredyków rozpadłaby się po paru minutach rozmowy.

O iluzji faktów

Pewien dziewiętnastowieczny lekarz sugerował, że bóle fantomowe w utraconych kończynach są dowodem na istnienie duszy – „Bo skoro ręka może przetrwać swoją fizyczna zagładę, to dlaczego nie miałoby tak być z całą osobą?” pytał. Ból w odjętej ręce bez wątpienia jest dojmującym faktem dla osoby, która go czuje. Wszakże raptowność, z jaką ludzie biorą dowolny fakt za dowód potwierdzający ich koncepcje zawsze mnie dziwiła. A już wnioskowanie, że skoro to, co nie jest widoczne, boli, to zatem to, co niewidoczne (dusza) istnieje, jest doprawdy żałosne. Fakty mogą być bardzo przekonujące, ale nie można ich włączać tak beztrosko w ciąg swego rozumowania. Bez ich krytycznej analizy doprowadzi to do absurdalnych wniosków. Większość ludzi przekonują takie namacalne fakty, rzadkie jest właściwe łączenie faktów i myśli. To trudna robota, bo nasze umysły zwykle idą po linii najmniejszego oporu. Podam przykład.

Na początku lat dziewięćdziesiątych otrzymywałem wypłatę w gotówce (tak, wtedy konta bankowe nie były taką oczywistością jak dzisiaj). Banknoty wkładałem do książki leżącej blisko mego biurka na półce. Była to pewna pozycja dotycząca mistyki chrześcijańskiej. Często wyjmowałem z niej i wkładałem otrzymywane banknoty, nic zatem dziwnego, że po paru latach wyglądała ona jak najbardziej zaczytana pozycja w mej bibliotece. Jej wygnieciona od częstego wyjmowania obwoluta wydawała się być tego najlepszym dowodem. Pewnego razu jeden z moich gości uważnym wzrokiem przejrzał me książki i rzekł: „Nie wiedziałem, że jesteś chrześcijaninem”. Widząc me szczerze zdziwione spojrzenie odparł, że przecież widzi, co najczęściej czytam. Nic nie odpowiedziałem, pozostawiłem go w jego iluzji.