O fantomatycznej maszynie świata

„Co jest realne? Jak zdefiniujesz rzeczywistość? Jeśli masz na myśli zmysły – to co czujesz, smakujesz, wąchasz lub widzisz – są to jedynie elektryczne sygnały interpretowane przez mózg” – w ten sposób Morfeusz wyjaśnia Neo względność pojęcia rzeczywistości w pierwszej części filmu Matrix. Stawiając tak sprawę Morfeusz okazuje się być zwolennikiem popularnej w filozofii nowożytnej koncepcji, zwanej teorią danych zmysłowych. Co najmniej od czasów Kartezjusza panuje bowiem w filozofii przekonanie, że bezpośrednio dane są naszej świadomości tylko idee, impresje czy też przedstawienia, że nie poznajemy świata zewnętrznego, który pozostaje dla nas na zawsze ukryty za zasłoną z idei, jak to ujął Richard Rorty.

Neurobiolodzy wskazują, że tworzony przez mózg obraz rzeczywistości nie jest wiernym odwzorowaniem świata, którego mózg ma być częścią. Nie chodzi tu tylko o rozmaitego rodzaju złudzenia zmysłowe i błędy percepcyjne, a raczej o to, że uświadamiamy sobie jedynie pewien wycinek świata zewnętrznego, że nasze zmysły dostarczają nam na raczej obrazów będących metaforami działania, niż odwzorowujących rzeczywistość. Rzecz dotyczy bowiem najbardziej podstawowego poziomu funkcjonowania ludzkiego umysłu i jego ewolucyjnego sukcesu. Na czym polega ewolucyjna skuteczność świadomości? Bez wątpienia wynika ona z jej kontrakcyjnego charakteru, czyli z jej umiejętności wybierania i następnie „streszczania” danych docierających z zewnątrz w porcje skodyfikowanych informacji zwanych danymi zmysłowymi. Świadomość operuje na nich, na wąskich fragmentach spektrów optycznych, dźwiękowych, zapachowych, smakowych. Funkcjonuje zatem raczej jako narzędzie selekcji, a nie wiarygodny świadek świata zewnętrznego, o czym pisał już Henri Bergson. Obraz świata dostarczany nam przez zmysły jest więc niczym innym, jak tylko konieczną iluzją adaptacyjną, narzędziem przetrwania. Nawiązując do słynnej metafory Alfreda Korzybskiego: znamy mapę, nie teren.

W dodatku owe obrazy świata tworzone przez nasze mózgi są zróżnicowane indywidualnie. Różni nas wrażliwość na kolory, dźwięki, nasze postrzeganie ogranicza szereg uwarunkowań kulturowych i osobistych – każdy z nas żyje w „pieczarze osobistej”, jak ujął to Francis Bacon w swej koncepcji idoli. Chociaż należy zauważyć, że czasem różnice indywidualne są jeszcze bardziej znaczące, np. jedna na 2000 osób jest synestetykiem. Tożsamość jakościowa świata, postrzeganego przez ludzi, jest w tej perspektywie tylko postulatem. Filozofia jest pełna metafor percepcyjnych – od jaskini Platona po teatr kartezjański. W ich tle tkwi przekonanie, podkreślane przez współczesną antropologię, że jesteśmy tylko małpami, nastawionymi na percepcję wzrokową.

Gdy Morfeusz walczy w symulatorze z Neo, próbuje oczyścić jego umysł ze złudzeń Matrixa, nauczyć go, że Matrixem rządzą reguły ustalone przez programistów, które jako człowiek może nagiąć i złamać. Neo pyta, czy w takim razie będzie mógł uchylać się przed kulami, a Morfeusz odpowiada, że gdy zrozumie do końca, kim jest, nie będzie musiał. Umysł człowieka może przekroczyć granice reguł, których wymaga program. Regułami, do których nagina się nasza świadomość, jest matrix doznań zmysłowych, to one tworzą maszynę fantomatyczną świata, w której żyjemy. Stanisław Lem rozpatrywał maszynę fantomatyczną w swej książce Summa technologiae, rozważając kwestie natury ontologicznej, pojawiające się wtedy, gdy mielibyśmy do czynienia z umysłem ludzkim całkowicie wtopionym w świat fantomatyczny. Jak słusznie zauważa, problemem staje się wtedy określenie tożsamości podmiotu poddanego władzy maszyny kreującej sztuczną rzeczywistość. A kim jesteśmy my, żyjący w świecie wykreowanym przez nasze zmysły?

Jednak w zmysłowej maszynie fantomatycznej ludzkiej świadomości jest jakiś ukryty feler. Wytworzyła ona naukę i technikę, które spotęgowały zjawiska dysfunkcji ludzkiego umysłu do tego stopnia, że ludzkość może nie przetrwać przez następne dekady. Czy można to zmienić? To odwieczne marzenie ludzkości. Dla wielu odpowiednikiem czerwonej pigułki z Matrixa jest doświadczenie mistyczne albo psychodeliczne. Zdaniem Platona, aby być prawdziwym człowiekiem trzeba wyjść z jaskini – zderzyć się z rzeczywistością wykraczającą poza obrazy zmysłowe. Bez wątpienia nasza świadomość jest swego rodzaju wirtualną rzeczywistością, wygenerowaną przez tysiąclecia rozwoju ludzkości. Gdy jednak traktujemy ją jako źródło kolejnych rzeczywistości, jak to dzieje się obecnie, obraca się przeciw nam.

O COP 25

Psycholog James Hillman napisał ponad ćwierć wieku temu książkę pod tytułem Mamy sto lat psychoterapii i świat ma się coraz gorzej. Nie chcę tu pisać o psychoterapii, tytuł książki Hillmana posłuży mi tylko jako analogia. Możemy bowiem dzisiaj powiedzieć: jutro zaczyna się kolejny szczyt klimatyczny w Madrycie, COP 25, a świat ma się coraz gorzej. W konferencji weźmie udział około 25 tysięcy delegatów z blisko 200 państw świata. Podebatują i się rozjadą. Od ponad ćwierć wieku ludzie debatują nad końcem swego świata, ale nie daje to żadnych wyników. Podejmowane postanowienia, jak te z Kioto czy Paryża, pozostały na papierze. W przypadku obecnego szczytu także nie ma żadnych nadziei na przełom. Wszystko zostanie odwleczone do kolejnych spotkań – COP 26, COP 27, COP 28… aż do tego ostatniego, które już się nie odbędzie.

Dziesięć lat temu naukowcy wymienili trzynaście punktów krytycznych dla klimatu Ziemi. Ich przekroczenie grozi katastrofą klimatyczną. Ostatnio w piśmie Nature podali, że dziewięć z nich już się uaktywniło. Są to: częste susze wyniszczające amazońskie lasy deszczowe; zmniejszenie zasięgu lodu morskiego w Arktyce; osłabienie cyrkulacji wód w Atlantyku; pożary i plagi szkodników niszczące lasy borealne; wymieranie Wielkiej Rafy koralowej; topnienie pokrywy lodowej Grenlandii; topnienie „wiecznej” zmarzliny; nasilone topnienie pokrywy lodowej w Antarktydzie Zachodniej; nasilone topnienie pokrywy lodowej w Basenie Wilkesa w Antarktydzie Wschodniej.

No, nie jest wesoło. Pozostało jeszcze parę punktów, jak niedotlenie oceanu czy też moje ulubione hydraty metanu. Zresztą, czy wymienimy trzynaście czy piętnaście punktów, wszystko wskazuje na to, że za kilka lat już je przekroczymy. Nie znamy ponadto wszystkich możliwych sprzężeń zwrotnych, które mogą doprowadzić w ciągu najbliższych lat do znaczącej akceleracji globalnego ocieplenia. Pomimo tego ludzkość nie robi nic by uniknąć samozagłady. Bez wątpienia przeminie obecna postać świata i spodziewam się niestety, że tego dożyję, a już na pewno doświadczą owego przemijania młodsi ode mnie. Pomimo starań naukowców i wielu ruchów aktywistycznych poziom refleksji, jak też idących za nią ewentualnych osiągnięć w przeciwdziałaniu kryzysowi klimatycznemu, jest zatrważająco niski. Ludzkość kontynuuje swoją egzystencję wedle starych wzorców. Do nielicznych docierają słowa, które znalazłem w książce o Grecie Thunberg Sceny z życia rodzinnego: „Uczta się skończyła. Zabawa dobiegła końca”.

O paradoksie Fermiego i samobójstwie planetarnym

W 1950 roku słynny fizyk Enrico Fermi, noblista w wieku 37 lat i współtwórca pierwszego reaktora jądrowego (uruchomiony w Chicago w 1942 roku), miał się wdać w z rozmowę z kilkoma przyjaciółmi, również naukowcami światowej klasy (wśród nich był na przykład Edward Teller, twórca bomby wodorowej) dotyczącą problemu UFO. Po rozmowie Fermi miał zapytać sam siebie: „Gdzie oni są?” To pytanie jest znane jako paradoks Fermiego, polegający na tym, że wedle wszelkiego prawdopodobieństwa możemy oczekiwać powstania wielu cywilizacji pozaziemskich, a tymczasem brak jakichkolwiek obserwowalnych śladów ich istnienia. Oczywiście poza tymi, jakie podsuwają entuzjaści UFO.

Jedną z odpowiedzi na paradoks Fermiego jest teza, że cywilizacje, które osiągnęły odpowiedni poziom technologiczny, który by je uprawniał do kontaktu z innymi cywilizacjami, giną jednak wcześniej wskutek rozwoju własnych technologii. Z ewolucyjnego punktu widzenia samozniszczenie może być paradoksalnym rezultatem sukcesu odniesionego w tymże procesie ewolucyjnym. Ta teza nawiązuje bezpośrednio do tego, co obecnie dzieje się na Ziemi. Rozwijająca się na tej planecie od kilku wieków cywilizacja technologiczna doprowadziła do oczywistego postępu pod względem jakości życia i konsumpcji, ale zarazem sprowadziła na ludzkość ogromne zagrożenie. Kryzys klimatyczny grozi końcem cywilizacji takiej jaką znamy, a być może nawet końcem istnienia ludzi, co przewidują najbardziej pesymistyczne scenariusze. Profesor Michał Heller zapytany o inteligentne życie w kosmosie miał odpowiedzieć: „Mam wątpliwości czy życie inteligentne istnieje nawet na naszej planecie”. To, co obecnie dzieje się na tej planecie niestety potwierdza jego słowa. Rozwój technologii jest swego rodzaju planetarnym samobójstwem, porównywalnym do sytuacji gazowego samobójstwa, gdy zamykamy się garażu, w którym stoi samochód z włączonym silnikiem.

Niektórzy podniecają się racjonalnością ludzi. Ja uważam, że racjonalny jest tylko ten gatunek, który jest zdolny do sensowego, adaptacyjnego działania w swoim środowisku. Jest to możliwe tylko wtedy, gdy ten gatunek dostosowuje się do otoczenia, przekształcając siebie zgodnie z wymaganiami środowiska. My natomiast uparliśmy się by to środowisko przekształcać wedle naszych najniższych instynktów. Stworzyliśmy technikę po to, by prowadzić życie przyjemne i bezbolesne. Jedynym wszakże sposobem na osiągnięcie tego celu jest pacyfikacja przyrody. A takie próby kończą się ekstynkcją gatunku, który ją podejmuje. Uważamy się za coś odrębnego od całości życia, za wyjątkowy gatunek, uświęcony inkarnacją boga i zdolnością do oświecenia. Niestety jesteśmy tylko zwierzętami z przerośniętą ego-świadomością i zdegenerowanymi emocjami. Jak napisała niegdyś Rachel Carson: „Człowiek jest częścią przyrody, więc jego walka z naturą jest nieuchronnie walką z samym sobą”. Właśnie teraz w tej walce ponosimy klęskę. Emisje gazów cieplarnianych rosną, rośnie konsumpcja, rośnie populacja – czy naprawdę jesteśmy gatunkiem inteligentnym? Wątpię. Jak to ujął James Lovelock, twórca hipotezy Gai:„Nie myślę, że wyewoluowaliśmy wystarczająco, żeby ogarnąć tak kompleksową sytuację, jak zmiana klimatu. Inercja ludzi jest tak wielka, że nie możesz zrobić nic, co ma znaczenie”.

O winie klimatycznej

Ostatnio przeczytałem swoisty pean na cześć poczucia winy, winy klimatycznej. Napisany został przez znanego w kręgach katowickiego psychologa i ekologa Ryszarda Kulika. Poczucie winy klimatycznej prowadzi wedle niego do zachowań prospołecznych i prośrodowiskowych. Można się z tym do pewnego stopnia zgodzić. Pisze: „Masz poczucie winy? To dobrze, bo to świadczy o twojej wrażliwości i daje ci energię do działania”. Jak jednak zaraz dodaje: „No, chyba że poczucie winy zostanie wyparte przez wstyd. To jest bardzo podobna emocja, ale ma zgoła inne konsekwencje. Gdy ogarnia nas wstyd, mamy ochotę zapaść się pod ziemię. Wstyd jest sygnałem, że został naruszony obraz własnej osoby. Zaczynamy myśleć o sobie źle, oceniamy siebie i wyrzucamy sobie, że nie jesteśmy tacy, jacy powinniśmy być”. Wstyd jego zdaniem donosi się do tego czym jesteśmy, poczucie winy – do naszych zachowań. Takie rozróżnienie jest robieniem gęby wstydowi i chwaleniem prospołecznego podobno poczucia winy. Wstydem się tu nie zajmuję, więc to rozróżnienie pozostawię bez komentarza. Autor zajmuje się też tym, co nazywa winą polityczną. Tu jest prosto – lewicowe podkreślanie winy systemowej ma prowadzić do „rozgrzeszania” z osobistego poczucia winy klimatycznej, bo winny jest kapitalizm, a nie indywidualni konsumenci. Prawica ma odwrotnie – najczęściej odrzuca naukowe diagnozy o kryzysie klimatycznym w imię prywatnej inicjatywy gospodarczej.

Tyle poglądy autora. Tymczasem moim zdaniem by uzyskać rzeczywisty obraz sytuacji trzeba odróżnić winę aktywną i winę bierną. W przypadku winy aktywnej czujemy się winni wtedy, gdy zawinimy, gdy zrobimy coś, na przykład gdy zranimy kogoś nam bliskiego. To wina aktywna, był czyn i jest poczucie winy. Tylko wina aktywna może zaowocować odpowiednią aktywnością, tylko w tym przypadku stojąca za nią energia może ulec transformacji. Początkiem tej transformacji jest coś, co możemy nazwać skruchą i idącym za nią poczuciem odpowiedzialności. Poczucie winy jest tylko symptomem, niczym ból komunikujący nam, że coś jest w nieporządku z naszym ciałem. Samo w sobie nie ma ono nic pozytywnego. Dopiero skrucha, czyli skruszenie ego, świadcząca o pozbyciu się poczucia winy, może dać pożądane wyniki. Tego elementu zabrakło niestety w przenikliwej jak by się wydawało analizie psychologa.

Jest też wina bierna – i taka jest dla większości ludzi wina klimatyczna. Pojawia się ona się wtedy, gdy uświadomimy sobie, że to co robimy na co dzień, prowadząc normalne życie, czyli kupując produkty w sklepach, jeżdżąc autem, budując dom, zużywając wodę, jedząc mięso, po prostu konsumując zgodnie z powszechnie uznawanymi dziś standardami społeczeństwa, w którym żyjemy. I nagle dowiadujemy się, że nasze zachowania zostały ocenione przez innych (naukowców badających wpływ cywilizacji na zmiany klimatyczne i aktywistów) jako coś negatywnego. Może to wzbudzić winę, winę bierną, bo przecież niczym świadomie nie zawiniliśmy. Można ją też nazwać winą systemową. Ludzie, którzy mogliby ją poczuć, o ile im się to uda, uświadomią sobie tylko tyle, że jej źródłem jest ich życie wedle reguł i zasad całego społeczeństwa, postępowanie wedle ogólnie przyjętych norm kulturowych. Nic dziwnego, że bierne poczucie winy szybko gasi płytka ekologia, polegająca na przysłowiowym nieużywaniu plastikowych słomek do picia albo powszechny dziś greenwashing. Nie prowadzi ona do transformacji. Można oczywiście, zgodnie z zaleceniami autora tekstu, zacząć totalnie zmieniać swoje nawyki konsumpcyjne, czyli praktycznie wypisać się ze społeczeństwa. Ale to jest niemożliwe dla 99% populacji. To tak nie działa. Poczucie winy jest wprawdzie warunkiem koniecznym, ale zarazem całkowicie niewystarczającym, do zmiany zachowań. Może także pozostać najdoskonalszym usprawiedliwieniem naszej dotychczasowej egzystencji.

Autor tekstu wydaje się przy tym grać na indywidualnym poczuciu winy: „Dobrze jest jednak zacząć od siebie. Przede wszystkim dlatego, że to tutaj, w moim wnętrzu rodzi się poczucie winy”. Wyciąga wniosek, jakże oczywisty: Skoro ja mogę, to mogą też inni. Nie zauważa jednak, że transformacja zachowań, do której doszło w jego przypadku, byłaby możliwa tylko wtedy, gdybyśmy winę bierną przekształcimy w winę aktywną, a następnie poczulibyśmy skruchę i wypisali się ze społeczeństwa z jego chorymi normami. Czy ten akt wypisania się jest w ogóle możliwy dla większości populacji? Czy nie korzystamy z prądu uzyskanego przez spalanie węgla? Czy nie poruszamy się samochodem jadąc na warsztat ekologiczny? Czy nie używamy rzeczy, które mają spory ślad węglowy? Może tylko pustelnik w bacówce w górach spełniłby te wymagania. Poczucie winy wprawdzie rodzi się w jednostce, ale jest wyrazem jej relacji ze społeczeństwem. Najważniejsze jest jednak wyjście z niej, co rzeczywiście jest aktem indywidualnym, ale skutecznym tylko w przypadku winy aktywnej.

Tu link to tekstu: https://katowice.wyborcza.pl/katowice/7,35055,25388038,czujesz-sie-winny-destrukcji-srodowiska-to-bardzo-dobrze.html?fbclid=IwAR0okTUCFLTe2lIH4pdws55P1xKpTN5HMfpGqo620FGm82Ne3Y0yYKEY1ZU

O nastolatkach i kryzysie klimatycznym

Prowadzę zajęcia na pierwszym roku kognitywistyki. Nazywa się to „Wprowadzenie do filozofii”. Nie wiem, czy przepowiadając kolejne poglądy filozoficzne uda mi się tym młodym ludziom przekazać coś z tego, czym jest filozofia, akademia ma bowiem swoje ograniczenia. Filozofia źródłowo jest niczym innym jak odmiennym postrzeganiem świata – filozofować to zmieniać swoją percepcję świata. Inną sprawą jest to, czy są moi studenci w ogóle zainteresowani transformacją swego widzenia świata. Mają dziewiętnaście lat i ich umysły są jeszcze, stosunkowo, chłonne ( o dziewiętnastolatkach pisałem też tu). Przynajmniej, jak mi się zdaje, w niektórych przypadkach. W czasie zajęć mówię im także różnych sprawach dotyczących współczesnego świata, w tym o kryzysie klimatycznym. Staram się im uświadomić powagę sytuacji. Czasem jednak nie mogę się powstrzymać przed uwagami typu: „Jak ja państwu zazdroszczę, będą mogli państwo w ciągu swojego życia w pełni doświadczyć wszystkich skutków kryzysu klimatycznego, których ja być może nie doczekam”. Nie wiem, czy odbierają to jako sarkazm, czy jako przestrogę.

Naukowcy nie mają lekko. Od ponad 40 lat alarmują, że sprawy nie mają się dobrze, a ludzie zachowują się jak dawniej. Ludzkość nie staje na wysokości zadania wobec kryzysu klimatycznego, który jest naszą rzeczywistością. Ja sam po raz pierwszy przeczytałem o możliwym kolapsie naszej cywilizacji w 1995 roku, w książce Przekraczanie granic Meadowsów. Ale nawet dla mnie wtedy wizja katastrofy cywilizacyjnej zapowiadanej na rok 2040 była odległa i niezbyt realna. Tymczasem dla moich studentów rok 2030, czy nawet 2040, to nic innego jak najbliższy czas ich życia, będą mieli wtedy po 30-40 lat. Z jednej strony młodość jest kresem buntu i kontestacji, ale z drugiej strony prawie każdy młody człowiek widzi przed sobą długie życie, takie o jakim marzy. Tymczasem dane naukowe im to marzenie odbierają. Niegdyś to prorocy religijni wieścili koniec świata, teraz ich pałeczkę przejęli naukowcy. Czy moi studenci są świadomi w pełni zagrożeń, jakie niesie bliska przyszłość? Myślę, że w większości nie, a jeżeli już to tylko intelektualnie.

To prawo młodości, by niezależnie od uwarunkowań tworzyć swoje życie. Każde nowe pokolenie to nadzieja na kontynuację życia, jego trwanie. Jednak warunki, jakie stworzyliśmy przyszłemu pokoleniu są nie do zniesienia. Odebraliśmy im ich przyszłość. Uważam, że kryzys klimatyczny będzie miał jeszcze jeden efekt, którym już zaczyna się pojawiać, a będzie to ogromna, pokoleniowa szczelina, która oddzieli nasze pokolenie od pokolenia naszych dzieci.

O śmierci i kulturze

Od pierwszego listopada minęły dwa dni. Jednak, jak to mówi stare przysłowie, cień śmierci sięga daleko. Czy zatem w te dni może być coś lepszego od powrotu do lektury znakomitej książki Ernsta Beckera Zaprzeczanie śmierci? Czytałem ją dokładnie dwa lata temu. Jej główna teza brzmi: „Podstawą motywacji ludzkiego zachowania jest nasza biologiczna potrzeba kontrolowania źródła naszego podstawowego niepokoju, przejawiająca się w zaprzeczaniu śmierci”. Tę biologiczną potrzebę człowiek zaspakaja tworząc kultu. Cała kultura, wszystkie sposoby życia ludzkiego są w swej zasadniczej części protestem przeciwko naturalnej rzeczywistości śmierci, są zaprzeczeniem prawdy kondycji ludzkiej, próbą zapomnienia o tym, czym jest człowiek jako gatunek zwierzęcy. To dzięki kulturze człowiek wykrawa posłuszny dla siebie świat. To ona pozwala mu osiągać władzę nad konkretnymi osobami, jak i nakazami kulturowymi; w rezultacie zaczyna istnieć w wyobrażonej niezawodności świata wokół niego. Jednak kulturowe wyobrażenia okazują się być tylko sztafażem, a nawet najbardziej optymistycznie nastawione osoby dręczy obraz śmierci, o którym tak pisał William James: „W głębi takiego człowieka znajdziemy coś złego, coś co przypomina mu się i podczas uczty jawi się szczerzącą zęby trupią głową”.

Dobrym przykładem owych żałosnych starań czynionych po to, by oswoić śmierć są listopadowe wizyty Polaków na grobach. Boimy się śmierci coraz bardziej, o czym świadczą rosnące rozmiary i ilość zniczy. Staramy się uspokoić czyszcząc groby, bo cmentarz to kulturowy obszar pamięci i wszelka dzikość, choćby w postaci malutkich kępek trawy wyrastających tuż obok grobu, to dla nas oznaka zapomnienia, czyli śmierci wtórej, kulturowej. Pancerne, marmurowe bloki grobów są jeszcze doskonalszym wyrazem lęku przed śmiercią. Boimy się rozpuszczenia w przyrodzie i zniknięcia w przestrzeni poza kulturą. Odgradzamy się od wszystkiego co przypomina nam o nieuchronności śmierci. Mnie wszelako podoba się pomysł, by po śmierci me prochy dały początek jakiemuś drzewu. Są one naturalnym nawozem i zamknięte w biodegradowalnej kapsule razem z nasionami stworzą coś pięknego i – co najważniejsze – żywego. Nie możemy zzuć z siebie kultury i stać się zwierzęciem, ale możemy mniej oddzielać się od natury, a tym samym mniej bać się śmierci.

O biblijnych podstawach kryzysu klimatycznego

Nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że słynne słowa z Biblii o „czynieniu sobie ziemi podaną” padają w niej dwa razy. Po raz pierwszy na początku Księgi Rodzaju (1,28): „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi”. No, niezbyt miło, ale już w kolejnym wersie mamy: „Oto wam daję wszelką roślinę przynoszącą ziarno po całej ziemi i wszelkie drzewo, którego owoc ma w sobie nasienie: dla was będą one pokarmem”. Jest więc kontekst wegetariański, jak najbardziej zgodny z obecnymi zaleceniami, by jednym ze sposobów ratowania Ziemi przed kryzysem klimatycznym uczynić wegetarianizm właśnie. Dlaczego? Ano dlatego, że obliczono biomasę kręgowców chodzących obecnie po Ziemi. 67 proc. to zwierzęta hodowlane, 30 proc. to ludzie, a zaledwie 3 proc. to dzikie kręgowce. Zatem na naszej kochanej planecie żyją dziś głównie krowy, świnie, ludzie i trochę kurczaków. Ponadto, przemysłowa hodowla zwierząt przyczynia się do 18% emisji dwutlenku węgla. Zaiste, władamy planetą, powodując szóste wymieranie gatunków. Skromnie licząc, kilka gatunków wymiera co godzinę.

A skąd wynika owo „władanie”? Otóż jest drugie miejsce, gdzie te słowa się pojawiają w Biblii, i to z pewną istotną modyfikacją. Po potopie Bóg, zawierając przymierze z Noem, mówi: „Bądźcie płodni i mnóżcie się, abyście zaludnili ziemię. Wszelkie zaś zwierzę na ziemi i wszelki ptactwo powietrzne niechaj się was boi i lęka (?). Wszystko, co się porusza na ziemi i wszystkie ryby morskie zostały wam oddane we władanie. Wszystko, co się porusza i żyje, jest przeznaczone dla was na pokarm(!), tak jak rośliny zielone, daję wam wszystko” (Rdz 9,1-3). Te słowa, oprócz tego, że są gargantuiczną manifestacją pychy homo sapiens, wskazują na ważną różnicę zdań pomiędzy ich autorami. Nie można zaprzeczyć, że cywilizacja ziemska poszła za drugim autorem, namiętnie rozkoszując się konsumpcją wysokoenergetycznego białka zwierzęcego, jak również destrukcyjną eksploatacją wszelkich zasobów Ziemi.

Nie twierdzę, że owe miliony ludzi, które przez ponad dwa tysiące lat czytały Biblię, są ofiarami zawartej w niej ideologii. Nie, jest wprost odwrotnie – to najniższe instynkty ludzkości znalazły w biblijnych tekstach swój wyraz i usprawiedliwienie. I u wielu znajdują do dziś. A najniższym z owych instynktów jest pragnienie władzy, kontroli, dominacji. Jednak, kto chce władać, upadnie; kto chce kontrolować, napotka chaos w swoim życiu; kto chce dominować, zostanie poniżony. I to się obecnie dzieje w ogólnoplanetarnym wymiarze z całą ludzkością. Bez wątpienia jedną z przyczyn obecnego kryzysu klimatycznego jest nieobecność w Biblii heraklitejskiej i taoistycznej wiedzy o biegunowości przeciwieństw i ich wzajemnym przenikaniu się. Ten wywodzący się źródłowo z dualistycznego i antropocentrycznego judaizmu brak mądrości istotnie przyczynia się do obecnego załamywania się ludzkiej cywilizacji.