Archiwa miesięczne: Maj 2015

O religii

Wielkie religie pysznią się posiadaniem prawdy objawionej. Przyciągają rzesze ludzi mnóstwem wspaniałych obietnic. Nie przeszkadza im, że inna, równie wielka religia, daje trochę odmienne obietnice – wszak w grę wchodzi tu ewolucyjna rywalizacja o przetrwanie, w której ten, kto lepiej obieca, wygra. Zapytajmy jednak, do czego sprowadza się ostatecznie każda obietnica dawana przez religię, co najbardziej kusi ludzi o religijnym usposobieniu? Obietnica ta brzmi: „Jeśli pojmiesz siebie w kategoriach jakiegoś absolutnego systemu, jeśli staniesz się jego częścią, to już nic złego nie może cię spotkać”. Przylgnięcie do tej obietnicy czyni życie jasnym i prostym, a jej beneficjent czuje się zaszczycony, gdyż wydaje mu się, że dysponuje uprzywilejowanym dostępem do wiedzy o rzeczywistości. Najwyższą iluzją jest jednak mniemanie wyznawcy, że jego system religijny wyjaśnia także ostatecznie to, kim on sam naprawdę jest. Funkcją każdej religii jest bowiem wyłącznie upraszczanie rzeczywistości, kodowanie jej stosownie do ograniczonych możliwości mentalnych Homo sapiens i tym samym czynienie świata „przeżywalnym”. To ultymatywna obietnica, najwyższe pocieszenie. Wbrew roszczeniom religii nie niosą one żadnej objawionej prawdy, jedynie prawdę czysto pragmatyczną, skrojoną na miarę potrzeb naszego gatunku. To prawda, dzięki której ludzie mogą przetrwać.

Reklamy

O wybieraniu

W swej pouczającej książeczce „Szaleńcy u władzy” P. de Sutter pisze: „Głupi psychopaci spędzają życie w więzieniu, bardziej cwani stają się bogaci sprzedając narkotyki lub papierosy, a naprawdę inteligentni psychopaci zostają szefami państw”. Tej reguły nie obali żaden system wyborczy, może ją tylko złagodzić, lub też wzmocnić. Albowiem demokracja to nic innego jak łagodnymi środkami prowadzona wojna domowa, by zacytować słowa starego filistra szwajcarskiego, C. G. Junga. Polityka jest wyrazem natury ludzkiej, która jest przeniknięta przeciwieństwami. Jest też obszarem, gdzie procesy grupowe mogą przebiegać w sposób prawie niezakłócony. W grupowych wyborach zawsze wybieramy tylko mniejsze zło, a nie wybierając – jak mówi prawo małych liczb – wybieramy zło w czystszej postaci.

O zasadniczej absurdalności

Dzisiejszy wpis to kontynuacja wpisu sprzed tygodnia, spojrzenie na ten sam problem z trochę innej strony. Parę lat temu, w trakcie jednego ze swych wyśmienitych wykładów, prof. Tadeusz Sławek przytoczył w swym tłumaczeniu słowa Annie Dillard z jej książki „Teaching a Stone to Talk”: „Gdziekolwiek nie skierowalibyśmy naszego spojrzenia, chodzi niezmiennie o jedną rzecz – o to, by znaleźć praktyczny kompromis między wzniosłością naszych idei, a zasadniczą absurdalnością naszego istnienia” (absurdity of the fact of us)”. Bóg, prawda, wolność, piękno, dharma, dobro, humanitarność etc. to bez wątpienia niektóre z takich wzniosłych idei. Tworzą one naszą kulturę i odwołujemy się do nich nieustannie. Postawmy je zatem wobec nagich faktów naszego istnienia – śmierci, bólu, choroby, przemocy, wojny, głupoty i wielu innych. Czy rzeczywiście osiągamy praktyczny kompromis w chwili, gdy stoimy nad zwłokami najbliższej osoby i staramy się pogodzić ten widok z podniosłą zawartością naszego umysłu? Albo gdy słyszymy o okrucieństwach wojny, o zamachach, o handlu dziećmi, o wyzysku pracowników? To łagodny umysł Annie Dillard kazał jej to nazwać „praktycznym kompromisem”. Moim zdaniem chodzi tu o apotropaiczny zabieg chroniący chwiejną spójność naszej świadomości, o zbiorowe trwanie w iluzji, jaką jest kultura. Kultura pozwala ludzkości przetrwać, ale ceną jaką płacimy jest odsuwanie od nas „zasadniczej absurdalności naszego istnienia”, a bez jej doświadczenia nie można zwać się człowiekiem.

O złudzeniach

Jedno z najważniejszych dzieł Freuda nosi w polskim przekładzie tytuł: „Kultura jako źródło cierpień”. Jego zdaniem kultura jest źródłem złudzeń, które powodują cierpienie człowieka, ale są konieczne dla trwania społeczeństwa. Ja bym jednak myśl Freuda odwrócił, by wydobyć z niej pełnię znaczenia. To cierpienie jest źródłem kultury będącej uniwersalnym systemem złudzeń, źródłem wszelkich programów kodujących świadomość, jako software wpajany w procesie socjalizacji i edukacji. To ludzie cierpiący, nieszczęśliwi tworzą religie, mity, ideologie, sztukę i filozofię. Świat kultury jest zatem wytworzony przez ludzi, którzy nie wiedzą jak żyć, którzy jeno produkują i reprodukują najdziksze złudzenia, byleby tylko nie zobaczyć tego, jak jest. Wyrzucają z siebie dręczące ich demony, tworząc dzieła mające być dla ich terapią. Piszą ewangelie i traktaty polityczne, malują, komponują po to, by uciec od samych siebie. Odbiór ich dzieł jest entuzjastyczny, gdyż rezonują one z demonami obecnymi w duszach im współczesnych. Jednak ani życie osobiste tych twórców, ani treść ich twórczości nie świadczy o sukcesie owej terapii. I nie może się ona zakończyć sukcesem, gdyż cała kultura ludzkości, od jej początków uwiecznionych na ścianach jaskiń, jest niczym innym, jak tylko zapisem ucieczki człowieka od siebie samego.

O dzieciach i dorosłych

Bardzo często widząc zachowanie dorosłych wobec dzieci zastanawiam się: Co one im zrobiły? Dlaczego mam wrażenie, jakby dorośli i dzieci byli od siebie tak bardzo odlegli ? Nie jestem osamotniony w tym osądzie. Alison Gopnik w swej książce „Dziecko filozofem” pisze: „Dzieci i dorośli są odmiennymi reprezentantami gatunku Homo sapiens. Mają bardzo różne – choć równie złożone i potężne – umysły, mózg i formy świadomości, stworzone po to, aby spełnić odmienne funkcje ewolucyjne. Rozwój człowieka przypomina raczej swoistą metamorfozę, przekształcenie się poczwarki w motyla, aniżeli nieskomplikowany proces wzrostu – choć mogłoby się wydawać, że to raczej dzieci są żywymi, bezustannie ruchliwymi motylami, które z wiekiem zmieniają się w poczwarki kroczące wolno ścieżką dla dorosłych”. Dorośli nie widzą, że dziecko jest motylem. Podobnie jak świadomość zwierząt, tak i świadomość dzieci uznawana jest za niższą, gorszą. Dla każdego zwykłego rodzica dziecko to nieudana odmiana osoby dorosłej, traktowana protekcjonalnie, jak swego rodzaju osoba z zespołem Downa, która z czasem wyzdrowieje. Pisał o tym C.G. Jung: „Bo dorośli nie zwykli zbyt uważnie słuchać dzieci: w każdym wieku, we wszystkim co istotne, traktują je jako osobników niepoczytalnych, jeśli zaś chodzi o sprawy niezbyt ważne, przypisują im cechy doskonałych automatów”. Dzieci, ze swymi cudownie świeżymi pytaniami filozoficznymi, przypominają mi niewolników w platońskiej jaskini, której ściany zbudowane są z umysłów dorosłych. W swoich „Antypamiętnikach” Andre Malraux przytacza słowa pewnego księdza, który wysłuchiwał spowiedzi przez ponad pięćdziesiąt lat: „Przede wszystkim ludzie są znacznie bardziej nieszczęśliwi, niż się myśli.” To dosyć oczywista uwaga. Ale potem ksiądz dodaje: „Poza tym, w gruncie rzeczy, nie ma ludzi dorosłych.” Tak, nie ma ludzi w pełni dorosłych, czyli w mojej nomenklaturze – dojrzałych. Dojrzały człowiek to rzadkość, bo dorasta się własnym wysiłkiem, a dzieci, dzieci są wychowywane i wyrastają na dorosłych. Jedyną cnotą nas dorosłych wydaje się być wprost nieograniczona zdolność do akceptowania absurdów, które sami stworzyliśmy. Stworzyliśmy świat, z którego jesteśmy dumni i w którym cierpimy; powołujemy do istnienia nowych ludzi, by z niekłamaną radością uczynić z nich swe, coraz gorsze, kopie. Trafnie to ujął Ronald D. Laing: „Nim nowy człowiek osiągnie wiek piętnastu lat, jest już istotą całkowicie do nas podobną. Jest na wpół oszalałym stworzeniem, niemal już przywykłym do życia w obłąkanym świecie.” Tak zwani dorośli to dzieci o pomarszczonej skórze, o ambicjach rodem z piaskownicy i  o marzeniach wyciągniętych z kolorowych książeczek.