Archiwa miesięczne: Czerwiec 2017

O islamskich terrorystach, korposzczurach i ćpunach

Amerykański psychiatra sądowy Marc Sageman przebadał życiorysy pięciuset terrorystów islamskich. Byli to zamachowcy, którzy zniszczyli WTC oraz osoby, które ich wspomagały. Tylko jedna czwarta miała tradycyjne wykształcenie koraniczne. Pozostali byli neofitami, którzy wstąpienie do Al Kaidy utożsamiali z mniej lub bardziej głęboką konwersją na islam. Ponadto wielu z nich miało wykształcenie techniczne, korzystne w przygotowywaniu zamachów, lecz stanowiące przeszkodę w przyswajaniu sobie symbolicznej i religijnej wizji świata oferowanej tak przez islam, jak i każdą inną religię. Sprzyjało ono dosłownemu odczytywaniu nauk Koranu, oferowanemu im przez fundamentalistycznie nastawionych imamów. Sageman twierdzi, że gdyby otrzymali oni normalną edukację religijną, a nie jej fundamentalistyczny ersatz, nie dokonaliby tych zamachów. Niezależnie od tego, czy przyznamy mu rację w tej kwestii, możemy przypuszczać, że problemem jest nie religia jako taka, ale to jak jest ona implementowana w umysłach ludzi, a także to, do jakiego rodzaju umysłów trafia. Najgorzej jest wtedy, gdy fundamentalistyczne idee religijne trafiają do umysłu wyedukowanego wedle laickich standardów. Jest to częsta sytuacja w przypadku dzieci emigrantów z krajów islamskich, które urodziły się już w krajach Zachodu. Otrzymujemy wtedy mieszankę wybuchową – jak wiemy dosłownie wybuchową – w której immanentna dla mentalności Zachodu dezorientacja co do celów życia i egzystencjalna pustka spotyka się z konkretystyczną aż do bólu interpretacją przekazu religijnego. Efektem może być tylko autodestrukcja.

Wykorzystanie ideologii religijnej dla politycznych, egoistycznych celów to oczywiście nic nowego. W historii ludzkości mariaż polityki i religii był regułą. Nowa jest skala tego zjawiska i nowe jest to, że okrojone, fundamentalistyczne ideologie religijne są wykorzystywane do walki ze współczesną cywilizacją. Według psychologii ewolucyjnej religia rozwinęła się jako kulturowe narzędzie adaptacji homo sapiens do otoczenia. Dawniej spełniała całkiem dobrze swoją rolę, dostarczając społecznościom i jednostkom pewnych ogólnych ram, w obrębie których możliwe było prowadzenie dobrego życia. Obecnie jednak rozwój cywilizacji technicznej tak dalece wyobcował ludzi zarówno z otoczenia społecznego, jak i przyrodniczego, że ideologia religijna stała się w oczach fundamentalistów jedynym sposobem mogącym doprowadzić do powrotu tych „starych, dobrych czasów”. Fundamentalistyczna edukacja „religijna” jest w tej perspektywie tylko reakcją na procesy, które doprowadzają współczesne społeczeństwa do rozpadu. I reakcja ta będzie bez wątpienia narastać, wzmacniana przez prowadzoną pod różnymi płaszczykami wojnę z terroryzmem, która jest równie absurdalna jak wojna z narkotykami. Obydwie są absolutnie nieskuteczne, gdyż skupiają się wyłącznie na zwalczaniu symptomów, a nie przyczyn obecnego stanu rzeczy.

Proponuję by spojrzeć na uzależnienie od wszelkiego rodzaju narkotyków i na fundamentalizm religijny jako na dwie równie absurdalne próby samouleczenia podejmowane przez udręczonych współczesną cywilizacją ludzi. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że sporo je różni. Gdy jednak spojrzymy bliżej zobaczymy przerażającą symetrię. Ci, którzy się uzależniają chcą płynąć z przyśpieszającym coraz bardziej nurtem współczesnej cywilizacji, chcą za nią nadążyć. To korposzczury. Oczywiście są też ludzie chcący uciec od świata stworzonego przez współczesną cywilizację i odpłynąć w niebyt dzięki narkotykom. Jedni i drudzy czynią to niszcząc siebie. Terroryści walczą z cywilizacją chcąc ją powstrzymać, ale także niszczą siebie. Niezależnie od tego czy jestem korposzczurem, słuchającym swego CEO, ćpunem gnijącym w pustostanie na przedmieściach, którego bogiem jest hera, czy też młodym islamistą, posłusznym swemu imamowi – jedynym wyjściem jest zawsze autodestrukcja.

Reklamy

O życiu

Tydzień temu umieściłem wpis o postżyciu. Naturalną reakcją czytelników było postawienie pytań o to, czym jest według mnie życie. Parafrazując Augustyna odpowiadałem, że gdy mnie nikt nie pyta, to wiem czym jest życie, ale zapytany już nie wiem. Ale to było za mało dla ciekawskich. Przedstawiam więc roboczą hipotezę, moją ulubioną. Głosi ona, że życie skończyło się wraz z początkiem epoki neolitu, z pojawieniem się rolnictwa i osadnictwa, którego kulminacją jest miasto. To wtedy ludzie zaczęli wytwarzać skomplikowaną rzeczywistość społeczną, która ich przerosła. Złożoność struktury społecznej doprowadziła do tego, że życie tworzących te społeczeństwa jednostek stawało się coraz bardziej fragmentaryczne. Ludzie stali się cząstkami wielkich całości, których już nie mogli objąć swym umysłem i tym samym wydali się na przemożny wpływ procesów zbiorowych. W przeciągu dziejów miasta niczym rak rozrastały się i obecnie już ponad połowa ludzkości jest w nich uwięziona. Są to często gigantyczne zbiorowiska kilkunastu milionów ludzi, a megalopolis obejmują już dziesiątki milionów mieszkańców. Kategoria postżycia odnosi się przede wszystkim do mieszkańców miast, bowiem to w nich dziś postżycie rozkwita.

Miałem jednak pisać o życiu. Ponieważ nie wiem, czym jest życie, opiszę zatem trzy warunki, które – tylko gdy wspólnie zaistnieją – są warunkami możliwości życia. Spójrzmy zatem na większości ludzkości, która prowadzi swoje „życie” w miastach. Często mówimy, że „w mieście nie da się żyć”. To dobra intuicja, od której wyjdę próbując odpowiedzieć na pytanie, czym jest życie. Skoro „w mieście nie da się żyć”, to czego nie „da się” w mieście? W mieście nie da się urzeczywistnić trzech podstawowych więzi, które są konstytutywnymi warunkami życia. Po pierwsze – nie da się nawiązać prawdziwie głębokiego kontaktu z samym sobą, gdyż jest to możliwe tylko w ciszy, nie w hałasie generowanym przez ludzi, a który w miastach nieustannie oddziałuje na wszystkie nasze zmysły (pisałem tu o ciszy). Po drugie – nie da się nawiązać bliskiego kontaktu z innymi, gdyż w mieście roztapiamy się w masie ludzkiej i stajemy się bezosobowymi atomami, spotykając codziennie tysiące nieznanych nam ludzi (co kiedyś nazwałem współczesną prozopagnozją). Po trzecie – nie da się nawiązać głębokiego kontaktu z przyrodą, gdyż jej w mieście po prostu nie ma. Mało tego, mieszkańcy miast wydają się nienawidzić przyrody, gdyż uważają ją za zagrożenie, traktują jako obszar chaosu, który musi być uładzony przez racjonalne zabiegi człowieka (jak wycinanie drzew).

Życie jest zatem wtedy, gdy „da się żyć”. Gdy trzy wymienione powyżej fundamentalne formy kontaktu czy też jedności zaistnieją łącznie, wtedy jest życie. Tylko w tak pojętym życiu coś się wydarza – w postżyciu nic się nie wydarza, jest tylko hałas nadmiernej ilości bodźców, nie ma prawie żadnych znaczących zdarzeń, gdyż człowiek prowadzący postżycie utracił układ odniesienia pozwalający mu określić, co dla niego jest ważne, a co nie. Nie jest przypadkiem, że miliony mieszkańców miast cierpią na depresję, wysuwającą się obecnie na czoło w rankingu nerwic.

W 1959 roku C.G. Jung napisał list do człowieka cierpiącego na depresję spowodowaną emigracją. Odnajdujemy w nim owe trzy podstawowe warunki życia wymienione jako lekarstwa na depresję, pojawiające się kolejno jako kontakt z ludźmi, z przyrodą i z samym sobą: „Jest mi przykro, że jesteś tak nieszczęśliwy. ‚Depresja’ znaczy dosłownie ‚być ściśniętym’. To może zdarzyć się nawet wtedy, gdy nie masz żadnego w ogóle świadomego poczucia ‚bycia na szczycie’. Nie chciałbym zatem odrzucać tej hipotezy od razu. Gdybym to ja miał żyć w obcym kraju, poszukałbym jednej albo dwóch osób, które by się wydawały życzliwe i stałbym się dla nich pożyteczny. W ten sposób libido przyszło by do mnie z zewnątrz, chociaż w trochę prymitywnej formie, trochę jak u psa, merdającego ogonem. Hodowałbym zwierzęta i rośliny i odnalazł radość w ich wzrastaniu. Otoczyłbym się pięknem – takim najprostszym i naturalnym – przedmiotów, kolorów i dźwięków. Dobrze bym jadł i pił. A gdy ciemność by gęstniała, przenikałbym do samego jej rdzenia i podstawy, i nie przestawałbym, aż pośród bólu ukazałoby mi się światło, gdyż ‚in excessu affectus’ [przy nadmiarze emocji] Natura odwraca swe działanie. Z pasją bym zwrócił się przeciwko sobie i w jej gorącu stopił mój ołów. Wyrzekłbym się wszystkiego i zajął najprostszymi czynnościami, gdyby depresja miała mnie doprowadzić do przemocy. Walczyłbym z mrocznym aniołem, dopóki on nie wywichnie mego biodra. Gdyż on także jest światłem i błękitnym niebem, które mi odebrał.”

Jak przewidują psychiatrzy do 2020 roku depresja stanie się drugą najpowszechniejszą chorobą ludzkości. Postżycie to w pewnym sensie tylko inna nazwa depresji, fundamentalnej niechęci do spontaniczności, aktywności i twórczości. Bo życie musi zawierać w sobie element, który jest radością samą w sobie, jak wtedy, gdy wybiegamy rano w łąkę i podskakujemy na niej jak źrebak. Bez tego jesteśmy tylko trybikami w maszynie firmy czy korporacji i niczym innym, jak jedynie nawozem dla procesów zbiorowych.

O postżyciu

Modny przedrostek „post” zagościł już przed wieloma słowami. Znamy termin postmodernizm, żyjemy w społeczeństwie postindustrialnym, czytamy postprawdy. W sumie można by zatem powiedzieć, że właściwie prowadzimy postżycie. Postżycie tym się odróżnia od życia, które niegdyś być może prowadzili nasi przodkowie, że jest pozbawione pomysłu na siebie. Mottem postżycia mogłyby być słowa piosenki zespołu „The White Stripes”: „I just don’t know what to do with myself”. Od co najmniej kilku pokoleń wmawia się ludziom Zachodu by „byli sobą”, by „odnaleźli siebie”. Niestety pomimo wysiłków zastępów psychoterapeutów, doradców, przewodników duchowych, coachów i mnóstwa im podobnych większość, ba, prawie wszyscy nie wiedzą, co to znaczy „być sobą”. Pogrążeni w niewiedzy oddają się zatem postżyciu, polegającym na nieustannym szukaniu odpowiedzi na pytania, których sobie nawet poważnie nie stawiają; na frenetycznych rozrywkach pomagających zapomnieć o pustce codzienności; na masowej turystyce, dzięki której mogą uciekać od miejsc, do których przynależą i rozpuszczać się w anonimowej, zatomizowanej masie; na zanurzaniu się w wirtualnej cyberprzestrzeni, kreującej świat o wiele bardziej interesujący od rzeczywistego; na konsumowaniu najnowszych gadżetów, dających złudne poczucie sprawstwa i na podniecaniu się postprawdziwymi przekazami, które są surogatami wiedzy. Rzucają się na płaskie ideologie i absurdalne teorie spiskowe jak zgłodniałe psy na kość, warcząc na „innych”, „obcych”, oszaleli w bezskutecznym poszukiwaniu jakiejkolwiek tożsamości. Nie dziwią mnie takie zachowania, bo skoro nie wiem, kim jestem, to także nie jest ważne to, co robię. Ważne wtedy jest tylko to, by coś się działo, by generować polisensoryczny hałas i nurzać się w hałasie wytwarzanym przez innych, a pozbawionym wszelkiego znaczenia. Tylko taki hałas może zagłuszyć pustkę postżycia, w którym już nic się nie wydarza. Cisza byłaby groźna, bo w ciszy spotka się siebie. Ludzie zachowują się niczym dzikie zwierzęta zamknięte w klatce, kompulsywnie kręcą się kółko, nazywając ten ruch życiem. To nie jest życie, to jest postżycie. Życie już się skończyło.

O efekcie Concorde’a, osach i pomyłce Dawkinsa

Istnieje dobrze znane zjawisko zwane efektem Concorde’a. W ekonomii nazywa się to pułapką utopionych kosztów. Konstruktorzy samolotu Concord już w trakcie prac nad projektem dowiedzieli się, że z powodu działań konkurencji ich samolot nie będzie taki opłacalny, jak zakładali. Ale woleli dokończyć projekt, niż go przerwać, uzasadniając to wielkością już wydanych na niego środków. Wielka Brytania i Francja, współudziałowcy w międzynarodowym konsorcjum, skutecznie blokowały wielokrotne próby wcześniejszego zaprzestania finansowania tego projektu. Mało tego – do każdego lotu Concorde’a kursującego na trasie między Paryżem a Nowym Jorkiem linie lotnicze regularnie dopłacały. Efekt Concorde’a to pułapka czyhająca na ludzi mocno zaangażowanych w jakieś działania. Okazuje się jednak, że organizmy wyposażone w o wiele skromniejszy układ nerwowy są od ludzi o wiele mądrzejsze. Osy grzebiące (Sphex ichneumoneus) kopią norki, w których gromadzą sparaliżowane koniki polne, by na nich złożyć jaja. Czasem zdarza się, że dwie osy wdają się w walkę o taką norkę. W walce tej zwykle wygrywa ta osa, która złożyła w norce więcej koników polnych, a dzieje się tak dlatego że osa, która złożyła ich mniej, szybciej rezygnuje z walki. Richard Dawkins („Światełko w mroku”, s. 80–83) uznaje to za przykład występowania efektu Concorde’a u tych os, widząc o dziwo w ich zachowaniu ścisłą analogię do zachowań ludzkich. Zauważmy jednak, że osa grzebiąca nie pakuje się w pułapkę utopionych kosztów, kalkuluje bowiem swe działania zgodnie ze swoją wiedzą, ograniczającą się do tego, ile koników złożyła w norce. Wykazuje się zatem zdrową mądrością charakteryzującą każde zwierzę dysponujące niezaburzonym instynktem, który nie każe inwestować w walkę więcej energii niż to jest konieczne. Osa, która złożyła w norce mniej pasikoników wpadłaby w pułapkę utopionych kosztów tylko wtedy, gdyby walczyła w myśl zasady: „Walczę już kwadrans, to muszę walczyć dalej, by zdobyć wszystkie pasikoniki zgromadzone w norce”. Nie, osa grzebiąca walczy wedle zasady: „Czas mej walki jest wyznaczony przez ilość pasikoników, które zgromadziłam w norce”. To zdrowy instynkt, nie egoistyczna rywalizacja charakterystyczna dla ludzi, często prowadząca do absurdów, jak wtedy, gdy generałowie uzasadniają dalszą walkę jedynie ilością już poległych żołnierzy („Przecież śmierć naszych chłopców nie może pójść na marne”). Wbrew Dawkinsowi nie uważam, że u os grzebiących występuje efekt Concorde’a. Jego interpretacja zachowań os wypływa raczej ze współczesnej postaci myślenia antropocentrycznego, jakże odległego od spojrzenia biocentrycznego. Wedle niego gdyby osy były „racjonalne”, wtedy zażarcie walczyłyby o norkę niezależnie od tego, ile w nią włożyły pasikoników. Wtedy wygrywająca zgarniałaby całą pulę. Nie, ta „racjonalność” to nic innego jak projekcja czysto ludzkiej, egoicznej chciwości będącej podstawą współczesnej cywilizacji kapitalistycznej.