Archiwa miesięczne: Lipiec 2015

O uprzedmiotowieniu człowieka

W dyskusjach i głupawych kłótniach wokół in vitro pojawia się ze strony mentalności katolickiej nader specyficzny argument, wedle którego to in vitro uprzedmiotawia człowieka, odbiera mu godność osoby ludzkiej na fundamentalnym poziomie, który nie wiadomo dlaczego jest tu utożsamiany z poziomem zarodka. Larum jest podnoszone okrutne – bo zarodki są zamrażane, bo nie ze wszystkich powstanie dziecko, bo są przedmiotem manipulacji technicznej itd. itd. A tymczasem prawdziwym uprzedmiotowieniem człowieka jest głoszona przez te środowiska zasada, którą można ująć krótko: każdy zarodek się liczy, każdy zarodek jest święty. Funkcjonuje ona też oczywiście we wszystkich innych dyskusjach dotyczących aborcji i podobnych wokółmacicznych spraw, które tak bardzo interesują dziś kręgi wyznaniowe. Ta zasada, w swym dogmatycznym uniwersalizmie, służy jednak tylko uprzedmiotowieniu kobiety. Czy zarodek jest owocem gwałtu, czy ma wadę rozwojową uniemożliwiającą życie po narodzinach, czy ciąża zagraża życiu matki – ródź, nic innego się nie liczy! To prawdziwie mistrzowska manipulacja, gdyż udając, że chroni się bezbronne zarodki, gwałci się sumienia dorosłych ludzi, uprzedmiotawia się ich, a nawet dąży do penalizacji ich wyborów moralnych, co jest już patologią. W tej rozmowie możemy usłyszeć w czystej postaci instytucjonalny bełkot przedstawiciela KK, M. Dzieduszyckiego: http://www.tvn24.pl/tak-jest,39,m/kosciol-zakazuje-in-vitro,562758.html

Reklamy

O słowie uważność

Ostatnio napotkałem w jednej z dyskusji internetowych cytat z „Pieska przydrożnego” Czesława Miłosza: „Uważność. Według książki buddyjskiego mnicha, którą czytam, samą istotą buddyzmu jest mindfullness. Chyba można to przetłumaczyć jako uważność (słowo jest już u Mikołaja Reja) albo bycie uważnym. Znaczy to przyjmować z uwagą, to co jest teraz, zamiast zwracać się ku temu, co było, albo do tego, co będzie”. Takie piękne, staropolskie słowo, jakim jest uważność, rozpościera jednak przed polskim sympatykiem medytacji całkiem inne pole homojofonicznych skojarzeń niż angielskie mindfullness. Pole to tworzą takie wyrażenia jak: „waga sprawy”, „to jest dla mnie ważkie”, „to zaważyło na czymś”, „coś przyciąga moją uwagę” (tu w słowach „przyciąga” i „uwaga” mamy powtórzone odwołanie do wagi!). Jeśli Miłosz ma rację, to dla Polaków uważność jako podstawa mądrości kojarzy się z ciążeniem ku chwili teraźniejszej. Uważność osadza nas w teraźniejszości, stajemy się wtedy ciężcy jak guru. Warto pamiętać, że tak głęboko duchowe słowo mamy w zasobach naszego języka. Nie występuje ono niestety we współczesnych słownikach, ale ten, kto pierwszy przetłumaczył na polski angielskie „mindfullness” miał naprawdę dobrą intuicję.

O miłości i polityce

Znałem kiedyś pewną kobietę, która darzyła miłością. Jej miłość była wzniosła, bo polityczna i dotyczyła pryncypiów. Najpierw darzyła miłością, z pełni obfitości swego serca, Janusza Palikota. Jednak jego – nomen omen – ruchy polityczne spowodowały, iż miłość owa wypłowiała i odeszła w zapomnienie. Wtedy zapalała miłością do innego Janusza, Janusza Korwin-Mikke, dojrzałego wiekiem rycerza walczącego z systemem, ba, z samym smokiem Unii Europejskiej. Gdy jednak okazało się, że Janusza drugiego potyczki na kopie w Brukseli spełzły na niczym, a ona sam stał się ostatnio sławny z usztywniania tylko swej prawej ręki, miłość ta także odpłynęła i sczezła. Nie koniec to jednak zapewne owej historii. Pojawił się bowiem oto nowy obiekt miłości – to sam Paweł Kukiz. I znowuż miłość, jak mniemam, wybuchnie pełnym rozkwitem, serce w piersiach załomoce, a mózg wyssie nagrane na koncertach słowa ukochanego. Miłość jest wieczna, obiekty przemijające.

O wyjeżdżaniu

Właśnie przeczytałem, że 1/3 mieszkańców USA gotowa jest szukać lepszego życia poza swoim krajem. O wiele większy procent Polaków również przemyśliwuje, by dołączyć do tych ponad 2 milionów rodaków, którzy już wyjechali. Emigranci z Afryki nie myślą, tylko płyną dziesiątkami tysięcy przez Morze Śródziemne. Każdy chce wyjechać, licząc, że dobre życie jest hen gdzieś tam. Ci, których nie stać na odwagę – albo rozpacz – wyjazdu na stałe, fundują sobie wakacje, by przeżyć choćby dwa tygodnie dobrego życia w egzotycznym kurorcie. Notabene, dziś taki wyjazd to akt patriotyczny, gdyż zawsze można natknąć się na sfrustrowanego islamistę, który zaoferuje nam wyjazd na stałe w zaświaty. Jeśli jest miły, zaoferuje swoje towarzystwo w doświadczaniu takiej ultymatywnej roz-rywki – to islamska wersja wyjeżdżania, mająca w swej perspektywie wieczny kurort zwany rajem. Dzięki wakacyjnym wyjazdom funkcjonuje gospodarka takiego dalekiego kraju, a i turyści po powrocie będą mogli z nową energią rzucić się w objęcia żarn gospodarki w Polsce i dać się im przemielić. W sumie, świat się kręci dzięki wszelkim formom wyjazdów, a dzisiejszy człowiek może o sobie powiedzieć: „Wyjeżdżam, więc jestem”. Mnie to nie dziwi, przecież zaczynaliśmy jako Homo sapiens od bycia nomadami. Mój pesymizm podpowiada mi jednak, że zapewne także skończymy jako nomadzi, poszukujący miejsca do życia na Ziemi niszczonej przez cywilizację przemysłową i ogarniętej kryzysem ekologicznym. Ziemia jest kulą o ograniczonej powierzchni, na której coraz większa liczba ludzi będzie szukać miejsca do życia. Będziemy wyjeżdżać, nie po to jednak, aby szukać pracy czy wypoczynku, lecz goniąc za rzeczami najbardziej podstawowymi – za pożywieniem i wodą. Gdy patrzę na dziecko w wózku widzę w nim takiego przyszłego emigranta-nomadę.