Archiwa miesięczne: Styczeń 2017

O religii i strefie komfortu

Joseph Campbell nazwał kiedyś religię w jej popularnym, instytucjonalnym wydaniu „szczepionką przeciwko temu, co nieznane”. Szczepionka często zawiera atenuowane patogeny o znacznie obniżonej wirulencji, ale zdolne do immunologicznego oddziaływania na organizm. Zaszczepiony osobnik wytwarza przeciwciała, jego układ odpornościowy jest stymulowany i prawdopodobieństwo zachorowania maleje. Podobnie religia instytucjonalna immunizuje swego wyznawcę, chroniąc go przed doświadczeniem tego, czego doświadczył założyciel danej religii. Pobożny chrześcijanin jest uodporniany na doświadczenie ukrzyżowania, a wierny buddysta na doświadczenie oświecenia. Dzięki szczepionce, jaką jest religia, wyznawca pozostaje w obrębie tego, co znane, w ramach społecznie ustanowionego dyskursu, mającego tyle wspólnego z autentycznym z doświadczeniem religijnym co menu w restauracji z daniem, które moglibyśmy w niej zjeść. Używając popularnego obecnie zwrotu, religia instytucjonalna mówi swym wyznawcom: pozostań w strefie komfortu :).

Reklamy

O magicznej pałeczce

O nacjonalizmie napisano już tyle, że na pewno nic nowego nie dodam jednym wpisem, ale mogę zaoferować nową metaforę. Nacjonalizm przypomina mi bowiem taką bejsbolową magiczną pałeczkę, która ma nie tylko niezwykłą nazwę, ale i niezwykłą magiczną moc. Jest to moc przekształcania tego, co powszechne w to, co partykularne. Interes ogółu przekształca ona w interes grupy, prawdę transformuje w postprawdę, z religii uniwersalnej czyni religię plemienną, a człowieka przemienia w członka narodu. Ta magiczna moc wywodzi się z podstawowego pragnienia każdego nacjonalisty, pragnienia bycia wielkim. Bo on sam, cóż, czując się taki partykularny, nieznaczący i malutki szuka tej wielkości w czymś poza sobą. Odkrywa ową upragnioną wielkość w państwie narodowym, czy właściwie plemiennym. Dalej nie sięga, gdyż wyobrażenie odpowiednio dużego – ale nie za dużego – plemienia wysyca wszelkie jego wielkościowe potrzeby. Marsze, manifestacje, zgromadzenia, wojny i pogromy to jego żywioł. Bierze on zatem w dłoń bejsbolową magiczną pałeczkę i rusza na ulice, by przykrawać rzeczywistość do swoich wyobrażeń. Warto zatem uważać w czasie spaceru po mieście, bo jeśli napotkamy typa z magiczną bejsbolową pałeczką, możemy zostać poddani bolesnemu zabiegowi partykularyzacji.

O kondycji psychicznej Polaków

Co roku ponad 6000 ludzi w Polsce popełnia samobójstwo, czyli około 17 osób każdego dnia. A to są tylko ci, którzy wykazali się wystarczającą odwagą, by skutecznie przerwać swe rozpaczliwe życie. Możemy do tego dodać o wiele więcej, według niektórych statystyk nawet 10 razy więcej, nieudanych prób samobójczych, tzw. krzyków o pomoc. 1,5 miliona Polaków cierpi na zdiagnozowaną depresję, wydają oni rocznie ponad 300 milionów złotych na antydepresanty, czyli prawie milion złotych dziennie. 12 procent Polaków nadużywa alkoholu – to około 3,5 miliona osób. Około 25% Polaków nadużywa rozmaitych leków, głównie przeciwbólowych, na które wydają ponad 20 miliardów złotych rocznie. Jeśli chodzi o mnie, to po kwadransie szperania po internecie tych liczb już mam dosyć. Jak macie ochotę, szperajcie dalej.

O wielkich czasach

Mali ludzie uwielbiają żyć w wielkich czasach. Wyśmienity przykład takiej małości podaje Hermann Hesse w swoich zapiskach biograficznych. Pisze w nich, że czasie I wojny światowej spotkał w szpitalu dla rannych żołnierzy starą pannę, pełniącą tam obowiązki sanitariuszki. Kobieta ta opowiadała mu – na sali pełnej kalekich i cierpiących młodych mężczyzn – ze „wzruszającym entuzjazmem” o tym, jak bardzo jest „szczęśliwa i dumna, że dożyła tych wielkich czasów”. Potrzebowała wojny, by swą nudną, egoistyczną i gnuśną egzystencję uczynić czymś wartościowym i aktywnym. Tak, tym czego naprawdę potrzebuje mały człowiek to wojna, rewolucja, zniszczenie i zbiorowe cierpienie. Tylko to daje mu szansę, by swoje życie uczynić sensownym, gdyż nie jest zdolny do tworzenia, nie ma żadnych zainteresowań, nie znajduje w swym życiu nic, co wyrastałoby ponad jego skarłowaciałe „ja”, nic ponad parę wyświechtanych ideologicznych obrazków. Wielki czas jest dla niego wybawieniem, jest czasem który wynosi go wzwyż, a jego całkowicie wyzutą z sensu egzystencję wydaje się czynić czymś znaczącym. Jedynie zbiorowe szaleństwo destrukcji jest falą, na której zwykły człowiek może wznieść się wzwyż i osiągnąć coś, co jest żałosną, stadną namiastką wielkości.

O męsplikacji

To okropne słowo to spolszczenie angielskiego terminu mansplaining. Oznacza ono sytuację, gdy mężczyzna, autorytatywnie i konkluzywnie, objaśnia świat kobiecie. A nawet nie tyle objaśnia, ile przemawia ex cathedra, jako ten, który wie lepiej, bo jest mężczyzną. To on bowiem jest ekspertem, on jedynie umie argumentować i tylko on może kobiecie wyjaśnić, co ona tak naprawdę myśli, tylko on potrafi rozjaśnić zagmatwany wszechświat jej myśli, wprowadzić porządek w jej chaos mentalny. Znamy takich mężczyzn, zawsze „lepiej wiedzących”, zawsze dysponujących „pełnymi informacjami” na dowolny temat, mistrzów czynienia wrażenia, że znają się na wszystkim. Tak naprawdę są jednak tylko mistrzami opinii, naciąganych mniemań i wziętych z sufitu sądów i, co najważniejsze, ani w ząb nie rozumieją kobiet. Rozsądna kobieta wie o tym i spławia męsplikera. Także myślący facet, który ma okazję przysłuchać się tyradzie męsplikera, już po chwili wie, że ów jest kretynem. Niestety jednak istnieją kobiety, i wcale nie jest ich tak mało, które ulegają mentalnemu „urokowi” męsplikerów, spijając z ich ust „objawione” prawdy. Jest to zjawisko analogiczne do tego, że niektórzy mężczyźni ulegają powierzchownemu urokowi cielesności kobiet, dla ładnej buzi i krągłych kształtów wyzbywając się ostatniego grama swego rozsądku. Zastanawiam się, czy nie są w tym bardziej żałośni niż kobiety dające posłuch idiotom. Ale cóż, tak kręci się ten światek, w tym nowym roku i we wszystkich, jakie jeszcze nastąpią. Happy New Year!