Archiwa miesięczne: Czerwiec 2015

O sensie życia

Pomimo tak podniosłego tytułu dzisiejszy wpis będzie dotyczył kwestii zwykłej i konkretnej. Każdy, nawet ktoś kto nigdy nie zetknął się z filozofią, chce prowadzić życie, które będzie mu dawało satysfakcję, które przeżyje szczęśliwie, które będzie wedle jego systemu wartości życiem dobrym. Nie chcemy by nasze życie było tylko opowieścią snutą dla wzbudzenia zazdrości innych. Świat dostarcza nam mnóstwa bodźców, ale wiemy podskórnie, że jeśli nasze działania będą tylko reakcjami na te bodźce, to dorwą nas z czasem smutek i depresja. Chcemy żyć, czyli działać, być źródłem, z którego wytryska woda życia. Chcemy czuć, doświadczyć, przeżywać, zanurzyć się w nurcie życia i dać się mu porwać – choćby chwilami. Pragniemy tych chwil, gdy możemy sobie powiedzieć: „Czuję, że żyję”. Gdy w tak doświadczanej interakcji z realnym światem pojawia się w naszym ciele jakieś pobudzenie, mrowienie, zapał i ekscytacja, to właśnie jest sens życia. Sens życia nie polega na przylgnięciu umysłem do jakieś religii czy ideologii, choćby najbardziej wyrafinowanej i osadzonej w wiekach tradycji. Sensu życia nie możemy ująć w słowach. Sens życia to coś, czego doświadczamy w naszym ciele. W psychologii istnieje rozróżnienie na wiedzę deklaratywną i proceduralną. Pierwsza obejmuje to, co możemy intelektualnie zaprezentować, jak na przykład wiedza o dacie bitwy pod Grunwaldem. Druga to wiedza zawarta w naszym ciele, taka jak umiejętność jazdy na rowerze, czy pływanie. Sens życia jest bez wątpienia wiedzą proceduralną, pojawia się wtedy, gdy nasze ciało jest tak w pełni obecne w jakieś sytuacji, że nasz umysł z ulgą odpuszcza sobie wszelkie pytania o sens życia.

Reklamy

O degustowaniu idei

Jakiś czas temu wpisałem w swój edytor tekstów słowo „rzeczywistości” – i zostało ono podkreślone. Także uczynna pani redaktor z wydawnictwa potwierdziła, że słowo „rzeczywistość” nie ma liczby mnogiej w języku polskim. Zadałem sobie zatem pytanie, czy może istnieć wiele rzeczywistości i wbrew edytorom i redaktorkom odpowiedziałem: Tak! To wspaniała idea, idea, która mi smakuje. Myśl o istnieniu wielu rzeczywistości wprawiła me ciało w dobrostan. Idee degustuje się podobnie jak pokarm – jeśli po przyswojeniu sobie jakieś idei czujesz odrazę i niestrawność, znaczy to, że ona nie jest dla ciebie. Jeśli natomiast twe ciało przebiega przyjemny dreszcz, a umysł reaguje chwilą ekstazy – to oznacza, że ta myśl jest dla ciebie, smakuje ci i możesz ją spokojnie przyswoić.

O pozostałościach chrześcijaństwa

Sześć lat temu temu przeczytałem wspaniałą książkę Johna Gray’a „Czarna msza. Apokaliptyczna religia i śmierć utopii”. Spośród wielu zawartych w niej myśli chcę podkreślić jedną, która wydaje mi się najważniejsza: „Polityczne ideologie ostatnich dwustu lat były nośnikami mitu o zbawieniu w historii – najbardziej problematycznego daru, jaki chrześcijaństwo przyniosło ludzkości. Przemoc religijna żywiąca się tym mitem jest wrodzoną chorobą Zachodu.” (s. 301-302) Nie jest to myśl całkiem nowa, ale po lekturze książki Gray’a rozumiemy, że jeśli chrześcijaństwo chciało być lekarstwem na choroby ludzkości w czasach cesarstwa rzymskiego, to dziś – gdy minęło prawie 2000 lat i dawne choroby już zniknęły – cierpimy już tylko na jakże bolesne skutki uboczne, które to lekarstwo wywołało. Współczesna ludzkość, zamiast odkryć nowe, skuteczne lekarstwo, aplikuje sobie nieustannie i bezmyślnie stare, pogłębiając tylko objawy (wspaniale pokazuje to Gray, omawiając religijne źródła polityki Busha, czy ateizm, jako współczesną chrześcijańską herezję). Faszyzm, komunizm, liberalizm, neokonserwatyzm – to tylko postchrześcijańskie mutacje nieskutecznego, przeterminowanego już antidotum na nieuleczalne niedoskonałości ludzkiej natury. Dziś tezy tej książki są jeszcze bardziej aktualne. Aktualnie w Polsce mamy do czynienia z wzrastającą falą utopijnych ideologii obiecujących poprawę państwa i bytu narodu, a będących oczywiście w istocie rzeczy niczym innym jak pustymi, zrytualizowanymi i upolitycznionymi formami pseudochrześcijaństwa. To Polska specyfika, religijna mimikra – tu katolicyzm perfekcyjnie udaje, że ciągle ma coś wspólnego z chrześcijaństwem. Używając metafory ewangelicznej, mamy do czynienia ze starymi bukłakami, tyle że pustymi, a nowego wina brak.

O psychologii ewolucyjnej

Od samych swych początków psychologia cierpi na ciekawą dolegliwość. Bardzo chce być nauką, oczywiście nauką ścisłą, a nie jakąś tam humanistyczną. Lecz ciągle nie może osiągnąć owego ideału i być tak ścisła jak, dajmy na to, fizyka. Efektem tego niespełnionego pragnienia jest nieustanne czerpanie z zasobów innych nauk, co ma dać szansę psychologii na stanie się nauką. Całkiem niedawno sięgnęła po teorię ewolucji. Swoją drogą teoria ewolucji nie miała szczęścia do swoich pozabiologicznych zwolenników. Najpierw ją wykorzystał Herbert Spencer, który rozwinął ewolucjonizm społeczny, mający mało co wspólnego z teorią Darwina. Współcześnie natomiast jej najbardziej zapalczywym zwolennikom służy jako uniwersalna teoria tłumacząca wszystko, niczym teoria spiskowa. Psychologia jednak nie zważając na kontrowersje przylgnęła do teorii ewolucji w swym pożądaniu naukowości, co niestety nie wychodzi jej na dobre. Oto przykład. Jedną z podstawowych kwestii, które rozpatruje psychologia ewolucyjna jest pytanie: na jakiej podstawie kobiety wybierają mężczyzn? Odpowiedź brzmi: zasobność materialna, prestiż społeczny, ambicja, starszy wiek itd. Wiadomo, kobieta inwestuje w wychowanie potomstwa i musi wybrać odpowiedniego mężczyznę, aby odnieść sukces reprodukcyjny. A zatem jak wytłumaczyć np. zjawisko groupies, które wydaje się przeczyć podanym wyjaśnieniom? Dlaczego kobiety uprawiają seks z przypadkowymi, nieodpowiedzialnymi, acz nader atrakcyjnymi mężczyznami, jakimi są frontmani zespołów rockowych? Oto również mamy odpowiedź! Badania Davida M. Bussa i Heidi Greiling potwierdziły pewną intrygującą hipotezę, znaną jako teoria „seksownych synów”. Kobiety, które decydują się na seks z atrakcyjnymi mężczyznami, rodzą seksownych synów. Gdy ci dorosną w ostatecznym rozrachunku przyciągną do siebie więcej kobiet, a zatem dzięki zwiększonej rozrodczości swoich seksownych synów ich matki osiągają sukces reprodukcyjny. Cóż to za piękna teoria ta psychologia ewolucyjna, może wytłumaczyć każde zachowanie człowieka!