Archiwa miesięczne: Marzec 2017

O dobrych ludziach

Dobrzy ludzie na ogół bardzo źle radzą sobie ze złymi ludźmi. Są przekonani bowiem o tym, że są dobrzy i że nie mogą postępować źle, że nie mogą innego człowieka skrzywdzić. To sprawia, że w konfrontacji ze złem są najczęściej bezsilni i absolutnie nieskuteczni. Filozofia już dawno temu odkryła na czym polega problem dobrych ludzi. Pisze o tym Platon w dialogu „Hippiasz mniejszy”, gdzie ustami Sokratesa dowodzi tezy zaskakującej, całkowicie sprzecznej z potocznym poczuciem moralnym. Teza owa głosi, że lepszym człowiekiem jest ten, kto zły czyn popełnia świadomie, niż ten, kto źle czyni nieświadomie. Czyż nie jest dobrym muzykiem ten, który fałszuje rozmyślnie, a ten, który fałszuje bezwiednie złym? Podobnie naprawdę dobrym człowiekiem jest tylko ten, który jest zdolny świadomie zrobić coś złego. Ta paradoksalna teza jest konsekwencją przyjęcia założenia o tożsamości wiedzy i dobra, która to tożsamość prowadzi do narzucającego się wniosku: być dobrym to znaczy zawsze wiedzieć, co się czyni, bez względu na wartość moralną czynu, albo jeszcze dokładniej – wartość moralna czynu jest określona przez poziom wiedzy, czyli świadomości jednostki. Jesteś tak naprawdę dobrym człowiekiem tylko wtedy, gdy wiesz co czynisz, bez względu na to, co sądzą o tym inni. Ale tylko wtedy, gdy wiesz, gdyż inaczej jesteś tylko zwykłym, czyli głupim, dobrym człowiekiem.

Reklamy

O teologicznej odmianie syndromu de Clérambaulta

W 1921 roku francuski psychiatra Gaëtan Gatian de Clérambault opisał dolegliwość psychiczną, która od jego nazwiska jest określana jako syndrom de Clérambaulta. Występuje ona dwa razy częściej w kobiet niż u mężczyzn, a objawia się przemożnym urojeniem, że jakaś osoba o wysokim statusie społecznym darzy chorą namiętnym uczuciem. Pierwsza pacjentka de Clérambaulta była całkowicie pewna, że kocha ją król Anglii Jerzy V. To istota tego syndromu – osoba chora jest przekonana, że ma wielbiciela z wyższych sfer, którego postrzega jako idealnego, zakochanego w niej partnera. Z ewolucyjnego punktu widzenia syndrom ten jest patologicznym wyolbrzymieniem typowej dla kobiet strategii poszukiwania partnera, który powinien być starszy i obdarzony wysokim statusem gwarantującym dobrobyt. Najbardziej intrygujące jest to, że objawy osiowe syndromu de Clérambaulta wykazują zaskakujące podobieństwo do relacji pomiędzy wierzącym a Bogiem. Bóg kocha, jest starszy, ma olbrzymi status społeczny, zamieszkuje najwyższe sfery, jest niezmienny, wszelkie jego ewentualne negatywne zachowania można wytłumaczyć tym, że darzy wierzącego miłością i wystawia go jedynie na próbę. Wierzący wierzy, że Bóg go kocha bezwarunkowo i czuje się bezpiecznie w tej relacji, co niestety nie zdarza się tak często w rzeczywistych związkach. Jest to też bezpieczna miłość jeszcze z jednego powodu – rozgrywa się całkowicie w obrębie umysłu wierzącego.

O psychologii heretyka

Mogłoby się wydawać, że to wyznawcy jakiegoś kultu, obojętnie czy to religijnego, politycznego czy jakiekolwiek innego, są tymi, którzy prawdziwie wierzą w przekazywaną im doktrynę. Heretyk natomiast to ten, który przejrzał na oczy i odrzucił ową doktrynę jako złudzenie. To jednak nie jest takie proste. Wszak wyznawcy kultu pozostając nieustannie w swym własnym gronie tworzą towarzystwo wzajemnej adoracji, zagłuszają wszelkie ewentualne wątpliwości nieustannie potwierdzając sobie prawdziwość wyznawanych tez. Bez tego zbiorowego wsparcia ich przekonanie legło by być może szybko w gruzach, a na pewno byłoby o wiele słabsze. Tymczasem heretyk to jednostka, która chce odnaleźć realne fundamenty swego istnienia poza zbiorowym poklaskiem grupy. Słowo „haeresis” oznacza wszak pierwotnie „wybór, podział”. Heretyk podejmuje się zatem nader trudnego zadania, które polega na budowaniu swoich indywidualnych przekonań w opozycji do doktryny, którą dotąd wyznawał i – co także jest bardzo ważne – w opozycji do grupy wyznawców. Uważam zatem, że heretyk poważniej traktuje doktrynę, którą odrzuca, niż jej wyznawcy, którzy najczęściej ją bezrefleksyjnie afirmują po to tylko, by zyskać akceptację członków swej grupy. Stado od zawsze zadowalało się wzajemnym potwierdzaniem wspólnych koncepcji, tymczasem jednostka, taka jak heretyk, musi na równi poważnie traktować to, co odrzuca, jak i to, co akceptuje jako swoje wybrane przekonanie. Teza Nietzschego o śmierci Boga była bez wątpienia wypowiedziana przez niego z o wiele większą powagą niż jakakolwiek modlitwa pobożnego filistra w kościele.

O prawie własności

Ponieważ nie jestem prawnikiem, wypowiem się tu tylko o pewnym specyficznym pojmowaniu prawa własności na podstawie moich obserwacji dotyczących tego, jak argumentują entuzjastyczni zwolennicy wycinania drzew na swoich działkach. Będzie to zarazem przyczynek do psychologii Polaków, zarówno tych cieszących się świeżo odzyskaną wolnością do wycinania drzew, ale także tych, którzy realizują swoje pojmowanie prawa własności w innych sferach. Argumentacja wycinaczy jest nader prosta: „moja działka, moje drzewo, skoro je posadziłem, mogę je wyciąć”. Osoby tak argumentujące wyrażają swoje rozumienie prawa własności jako dowolnego dysponowania czymkolwiek w zupełnym oderwaniu od jakichkolwiek powiązań społecznych osoby posiadającej. To zupełnie tak, jakby posiadacz żył sam na tej planecie, a jego działania nie miały najmniejszego wpływu na innych. Przypominam sobie, że już dawno temu spotkałem się z takim rozumieniem prawa własności, w wydaniu pewnego sześciolatka, któremu zwróciłem uwagę, by nie rozkładał na czynniki pierwsze lornetki. Odparł on: „Jest moja, więc mogę ją zniszczyć”. W przypadku osób dorosłych można by domniemywać, że postarają się one o jakiś bardziej skomplikowany argument. Ale nie, zasada „moje, więc mogę z tym zrobić co zechcę, a reszcie wara od tego” jest tu podstawowa. To, że tak często teraz spotyka się ową postawę świadczy tylko o fundamentalnej niedojrzałości wyznających ją ludzi, którzy swoją egocentryczną mentalność dziecka ubrali w podniosłe hasła o wolności posiadania i gospodarowania. Jest to jednak tylko wolność niszczenia, nie tworzenia. Nastał czas dendrocydu. Od początku tego roku co dzień tysiące Polaków budzą się wczesnym świtem, biorą w swe ręce piły mechaniczne i z radością udają się rzezać drzewa, mrucząc pod nosem: „Dobre drzewo to martwe drzewo”. Psychologia takiego Polaka to psychologia człowieka, który nigdy nie miał okazji dojrzeć, który nie rozwinął żadnych więzi społecznych w państwie, gdyż to państwo przez wieki nie istniało. Przed dojrzałością chroniła go też infantylizująca wiernych macierzyńska kontrola kościoła katolickiego, konserwująca mentalność sprzed ponad dwu stuleci. Cóż zatem możemy się spodziewać po tych ludziach, którzy nigdy tak naprawdę nie dorośli, a są jeno dziećmi o pomarszczonej skórze, które nic nie rozumieją z tego, co dzieje się na Ziemi, a nawet w ich życiu?