Archiwa miesięczne: Styczeń 2016

O pewnych dyskusjach

Jest temat, który ostatnio w moich dyskusjach na Facebooku wzbudził ciekawe reakcje. Gdy tylko zamieszczam coś związanego z koncepcją antropogenicznego pochodzenia globalnego ocieplenia, zawsze parę osób reaguje odruchową repulsją. Wielu moich inteligentnych, acz najczęściej nieobeznanych z myśleniem naukowym znajomych, gorąco zaprzecza tej tezie. Po chwili rozmowy zwykle okazywało się, że mój dyskutant nic na ten temat nie wie i odczuwa tylko naturalną niechęć do rzeczonej idei. Zamiast argumentów w dyskusji dostaję tylko parę wyświechtanych cliché, krążących po necie bzdur, które już czytałem dziesiątki razy. Jakie mogą być tego powody? Czy to tylko zwykłe lenistwo umysłowe, niechęć do szerszych lektur dotyczących tego tematu i niemożność zrozumienia skomplikowanych argumentów naukowych? Czy może niemożliwość wyobrażenia sobie, iż ludzie mogą mieć wpływ na całą planetę, która przybiera nieraz formę quasireligijnej wiary  w moc naturalnych cykli planetarnych sterowanych cyklami słonecznymi? Czy też swoiście pojęty nonkonformizm, przejawiający się jako stawianie oporu naukowemu mainstreamowi, podejrzanie zgodnemu w tej kwestii (biolodzy zgadzają się w kwestii ewolucji, jakoś to nikomu oprócz kreacjonistów nie przeszkadza)? A może chodzi tu o lęk, podstawowy lęk przed uświadomieniem sobie, że gdyby antropogeniczne zmiany klimatu rzeczywiście miały miejsce, to oznaczałoby, że jest naprawdę źle i to my, ludzie, ponosimy za to winę? Zapewne w każdym indywidualnym przypadku wchodzi w grę jakaś kombinacja tych przyczyn. Jedno jest dla mnie pewne – kwestia globalnego ocieplenia uległa ideologizacji ( a przez polityków uległa komercjalizacji), ludzie już nie myślą, tylko przerzucają się stereotypami. Warto jednak pamiętać, że w dalszym ciągu jest to kwestia naukowa, która poddaje się racjonalnej argumentacji i badaniom.

Reklamy

O zdrowiu psychicznym

Podobno Freud zapytany o to, na czym polega zdrowie psychiczne miał odpowiedzieć, że jest to zdolność do miłości i pracy. Czy chodziło mu o banalną zdolność do zawiązania i przetrwania w stadle małżeńskim i do pracy osiem godzin na dobę w znienawidzonym biurze? Bez wątpienia za tymi słowami kryje się coś więcej. Zdolność do miłości to umiejętność nawiązywania związku i zmieniania się wraz z nim. To nader trudna umiejętność ewoluowania we dwoje. Zdolność do pracy zinterpretuję jako umiejętność do przebywania i pozostawania w samotności, która jest koniecznym warunkiem twórczości. Tylko w samotności jestem sobą i tylko wtedy mogę czerpać ze swej niezmiennej natury. Freudowi chodziło zatem o dwa bieguny twórczego i szczęśliwego życia człowieka. W związku tworzymy rzeczywistość naszego życia uczuciowego. W samotności tworzymy dzieła, które wpiszą się w tkankę kultury. Obydwa aspekty są ważne, jak wdech i wydech, i tylko razem tworzą pełnego człowieka, zdolnego zarówno do głębokiej relacji, jak i do równie głębokiej samotności, w której zanurza się po to, by dać światu coś nowego. W tej perspektywie autentyczna samotność jest równie nieodzownym warunkiem naszego człowieczeństwa, jak zdolność do tworzenia związków z innymi. Bowiem tylko zagłębiając się w sobie możemy przeciwstawić się zdepersonalizowanej masie i uratować to, co w człowieku najcenniejsze – indywidualność. I tylko będąc indywidualnościami możemy stworzyć prawdziwy związek, nie oparty na zbiorowych schematach. Miłość i samotność to dwa bieguny naszej pełni.

O antropocentryzmie

Antropocentryzm, jak sama nazwa głosi, stawia człowieka w centrum wszechrzeczy. Niegdyś przybierał głównie postać religijną, której mottem są słynne słowa z Księgi Rodzaju: „Zaludniajcie ziemię i miejcie nad nią władzę”. Obecna postać antropocentryzmu nie ma już formy religijnej, lecz ubiera się w szaty pseudonaukowe i występuje w dwóch odmianach. Pierwszą odmianę spotkamy często w toczących się dyskusjach o Puszczy Białowieskiej. Argument antropocentryczny w tym przypadku brzmi: ludzie tak zmienili środowisko, że puszcza sobie nie poradzi i teraz musimy jej pomóc, wyciąć chore drzewa i ją uratować. Uogólniając – bez człowieka biosfera nie przetrwa. „To, co człowiek zepsuł, tylko człowiek może naprawić” to motto wyznawców pierwszej odmiany antropocentryzmu. Wyznawcy drugiej odmiany, którzy uważają, że człowiek nie ma wpływu na zmiany klimatyczne i globalne ocieplenie, także są antropocentryczni. Ich zaprzeczanie pozwala im wierzyć, że człowiek może bez ograniczeń eksploatować Ziemię, która zawsze będzie nieograniczonym źródłem zasobów i będzie się wiecznie regenerować. Traktują Ziemię jak gigantyczną dojną krowę. Ich motto brzmi: „Krowa jest nieskończona”. Tym, co łączy obydwie odmiany antropocentryzmu jest nadmiarowa wiara w ludzkie możliwości poznawcze, szalone przekonanie, że ten okruszek wiedzy o biosferze, jaki posiadamy, daje nam prawo do ingerencji w życie na Ziemi.

O polskiej polaryzacji

Wczoraj na moich zajęciach o mało co nie doszło do wybuchu kłótni w kwestiach politycznych. Podniesione tony głosu paru osób raczej nie zapowiadały początku dyskusji merytorycznej. Przerwałem wymianę ocen i wróciliśmy do toku zajęć. Przez chwilę mogłem jednak zaobserwować w pełnej krasie wszystkie symptomy naszej polaryzacji. Oto ich krótka charakterystyka:
– silne emocje i powtarzalne zachowania werbalne, które mają charakter czysto reaktywny, tj. są wywoływane i podsycane przez wypowiedzi drugiej strony;
– każda ze stron skupia się tylko na tych argumentach, domniemaniach i być może faktach, które potwierdzają wyłącznie jej punkt widzenia;
– żadna ze stron nie podejmuje prób jakiejkolwiek dyskusji, trwając przy swoich racjach i broniąc ich jak ostatniej reduty prawdy ostatecznej;
– wizja świata propagowana przez obydwie strony jest uproszczona, pozbawiona wszelkiego zniuansowania, czarno-biała aż do bólu;
– wreszcie na koniec trudno uciec od konstatacji, że wyznawane przez obie strony poglądy mają tak wysoki stopień autonomii, że to raczej one rządzą umysłami ludzi, niż że to ludzie je wyznają.
Jaki stąd wniosek? Przy narastającej polaryzacji może dojść do nagłej zmiany sytuacji, jak w przypadku przeskoku iskry elektrycznej. Jednym z wyników takiego przeskoku może być pożar…

O karmieniu piersią

W 2010 roku zmarł w wieku 93 lat Tsutomu Yamaguhi. Był on jednym człowiekiem, któremu było dane przeżyć dwa razy coś, co zabiło setki tysięcy osób. Yamaguhi przeżył wybuch bomby atomowej w Hiroszimie, ale potem postanowił uciec do… Nagasaki. Przeżył więc dwa wybuchy atomowe – jak dotąd jedyne, które były wymierzone w ludność cywilną w czasie wojny. Przed swoją śmiercią zaproponował następująca receptę dla przetrwania ludzkości: „Jedynymi ludźmi, którym powinno się pozwolić rządzić państwami z bronią atomową, są matki, które nadal karmią piersią swoje dzieci”. Można go wyśmiać jako idealistę. Jednak ze wszystkich rodzajów ludzi karmiące matki są być może najmniej skłonne do przemocy i to ze wszelkich możliwych powodów – od hormonalnych po społeczne. To predestynuje je do ochrony życia, które mężczyźni często chętnie oddają, a jeszcze chętniej zabierają, w imię abstrakcyjnych i pustych wartości, takich jak honor, prestiż czy naród. Niestety jak dotąd jednym dostępnym kobietom sposobem ochrony życia jest dawanie go kolejnym pokoleniom, wystawianym potem na krwawe męskie rozrywki. Karmiące matki są w rozwiniętych społeczeństwach osobami, które mają mało do powiedzenia. Nawet próba karmienia piersią w miejscu publicznym kończy się często skargami o obrazę moralności. Co jest złego w widoku kobiety karmiącej piersią? To doprawdy dla mnie absolutnie niepojęte. Pamiętam, jak jako świeżo upieczony asystent prowadziłem w listopadzie 1994 roku jedne z pierwszych swoich zajęć. Studentka przyszła na nie z małym dzieckiem, które zaczęła karmić piersią pod koniec ćwiczeń. Przeszedłem na tym do porządku dziennego – doprawdy nie wiem dlaczego miałbym cokolwiek robić, przecież karmiła swoje dziecko.