Archiwa miesięczne: Lipiec 2017

O rabinach, Bogu i życiu

Najpierw anegdota na początek. Pewnego razu spotkało się dwóch rabinów, by podyskutować o Bogu. Dyskusja była zażarta, trwała do późnej nocy i zakończyła się wnioskiem, że Bóg nie istnieje. Rankiem jeden z rabinów wyszedł do ogrodu i zobaczył, że jego interlokutor modli się. Zdziwiony zapytał dlaczego to czyni, wszak w nocy ustalili, że Bóg nie istnieje. Pierwszy rabin odparł : „A co ma do tego Bóg?” Ponieważ rabini to raczej wyjątkowo inteligentne osobniki, to nie możemy podejrzewać, iż ów modlący się rabin wykazywał jeno bezwiedne przywiązanie do tradycji, której rytuały miały mu zapewnić błogie poczucie bezpieczeństwa. Można raczej domniemywać, że wykazał się specyficznym dla tak wyrafinowanych umysłów pojmowaniem boskości, które na pewno nie polegało na kusząco prostej konstatacji, iż to istnienie Boga legitymizuje obrzędy i zasady moralne. Widziałbym to wprost odwrotnie – doszedł  on do wniosku, że to z wierności wobec zasad życia i wypływających z nich rytuałów wynika istnienie Boga. Czymże bowiem jest Bóg? Jest jedynie sposobem organizacji doświadczenia wierzącego weń człowieka, z której wypływają jego myśli, uczucia i zachowania. I to z tej jedności rozumu, uczuć i i woli rodzi się taki sposób życia, który od początków ludzkości był jedynym zasadnym dowodem na istnienie bogów czy też Boga.

A teraz druga anegdota na koniec. W czasie zebrań komisji dyskutującej kwestie dialogu pomiędzy judaizmem a chrześcijaństwem pojawił się pewnego razu spory problem natury teologicznej. Jak dobrze wiadomo zarówno Żydzi, jak i chrześcijanie oczekują przyjścia mesjasza. Z tą jednak różnicą, że dla Żydów będzie to przyjście pierwsze, a dla chrześcijan drugie. Gdy wydawało się, że rozmowy utkną w martwym punkcie, rabin uczestniczący w dyskusji zaproponował jedyny możliwy sposób rozwiązania narastającego problemu: „Może po prostu nie będziemy Go pytali, czy przychodzi po raz pierwszy, czy po raz drugi?”. To jak, już wiecie jak żyć?

Reklamy

O wojowniczej naturze demokracji

Często spotykam się z argumentem, że skoro obecny rząd i prezydent są owocem demokratycznych wyborów, to z głosem demokratycznie się wypowiadającej większości trzeba się zgadzać i go szanować, bo „Polacy dokonali wyboru”. Zatem nie trzeba organizować demonstracji, tylko co najwyżej spokojnie czekać na możliwość ponownych wyborów. To nie takie proste, gdyby demokracja polegała na potulnym słuchaniu większości byłaby tylko czczym konformizmem. Demokracja nie jest idealnym ustrojem, który na drodze wyłonienia głosu większości zapewnia iluzoryczne dobro równie iluzorycznej całości. Tylko naiwni tak myślą. Demokracja to raczej swego rodzaju stan moderowanej wojny domowej. Grupy ludzi i partie polityczne zawsze mają przeciwstawne opinie na wszelkie możliwe tematy. Ważniejsze jednak od opinii zawsze błądzących ludzkich umysłów jest to, co zapewnia moderację konfrontujących się postaw. Moderację umożliwiają czynniki nieosobowe, takie jak konstytucja, system podziału władz, prawa obywatelskie itd. To one tworzą „boże igrzysko”, na którym rozgrywają się namiętności rozmaitych grup. Obywatel ma więc nie tylko prawo, ale wręcz święty obowiązek, by wtedy, gdy nie zgadza się z polityką rządu wybranego większością głosów, uczestniczyć w protestach ulicznych i we wszelkich możliwych formach obywatelskiego nieposłuszeństwa zgodnie ze swoimi przekonaniami. Jest to koniecznością zwłaszcza wtedy, gdy jakiś rząd powołując się na większość pozyskaną w wyborach chce podporządkować sobie owe nieosobowe czynniki moderujące, niszcząc tym samym podłoże demokracji. Demokrata to wojownik, który nigdy nie idzie za głosem większości, lecz zawsze ją sprawdza. W permanentnej wojnie, jaką jest demokracja, trupem powinny padać co najwyżej opinie i mniemania rozmaitych grup, a nie struktury demokratyczne, czy też obywatele.

O języku Kwakiutlów

Franz Boas, zwany ojcem amerykańskiej antropologii, zwrócił kiedyś uwagę na pewne właściwości języka Indian Kwakiutlów, dowcipnie zauważając, że czytanie współczesnych gazet byłoby przyjemniejsze, gdyby były pisane w tym języku. Otóż w języku Kwakiutlów mówienie o jakimś zdarzeniu różniło się w zależności od tego, czy było to doświadczenie osobiste osoby relacjonującej to zdarzenie, czy też było to jej wnioskowanie, czy wreszcie była to zasłyszana przez nią pogłoska. Niestety współczesne języki nie mają już tej tak wspaniale utrudniającej kłamanie właściwości. Poziom abstrakcji naszego języka pozwala na takie ujęcie treści przekazu, które całkowicie kryje jego źródło. Zaiste szkoda, że jesteśmy tak wyrafinowani językowo, bo wydaje mi się, że ludzkość nie dorosła moralnie do swoich zdolności lingwistycznych. Byle polityczna szuja albo anonimowy internetowy troll może powiedzieć albo napisać cokolwiek, najbardziej niebotyczną bzdurę i już miliony mu wierzą. Jedynie krytyczne myślenie może nas ochronić przed utonięciem w morzu postprawd. Niestety, jak mawiał Carl Gustav Jung, znakomita większości populacji woli osądzać zamiast myśleć.

O neurotypowości

Zawsze interesowało mnie ciekawe zjawisko polegające na tym, że praktycznie wszystkie wspaniałe wynalazki ludzkości wraz ze swym rozprzestrzenieniem się na całość populacji ukazywały swoje coraz bardziej ciemne oblicze. Cokolwiek weźmiemy pod uwagę, czy to pismo, czy też druk albo wreszcie rozwój technologii w ciągu ostatnich wieków – to wszystko było tworem jednostek, genialnych innowatorów, którzy bez wątpienia mieli jak najlepsze intencje. Jednak wraz z rozpowszechnieniem się tych innowacji zmieniał się radykalnie ich wpływ na ludzkość. To, co miało w zamiarze twórcy być dla ludzkości samym dobrem przeistaczało się w zagrożenie. Weźmy pismo jako przykład. To wspaniałe narzędzie przekazywania i przechowywania informacji. Dzięki pismu ludzkość może kumulować swoją wiedzę, gdyż stanowi ono most między pokoleniami. Jednak wraz z upowszechnieniem pismo obnażyło swe drugie oblicze – stało się narzędziem przemocy, obmowy czy propagowania zbrodniczych ideologii, w myśl powiedzenia, że papier jest cierpliwy i wszystko zniesie. Podobnie pieniądz został wynaleziony jako uniwersalne narzędzie wzajemnego zaufania w procesie wymiany dóbr, a z czasem stał się jedynym uniwersalnym miernikiem wartości glajchszaltującym nasze życie. Najlepszym przykładem jest jednak technologia internetowa – z jednej strony zapewnia natychmiastowy dostęp do wiedzy całej ludzkości, a z drugiej strony służy znakomitej większości populacji do upowszechniania fałszu, postprawd i ogromu zwyczajnych głupot, zgodnie z powiedzeniem Stanisława Lema, zmarłego w 2006 roku: „Nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów, dopóki nie poznałem internetu”.

Takie wynalazki jak pismo, pieniądz czy internet były dziełem jednostek wyjątkowych, nienormatywnych. Gdy rozprzestrzeniły się wśród neurotypowych egzemplarzy tego gatunku natychmiast zostały wykorzystane niezgodnie z pierwotnym zamierzeniem twórcy i zaczęły funkcjonować zgodnie z naturą zwykłego, neurotypowego człowieka, amplifikując negatywne strony ludzkiej natury. Osobnicy neurotypowi stanowią ponad 95 procent populacji, ich jedynym obiektem zainteresowania jest obsesyjne zajmowanie się poczuciem własnej wartości, poszukiwanie relacji z innymi, by je potwierdzić i sycenie się prestiżem, gdy już się je osiągnie. Zarazem osoby neurotypowe mają także obsesję na punkcie konformizmu, co potwierdzają badania z zakresu antropologii i psychologii społecznej. Niegdyś plotkowano tylko w obrębie plemienia, teraz plotka może, dzięki internetowi, osiągnąć wymiar planetarny. Neurotypowych nie interesuje wiedza o rzeczywistości, jakikolwiek rodzaj obiektywnego poznania, a tylko emocje, relacje z innymi i własny interes. Sprowadzają rzeczywistość tylko do wymiaru czysto personalnego, zaniedbując wszystko, co nie dotyczy relacji międzyludzkich. Nawet doświadczenia religijne wybitnych jednostek, które wyprowadzały je poza uzgodnioną rzeczywistość, zostały przez neurotypowych wykorzystane do budowy grup ludzi wzajemnie potwierdzających swoje złudzenia – zwiemy to religiami. Bo czymże jest neurotypowść, jak nie poczuciem, że żyje się w świecie stworzonym przez podobnych sobie ludzi, z którego wykluczono innych, obcych, odmiennych, w świecie który jest jednolity i homogeniczny. Z tego świata wykluczani są najczęściej neuronietypowi, którym tak wiele zawdzięczamy.

PS

Termin neurotypowy wywodzi się ze społeczności autyków, określa człowieka o „normalnej” organizacji psychicznej. Nie ma tego hasła w polskiej Wikipedii. Inspiracją dla wpisu była książka S. Silbermana „Neuroplemiona”.

O puszczy, koanie i antropocentryzmie raz jeszcze

Nie dziwę się leśnikom psioczącym na ekologów, którzy wedle nich niszczą Puszczę Białowieską. Leśnicy są bezwolnymi ofiarami swojego wykształcenia i ograniczonego światopoglądu. Żywią dogłębne przekonanie, że bez ich ingerencji puszcza zginie. Tak, wielu ludzi wierzy, że bez ingerencji człowieka zginą lasy i zwierzęta, a i być może cała planeta – podobnie jak bez ogrodnika trawnik zginie, a drzewa zasadzone w parku uschną. Przekonanie, że tylko człowiek może wszystko uratować jest doprawdy żałosne, gdyż to tak naprawdę jest on najbardziej destrukcyjnym gatunkiem na tej planecie. Puszcza to koan dla leśników – wymaga ona od nich by odpuścili, by przestali być leśnikami, podczas gdy cała ich mentalność mówi im, by ingerowali, bo bez nich zginie puszcza, a co ważniejsze, zniknie tym samym ich sposób życia i zarobkowania. Nie łudzę się jednak, że oni ten koan przejdą. Pozostaną sobą, pozostaną wiernymi wyrobnikami niszczycielskiego systemu.

Niepokoi mnie natomiast poziom dyskusji o puszczy pośród osób, które są niezorientowane w temacie, acz ogólnie rzecz biorąc nie są zwolennikami jej wycinki. Prawie każdy uważa, że wie co jest dobre dla puszczy, a wielu snuje pseudofilozoficzne dywagacje dotyczące tego, czym jest naturalność albo nienaturalność. Trwają dyskusje czy pozwolić puszczy zginąć, czy pozwolić by została zjedzona przez kornika, albo czy może jak pojawi się w niej pożar, to gasić czy też nie? Bo przecież puszcza to obszar absolutnej nieingerencji człowieka, a jak spłonie, to przecież zniknie i nie będziemy mogli jej odwiedzać jako turyści. Co za strata, ale tylko dla ludzi. Wszystkie te bezpłodne dywagacje, prowadzone z absurdalnie antropocentrycznego punktu widzenia, są pełne obsesyjnego myślenia – jakże typowego dla tego patologicznego gatunku nazywającego się homo sapiens – co robić, a co nie robić. Ludzie wychowani w inkubatorach miast, odcięci od wszelakiego kontaktu z naturą dyskutują nad resztkami naturalnej biosfery, pogrążeni w iluzjach sprawstwa. Doprawdy trudno nie zobaczyć w tym biblijnego „czyńcie sobie ziemię poddaną”, tyle że odczytywanego współcześnie jako „czyńcie sobie ziemię zasobem surowców dla waszych przyjemności”.