Archiwa miesięczne: Kwiecień 2015

O prawie Jante

W 1933 roku norweski pisarz pochodzenia duńskiego Aksel Sandemose opublikował nowelę „Uciekinier przełamuje ścieżki”. Opisał w niej małe duńskie miasteczko Jante, w którym obowiązuje Prawo Jante ( nor. Janteloven). Prawo to opisuje nie tylko mentalność skandynawską. Oto jego zasady :
1. Nie sądź, że jesteś kimś wyjątkowym.
2. Nie sądź, że nam dorównujesz.
3. Nie sądź, że jesteś mądrzejszy od nas.
4. Nie sądź, że jesteś lepszy od nas.
5. Nie sądź, że wiesz więcej, niż my.
6. Nie sądź, że jesteś czymś więcej, niż my.
7. Nie sądź, że jesteś w czymś dobry.
8. Nie masz prawa śmiać się z nas.
9. Nie sądź, że komukolwiek będzie na tobie zależało.
10. Nie sądź, że możesz nas czegoś nauczyć.
11. Nie sądź, że jest coś czego o tobie nie wiemy.
Moralność powstała jako zespół zasad, który obejmuje życie całej grupy. Statystyczni członkowie grupy wyciągają jednak z tego nieuprawniony wniosek: „Musisz przestrzegać zasad określonych przez grupę, gdyż w przeciwnym przypadku będą ci one narzucone przemocą psychiczną i fizyczną”. Według mnie najważniejsze jest jedenaste przykazanie, które pokazuje, że podstawą każdej tak pojętej moralności jest wiedza o życiu osobistym drugiego człowieka. Twoi sąsiedzi wiedzą o tobie prawie wszystko (a resztę wie bóg przez nich wymyślony) i nie zawahają się tej wiedzy użyć, by obniżyć twoją wartość i sprowadzić cię do swego poziomu.

Reklamy

O cierpieniu

Czy cierpienie ma jakikolwiek wewnętrzny sens? Na pewno nie wtedy, gdy trwa. Gdy cierpimy, ulegamy pokusie by odwołać się do czegoś zewnętrznego wobec niego. Nadajemy sens naszemu cierpieniu odwołując się do religii, albo też możemy uważać, że poświęcamy się dla innych ludzi, ba, możemy nawet cierpieć dla idei. Kultura jest pełna takich zewnętrznych sensów, które możemy narzucać na nasze cierpienie. To gotowe szablony, nie mające nic wspólnego z tym, co przeżywamy. Według mnie cierpienie jednak daje coś, co pojawia się wszakże dopiero wtedy, gdy ono przeminie. To mądrość rany. Po zranieniu pozostaje blizna, wzorzec doświadczenia, zapis drogi leczenia rany, mapa drogi wychodzenia z cierpienia. Blizna przypomina o trudnych ścieżkach, którymi błądziliśmy przez większość naszego życia, tworzy tkankę naszego życia. Dzięki niej uczymy się – i pamiętamy, że wcale nie wyszliśmy z labiryntu. Cierpienie nie ma samo w sobie żadnego sensu i nie uszlachetnia, lecz jeśli nas nie zniszczy, a my nie poddamy się pokusie, by gotowy szablon zadecydował o jego sensie, to możemy się dowiedzieć czegoś ciekawego o sobie.

O drugiej połowie życia

Strindberg z niepokojem oczekiwał czterdziestki, czasu „gdy wszystko przenika się wzrokiem na wskroś, jakby było ze szkła” (K. Jaspers, „Strindberg i van Gogh”, s. 51). Nie spotkałem trafniejszych i bardziej zwięzłych słów, które by tak adekwatnie oddawały ową zmianę, jaka dokonuje się w percepcji rzeczywistości w drugiej połowie życia. Problem w tym, że większość ludzi tej zmiany nie chce zauważyć, ucieka od niej, przerażona kruchością i niesubstancjalnością świata, jaki mogła by im objawić ta przemieniona percepcja. A przecież widzi się wtedy dosłownie na wskroś, już nie zaślepiają nas złudzenia, wszystko jest tak cenne, jak nieuchwytna gra świateł na powierzchni jeziora, albo jak tęcza, którą widzimy mrużąc oczy. Dostrzegamy marność wszystkiego w najlepszym, koheletowskim sensie i odkrywamy, że to właśnie jest rzeczywistość, że taki jest świat – kruchy i nierzeczywisty, przemijający szybciej niż błysk światła słonecznego na rzęsie. I dopiero wtedy go zaczynamy doceniać. Jeśli szukamy trwałości, stałości i pewności – oszukujemy siebie, lgnąc do złudzeń pierwszej połowy życia.

O kandydatach na ten świat

Walka o życie kandydatów na ten świat kusi swoją absolutną szlachetnością. Jednak, jak to zwykle w tym świecie bywa, skupiona jest na symptomach, nie na przyczynach. Tak dzieje się zawsze, gdy najpierw przyjmujemy jakąś siatkę pojęciową, potem narzucamy ją na rzeczywistość i staramy się biedną rzeczywistość dostosować do naszych wyobrażeń. Zaczynamy moralizować, zabraniać, ustawy pisać i karać. Daje to różne skutki – przede wszystkim jest nader skutecznym sposobem na budzenie poczucia winy.  Przejdźmy jednak do rzeczy. Paromiesięczni kandydaci na ten świat są przecież w pełni zależni od decyzji dorosłych ludzi. To oczywiste. Ale nie chodzi tu o decyzję czy ma się ów kandydat urodzić, czy nie, albo czy mamy stanowić takie czy inne prawo, lub też czy tak lub inaczej wpływać na umysły rodziców. To nie tak. Tym, czym się musimy się przede wszystkim zająć nie są mali kandydaci na ten świat, lecz świat, na który mają przyjść. To jest ta sprawa, którą mogą zająć się dorośli, a nie mentalne i prawne gmeranie w macicy. Tym bardziej, że nie bierze się pod uwagę w tych żenujących okołomacicznych dyskusjach dalszego losu owych kandydatów, gdy już się narodzą i dorosną. Bo jak dorośnie człowiek, to chce, by też go szanowano i na głupie wojny nie wysyłano. Bo ojciec ma się swoim dzieckiem zająć, nie mordowaniem innych ojców. Bo jak dorośnie, chce też sam chce mieć potomków i chce móc ich utrzymać, a nie być niewolnikiem korporacji albo pracować za 6 złotych za godzinę. Bo jak matka rodzi swe dziecko, to chce by ono rosło, i żyło jak najdłużej i było szczęśliwe. Jak nad tym popracujemy, panie i panowie, to kobiety będą chciały rodzić w bezpiecznym świecie. I nie będzie żadnej potrzeby, by straszyć ustawami i krwawymi obrazami. I od tego trzeba zaczynać – od świata dorosłych, nie od świata kandydatów na ten świat. Zadbajmy o siebie, moi kochani dorośli, o świat, który tworzymy, to wtedy nie będziemy musieli „walczyć” o życie tych, których na świat sprowadzamy.