Archiwa miesięczne: Luty 2015

O obrotach Ziemi

Parę dni temu pięciominutowym bohaterem internetu stał się arabski szejk, który za pomocą szklanki udowadniał, że Ziemia się nie obraca. Jego intencje i umysł mnie tu jednak nie interesują. Ciekawi mnie natomiast reakcja wielu osób, które zakrzyknęły: Ha! Zwolennicy ruchu Ziemi, czy znacie argumenty na rzecz jej ruchu? Sam miałem okazję dyskutować z jednym z nich na Facebooku, a i GW (http://wyborcza.pl/1,75400,17473513,Posmieliscie_sie_z_szejka__To_teraz_udowodnijcie_.html#BoxGWImg) popisała się idiotycznym artykulikiem o identycznej intencji. Wszystko pod szczytnym hasłem: Skoro nie możecie przytoczyć argumentów na rzecz obrotu Ziemi, dlaczego naśmiewacie się z szejka? Poprawność polityczna w pełnej krasie! I to nie tylko manifestowana przez GW, ale i przez mego rozmówcę, który tego artykuliku nawet nie czytał. Pomimo tego, że szejk przedstawił tylko nader żałosny argument zakładający, iż Ziemia i atmosfera się poruszają niezależnie, to mój dyskutant domagał się ode mnie szeregu dowodów np. szczegółowego opisu doświadczeń związanych z siłą Coriolisa, by odeprzeć tezę o nieruchomości Ziemi. Cóż, niektórym tak łatwo odrzucić cały dorobek wieków badań naukowych i uznać, że szejk jest cool, bo się przeciwstawia mainstreamowi. I tak łatwo uznać go za „nauczyciela fizyki”. A tymczasem jedyne, co należało by zrobić, to w jednym zdaniu pokazać fałszywość jego wypowiedzi, jak to uczyniłem powyżej. Rzeczywiście nasze czasy są ciemne, glajszachtyzacja umysłów ludzi młodych jest zaawansowana, skoro uważają oni, że do myślenia pobudza szejk, że religijnego manipulatora bierze się jako przykład osoby „samodzielnie myślącej” (jak to określił mój rozmówca). Takie pomieszanie pojęć to oznaka bardzo głębokiego zagubienia umysłów. Myślenia naukowego na poziomie popularnym to uczyli niegdyś Andrzej Kurek i Zdzisław Kamiński w programie „Sonda” – i to, co dziwne, nie podając jako przykładu tezy do dyskusji tego, że Ziemia się nie obraca. Gdy twórcy „Sondy” zginęli w wypadku samochodowym w 1989 roku mój rozmówca miał 10 lat (autor tekstu w GW, Karol Wójcicki miał wtedy roczek), nic więc dziwnego, że ich nie pamiętają i epatują się dzisiejszym bezmózgowiem.

Reklamy

O śmierci

W najbliższy wtorek, 24 lutego, rozpoczynam wykład fakultatywny „Filozofia śmierci”. Ogromny temat, a ja mam tylko 30 godzin. O czym mówić? Na pewno podejmę temat, który in nuce pokazuje podstawowy problem, jaki ze śmiercią ma człowiek. Śmierć, obok płciowości, najbardziej uwydatnia naszą zwierzęcą naturę. Ludzie są jednak zwierzętami chorymi. Zwierzęta przyjmują swoją śmierć w sposób naturalny. Nie mówię tu o gwałtownej śmierci zadanej przez drapieżnika, ale o spokojnym udaniu się do miejsca śmierci i dokończeniu żywota w samotności, tak jak czynią to koty czy słonie. Tymczasem śmierć człowieka jest nadmiernie zrytualizowana, co wynika jednak głównie z potrzeb tych, którzy pozostają przy życiu, gdyż, rzecz oczywista, zmarły nie ma tu już nic do gadania. Lekarze i kapłani ze swymi mniej lub bardziej apotropaicznymi zabiegami są zbędnym dodatkiem, który ma tylko łagodzić lęki pozostających przy życiu. Ta rytualizacja jest jeszcze w pewnym stopniu zrozumiała wtedy, gdy umiera młody człowiek, przed swym czasem i często przypadkowo, w bezsensownej wojnie, czy w wyniku niespodziewanej choroby. Ale gdy umiera starzec, syty swych dni, żaden rytuał nie jest potrzebny – tak jak dojrzały owoc odpada z drzewa, tak dojrzały człowiek opuszcza życie, co jest naturalną koleją rzeczy. Dojrzał, stał się indywidualnością, i spokojnie może przestać istnieć, korzystając w przywileju ściśle osobistego stosunku do śmierci. Nie pozostawia po sobie żalu czy rozpaczy, tylko pamięć swoich czynów i słowa, które wypowiedział albo napisał. Umiera syty dni, a my żyjemy sycąc się jego spuścizną. Dlaczego więc lękamy się śmierci? Lękamy się jej póki nie staniemy się sobą, póki nie dojrzejemy, póki nie wyżyjemy do końca swego życia. A to – trzeba przyznać – udaje się nielicznym.

O pytaniach

Znamieniem wymiaru ducha człowieka jest stawianie sobie pytań, na które zwykle nie ma odpowiedzi. Postawić sobie pytanie i uzyskać na nie odpowiedź jest rzeczą małą. Postawić sobie pytanie, na które nie ma odpowiedzi i zdzierżyć jej brak jest miarą wielkości umysłu. Niewiedza jest boleścią dla małych ludzi, którzy zawsze muszą znać odpowiedź, najczęściej nawet nim dobrze przemyślą pytanie. Ścierpienie braku odpowiedzi jest jedną z cech duchowości. Jedno z najbardziej klarownych określeń duchowości podał Jaron Lanier, przedstawiciel nauk komputerowych, twórca pojęcia wirtualnej rzeczywistości: „Duchowość to siła emocjonalnego stosunku, jaki ludzie żywią do pytań, na które nie sposób odpowiedzieć”. By dobrze żyć nie musimy znać wszystkich odpowiedzi. Każda odpowiedź zabija umysł, sprowadzając go do wymiaru małego, głupiutkiego komputerka. Leśmian napisał w wierszu „Schadzka”: „Bo wszelkie pytanie jest wrogiem mimowolnym własnej odpowiedzi”. Tak, nie pytaj, kochaj, „milcz i całuj”, jak pisze Leśmian. To cała filozofia.

O wykształceniu…wyższym

Coraz więcej osób uzyskuje wykształcenie wyższe. To już prawie 18 procent Polaków. Czy wypada się cieszyć? Niekoniecznie. Jak dobrze wiemy, każde upowszechnienie ma swoją cenę, także upowszechnienie wykształcenia wyższego. Jednym z najbardziej przerażających efektów rozpowszechnia się wykształcenia wyższego jest bowiem to, że doprowadziło ono do pojawienia się całego pokolenia ludzi, którzy odebrali wykształcenie znacznie przewyższające ich zdolność do samodzielnego, analitycznego myślenia. To efekt podobny tego, jaki zachodzi wtedy, gdy zdobycie zdolności czytania doprowadza tylko do lektury tabloidów. Ci, którzy odebrali wyższe wykształcenie w ciągu ostatnich lat posiadają pewną wiedzę, posiadają czasem i umiejętności pozwalające im funkcjonować we współczesnej rzeczywistości. Potrafią ją „czytać”, ale nie są zdolni do jej interpretowania. Ich wykształcenie jest czysto instrumentalne, nie hermeneutyczne – jako tako orientują się w coraz bardziej skomplikowanym otoczeniu społecznym i technicznym, jednak nie są zdolni do wyrobienia sobie własnego zdania na jego temat. Przejmują krążące w sferze publicznej opinie, trendy, kalki. Własne przemyślenia zastępują im motywujące obrazki wszechobecne w internecie. W związku z tym nie są zdolni do zakwestionowania świata, w którym żyją – ich wykształcenie służy tylko sprawnemu funkcjonowaniu w rzeczywistości, jaka ich otacza. Kto nigdy nie negował zastanych reguł, gdy miał lat dwadzieścia, nic nie stworzy, gdy będzie miał lat czterdzieści. Dziwę się sam sobie, że to piszę, ale uświadomiłem sobie, iż edukacja nie jest panaceum – edukacja może też szkodzić. Niestety mamy tu do czynienia ze zjawiskiem swego rodzaju inflacji, gdy nadmierne upowszechnienie edukacji wyższej traci swoją podstawową funkcję, jaką jest selekcja prowadząca do wyłonienia się elit.

O przelotnych słabościach

Niegdyś bywałem często w zakonno-alumnowym mieście Krakowie. Były to lata osiemdziesiąte, gdy zjawiałem się tam z pustym plecakiem, by napełnić go książkami zakupionymi w antykwariatach. Książki w antykwariatach były wtedy tanie i często wracałem z takich „łowów” zapełniwszy plecak kilkunastoma pozycjami. Poza sentymentalną pamięcią o buszowaniu po antykwariatach i księgarniach mam jedno bardzo specyficzne wspomnienie z tamtych lat. Pewnego razu ujrzałem grupę alumnów na rynku, raźnie maszerujących gęsiego – przeraziłem się wtedy, że oni, tak młodzi, w moim wieku albo nawet młodsi, już wiedzą, jak będzie przebiegało ich życie, jak będą się ubierać, jak zachowywać, co będą mówić innym ludziom jako ich osobiste przesłanie, że są już „zaprogramowani” na całe swoje życie. Ich decyzja była antytezą mojej, polegającej na ustawicznym poszukiwaniu, odnajdywaniu i dookreślaniu tego, czym jest moje życie. Chciałem, by moje życie polegało na nieustannym odkrywaniu. Tymczasem życie kapłana to gotowy format, w który wlewa się młoda dusza pełna idealistycznych (być może) pragnień i nieźle pokręcona psychologicznie, jak pokazuje to Eugen Drewermann w książce „Kler. Psychogram pewnego ideału”. Dla mnie właściwsze wtedy – i dziś tym bardziej – wydawało się podejście do życia jako do eksperymentu. Każdy nowy człowiek jest kolejnym eksperymentem natury. Kształtują go odwieczne nawyki, koduje go DNA, formatuje go kultura – a jego zadaniem jest odkrycie, jaka jest jego droga w tym labiryncie. Nie unikniemy przemożnych wpływów, nie uciekniemy od ogromnych sił, które na nas oddziaływają, ale naszym zadaniem jest odnaleźć w tym siebie.
Po latach odkryłem, że w Polsce jest pewna grupa osób, urodzonych jak ja w latach 60-tych, których życie potoczyło się właśnie w tak specyficzny sposób. Weźmy dwa znane przykłady – Tadeusza Bartosia (1967) i Jacka Krzysztofowicza (1969). Obydwaj w latach osiemdziesiątych stwierdzili, że tylko kościół, a w szczególności dominikanie, może być dla nich bezpieczną przystanią. Po latach jednak zweryfikowali swoją decyzję. Niegdyś to były pewnie rogate dusze, może zbyt rogate jak na polskie warunki lat osiemdziesiątych, które jednak złagodziły się wstępując do zakonu, osadzając swe zagubienie w macierzyńskim konkrecie instytucji. Całe szczęście było mi dane ominięcie tej pokusy, owego „zniewolenia umysłu”. Raz kiedyś tylko uległem owej przelotnej słabości. Gdy mijałem mury pewnego zakonu w Krakowie, przez te dwie minuty chciałem być zakonnikiem. Całe szczęście przeszło mi owo pragnienie w trzeciej minucie. Nie popełniłem błędu Bartosia czy Krzysztofowicza. Trwałe struktury i odwieczna prawda nie są dla mnie – nawet jako pomyłka i słabość.