Archiwa miesięczne: Marzec 2016

O jednej religii

Niedawno w czasie jednego z mych publicznych wykładów pewien młody człowiek zapytał mnie czy możliwe jest, by na świecie zapanowała tylko jedna religia. Religie, przynajmniej te zwane uniwersalistycznymi, mają owo marzenie w swoim programie. Katolicyzm to religia „powszechna”, jak głosi nazwa, islam z kolei pragnie by umma, czyli społeczność muzułmańska, ogarnęła całą Ziemię. Komunizm, owa aż nazbyt doczesna religia marzycieli materialistycznych, marzył o czasach „gdy związek nasz bratni ogranie ludzki ród”. Przeprowadźmy zatem eksperyment myślowy i załóżmy, że jedna religia, jeden system doktrynalny opanował całą ludzkość. Czy możemy znaleźć jakąś metaforę, która by oddawała ową nieprawdopodobną sytuację? Czy może cała Ziemia zamieniłaby się wtedy w raj? A może wprost przeciwnie – w Koreę Północną? Ja preferuję inną metaforę. W świecie, w którym istniałby tylko jeden kolor, nie byłoby żadnego koloru. Świat z jedną religią byłby zatem światem bez religii. Imagine…

Reklamy

O roślinnej miłości

Angielski poeta metafizyczny Andrew Marvell w swym wierszu „To his Coy Mistress” – co można przełożyć jako „Do nieskorej bogdanki” – pisze: „Ma roślinna miłość we mnie by wzrastała, rozleglej niż imperia i powolniej od nich”. To najpiękniejsze ze wszystkich znanych mi wyznań miłosnych, porównujące miłość do powolnego, organicznego, roślinnego wzrostu. Rośliny mają bowiem to, czego zwierzęta, a w szczególności ludzie, nie posiadają niestety w nadmiarze – cierpliwość. Rośliny wzrastają przez długie lata i przerastają wszelkie ograniczenia. Według alchemików cierpliwość jest podstawową cnotą kogoś, kto podejmuje się dzieła stwarzania duszy. A przecież miłość to przede wszystkim dzieło polegające na stwarzaniu duszy, które nigdy nie jest jedynie egoicznym doświadczaniem siebie, lecz jest doświadczeniem bycia sobą w relacji z drugą osobą. Dzieło to rozpoczyna się od zstąpienia w ciemne obszary życia, albowiem miłość to nie zauroczenie, ekstatyczne, szalone i zawsze radosne aż do zaślepienia. Miłość rodzi się dopiero wtedy, gdy zauroczenie już dawno przeminie. Zanurzamy się wówczas w bagienne głębie depresji, by uzyskać korzenie dla swego bytu. Potem wzrastamy powoli, wyłaniając się z nieśmiałego zarodka. Budujemy na ciemnej glebie pamięci, tworząc substancję wspólnego istnienia. Cierpliwie rośniemy, tworząc tkankę związku. I w końcu rozrastamy się szeroko jak imperium, jak grzybnia, rozpościerająca się tuż pod powierzchnią leśnego poszycia, sięgając daleko i niespodziewanie. I to jest miłość – roślinne, powolne wzrastanie, bycie na co dzień i nieskończenie cierpliwe przerastanie wszelkich konfliktów. I tak aż do śmierci.

 

O współczesnej prozopagnozji

Prozopagnozja to zaburzenie neurologiczne polegające na upośledzeniu zdolności rozpoznawania twarzy znajomych lub widzianych już osób. Współcześnie cierpimy wszyscy na jej ciekawą odmianę, spowodowaną nie przez dysfunkcję naszych mózgów, lecz przez strukturę społeczeństw, w których żyjemy. Przechodząc co dzień przez duże miasto i spotykając po drodze setki, a nawet tysiące ludzi, nie zdajemy sobie sprawy z pewnego bardzo oczywistego faktu. Nie znamy tych wszystkich ludzi, widzimy ich po raz pierwszy i prawie na pewno po raz ostatni w życiu. Nie rozpoznajemy ich twarzy, są dla nas obcy. Według antropologa Robina Dunbara możemy utrzymywać satysfakcjonujące społeczne kontakty tylko z ograniczoną liczą ludzi, która wedle jego badań wynosi około 150 osób. Jest to naturalna wielkość zżytej i współpracującej ze sobą, a zatem znającej się dobrze grupy ludzi. Grupa powyżej tej liczby rozpada się na podgrupy, które mogą ze sobą rywalizować, walczyć lub w najlepszym wypadku separować się od siebie. Tymczasem od czasu neolitu, wraz z rozwojem rolnictwa i powstaniem pierwszych osad miejskich, żyjemy w coraz większych grupach, wystawiając tkankę naszych kontaktów społecznych na postępujący proces destrukcji. Obecnie, gdy już więcej niż połowa ludzkości żyje w miastach, cierpimy właśnie na to, co nazywam współczesną prozopagnozją. Prawie wszyscy ludzie w miastach są dla nas obcy, a zatem są kimś, kto nam zagraża. Czy możemy się zatem dziwić narastaniu rozmaitych wrogich zachowań w społeczeństwie, „znieczulicy”, szukaniu wroga i bezlitosnym walkom politycznym? Nie, to po prostu efekt tego, że nie znamy i nie możemy utrzymywać normalnych kontaktów z większością ludzi, z którymi się stykamy na co dzień. Człowiek, którego twarzy nie rozpoznajemy, jest dla nas tylko abstrakcyjną jednostką, przedmiotem naszych najgorszych projekcji.

O sądzeniu prostytutki

Spośród wszystkich istot żywych na Ziemi tylko człowiek boi się swej nieuchronnej śmierci, antycypując ją przez całe świadome życie. Nic dziwnego zatem, że wytworzył swego rodzaju bufory, które ów lęk obniżają, a czasem wręcz niwelują. To przede wszystkim różnego rodzaju światopoglądy religijne, proponujące atrakcyjne wizje egzystencji po śmierci. Każdy ich wyznawca zrobi wiele, jeśli nie wszystko, by uchronić te  kruche mentalne struktury w swoim umyśle przed grożącymi im destrukcją wpływami. Niestety dzieje się to często kosztem innych ludzi. Oto przykład. W latach osiemdziesiątych XX wieku przeprowadzano ciekawy eksperyment. 22 sędziów (15 mężczyzn i 7 kobiet) w Arizonie poproszono o przejrzenie akt i wydanie wyroku, w postaci kary pieniężnej, w sprawie kobiety przyłapanej na prostytucji. Jak to bywa w eksperymentach naukowych, podzielono ich na grupę eksperymentalną i kontrolną. Sędziów z grupy eksperymentalnej poproszono najpierw o odpowiedź na dwa pytania; „Co się z tobą stanie po śmierci?” i „Jakie myśli budzi w tobie myśl o własnej śmierci?”. Sędziowie w grupie kontrolnej oczywiście nie byli trapieni takimi pytaniami. Efekt? Sędziowie z grupy eksperymentalnej zasądzali średnio 455 dolarów grzywny, ci z grupy kontrolnej tylko 55. Jak widzimy lęk egzystencjalny wzbudzony w sędziach z grupy eksperymentalnej przełożył się na surowsza karę – dokładnie 8 razy surowszą. Jak możemy to wytłumaczyć? Czyżby te pytania zmusiły sędziów do podjęcia rudymentarnej refleksji nad swoim życiem i przez to postawiły pod znakiem zapytania ich światopogląd religijny? Można tak podejrzewać, bowiem refleksja polega przecież na zakwestionowaniu – choćby na próbę, na chwilę – jakiegoś przekonania. Niestety, dla osoby wierzącej nie większego wroga niż zwątpienie i woli ona ciężarem powstającego wtedy w niej przerażenia obarczyć kogoś innego. Jakże bowiem łatwe staje się życie, gdy to inni noszą brzemiona nasze.