Archiwa miesięczne: Sierpień 2015

O raku, czyli o nieśmiertelności

W 1951 roku czarnoskóra Amerykanka Henrietta Lacks zachorowała na raka szyjki macicy. Bez jej wiedzy lekarz w szpitalu Johna Hopkinsa pobrał z guza do badań próbkę komórek. Naświetlania okazały się bezskuteczne i w tym samym roku Henrietta zmarła. Jej komórki jednak okazały się bardzo żywotne – co w przypadku raka jest eufemizmem, gdyż były po prostu wyjątkowo agresywne. Nie obumarły po paru dniach, jak to zwykle bywa, ale namnażały się bez ograniczeń w hodowli i dały początek linii komórkowej nazwanej HeLa. Jest ona obecna współcześnie we wszystkich praktycznie laboratoriach biologicznych i biotechnologicznych. Łączna masa wszystkich wyhodowanych komórek linii HeLa już dawno przekroczyła miliony ton. Użyto tych komórek w badaniach nad szczepionką na polio, HIV, do badania różnych postaci raka, technik in vitro i klonowania, mapowania ludzkiego genomu, wpływu rozmaitych substancji na ludzkie komórki, były nawet na stacji kosmicznej. Komórki Henrietty są praktycznie nieśmiertelne dzięki temu, że są komórkami rakowymi.

Jedynie taką nieśmiertelność obiecuje nam biologia. Religie wydają się obiecywać inną, czy jednak tak jest naprawdę? Przecież także w naszym umyśle jest coś, co stanowi dokładny psychologiczny odpowiednik komórek rakowych, a co jest odpowiedzialne za pragnienie nieśmiertelności. Ta kusząca obietnica wszystkich prawie religii jest bowiem niczym innym jak obietnicą nieustannego nawarstwiania się naszych doświadczeń, które będą trwać w nieskończoność, namnażając się jak komórki Henrietty. Pragnienie wiecznego trwania jest niczym innym jak nieograniczonym pragnieniem posiadania i gromadzenia przeżyć, jest rakiem naszego umysłu. Wielu już za życia oddaje się tej rakowej pokusie, gromadząc bogactwa materialne i doznania zmysłowe ponad wszelką miarę. Inni odkładają oddanie się owej orgii akumulacji na czas po śmierci, jednak w przypadku jednych i drugich jest to w gruncie rzeczy to samo pragnienie. Religijne pragnienie nieśmiertelności jest tylko przedłużeniem pragnienia doświadczania życia jako kolekcjonowania przeżyć i doznań. Czyż nie lepiej uleczyć się z tego raka i nie pragnąć?

Reklamy

O lewej półkuli mózgu

„Moje wnętrzności są wnętrznościami buddyjskimi, moje serce jest buddyjskim sercem, prawa półkula mojego mózgu jest mózgiem konfucjańskim, a lewa jest mózgiem chrześcijańskim”. To nie wyznanie schizofreniczki, to tezy koreańskiej teolożki Hyun-Kyung. Tylko kobieta jest zdolna do takiego wyznania, tak głęboko osadzającego duchowość w metaforyce i odczuciu cielesności – i dlatego chrześcijaństwo tak gorliwie chroni się przed wpływem pierwiastka kobiecego, zarówno na płaszczyźnie socjologicznej, jak i teologicznej. Dopuszcza ono w swym pojmowaniu kobiety jedynie wykastrowaną żeńskość, która nie zagraża płaskiej, racjonalistycznej i jednostronnej spójności doktryny, wygenerowanej przez wykastrowaną męskość kapłanów. Moją uwagę zwróciło to, że Hyun-Kyung umieściła chrześcijaństwo w swojej lewej półkuli – jakże słuszna lokalizacja, jeśli pamiętamy o tym, że współczesna nauka o mózgu przypisuje lewej półkuli myślenie analityczne, rozumienie mowy, logikę, obliczenia matematyczne, pisanie. Tak, chrześcijaństwo, szczególnie współczesne, to wyjątkowo lewopółkulowa religia.

O tym, co dała mi filozofia

Wiele osób zadawało mi pytanie o to, co dała mi filozofia. Ponieważ nie było to pytanie o to, co daje filozofia w ogóle, mogę na nie zatem odpowiedzieć bardziej osobiście. Uniknę w ten sposób powtarzania wytartych już do cna komunałów o „krytycznym myśleniu” czy „umiejętności rozwiązywania problemów”. Dała mi jedną małą, acz ważną rzecz – zmysł obserwacji, zdolność innego spojrzenia. Przypatruję się ludziom, zdarzeniom, sytuacjom, obserwuję sam siebie i po prostu zauważam to, co innym unika. Ludzie pędzą życie w całkowitej nieuwadze, gnając gdzieś do przodu, popadając w konflikty, nie dostrzegając tego, co mają przed nosem, gubiąc rzeczy (albo i dzieci). Ich umysły są rozproszone, pogrążone całkowicie w chaotycznych myślach, co powoduje, że ich zmysły są ślepe. Studiowanie filozofii wymaga skupienia, pomaga się skoncentrować i rozproszenie mojego umysłu nie wpływa już tak silnie na to, co widzę. To dała mi filozofia – w zwykłych sytuacjach, na zakupach, w drodze do pracy, na spacerze jestem trochę bardziej uważny. Wiem, potocznie filozof kojarzy się z typem oderwanym od rzeczywistości, bełkoczącym pod nosem coś o Heideggerze, rozedrganym jak Žižek. Ale tu mówię tylko o sobie i o takiej filozofii, która pozwala być bliżej rzeczywistości. Jeśli właściwie uprawiasz filozofię, nie znajdziesz się w gronie pretendentów do nagrody Darwina.

O teście na szczęście

Każdy chce żyć szczęśliwie. Nie wiem czym jest szczęście, bo dla każdego człowieka oznacza ono coś innego. Ciągle jednak spotkamy ludzi, którzy chcą nam narzucać swoje wizje tego, czym jest szczęście. Czynią tak, bo są nieszczęśliwi. Człowiek nieszczęśliwy chce by inni realizowali to, czego sam nie jest zdolny urzeczywistnić i dlatego uwielbia pouczać innych, moralizować, a wreszcie karać, gdy nie spełniają jego zachcianek. Człowiek szczęśliwy prowadzi swoje życie wedle swych własnych reguł i nawet przez myśl mu nie przejdzie, że mógłby komuś cokolwiek narzucać. To podstawowy test wykazujący, czy jesteś szczęśliwy – jeśli jesteś szczęśliwy, dajesz innym ludziom przestrzeń wolności, nie narzucając się im w niczym. Pełna akceptacja siebie to także pełna akceptacja innych. Dlatego mędrcy i mistycy zawsze uważali, że celem człowieka jest osiągnięcie szczęścia, nie rozumianego jako chwilowa ekscytacja, lecz jako głęboki i trwały stan umysłu. Ten stan umysłu promieniuje na innych, niwelując konflikty i łagodząc codzienne zadrażnienia. Szczęście to taki stan umysłu, który najwyraźniej ukazuje przekraczającą granice jednostkowych świadomości jedność ludzkości.

O Hypatii

Niedawno ponownie obejrzałem film „Agora” opowiadający historię filozofki i matematyczki Hypatii. Dzieje jej życia dobitnie pokazują podstawową różnicę pomiędzy postawą filozoficzną a postawą religijną. Hypatia jako filozofka zawsze kwestionowała wszystko, w co wierzyła, nieustannie dociekając i nigdy zatrzymując się na jakiejkolwiek konkluzji. Wspaniałą metaforę takiej postawy prezentuje pitagorejczyk Simiasz w platońskim „Fedonie”. Rozpatrując kwestię śmierci stwierdza on, że albo samemu się dojdzie do tego „jak to jest”, albo się przyjmie to, co ludzie mówią, i wtedy można „na tym płynąć jak na desce; może się i tak życie przepłynie, jeśli kogoś nie stać na bezpieczniejszy i mocniejszy statek, względnie jakąś boską myśl”. Platon porównuje tu wierzenia religijne do kawałka deski, której  ludzie chwytają się, by  przepłynąć przez życie. To, co religia proponuje jako jedyne rozwiązanie, czyli przyjęcie powszechnie akceptowanych wierzeń, filozofia widzi jedynie jako plan B. Planem A jest podjęcie wysiłku „by ze wszech stron rzecz rozpatrzyć”, tak jak zawsze czyniła to Hypatia.