Archiwa miesięczne: Wrzesień 2017

O eksplozywnej naturze kobiet

Nie, proszę się nie spodziewać czegokolwiek bulwersującego, nie będzie to wpis o psychologii kobiet, będę pisał wyłącznie o pewnym niesamowitym aspekcie ich natury biologicznej. Kobiety, jak dobrze wiadomo, to byty multiplikujące się, czyli zdolne do wytwarzania kolejnych istot sobie podobnych, a nawet tych nieco innych od siebie, czyli mężczyzn. Wytwarzanie to zachodzi poprzez eksplozję maleńkiego jajeczka w ich łonie, liczącego sobie mniej niż 0,2 milimetra, które zostaje pobudzone informacyjnie przez o wiele jeszcze mniejszy plemnik. Po zapłodnieniu tworzy się organizm, który w ciągu następujących miesięcy ciąży gwałtownie się powiększa i po rozwiązaniu osiąga rozmiary około 10 bilionów razy większe niż wyjściowe jajeczko. Toż to prawdziwa eksplozja! A odbywa się ona w łonie kobiety, tak nazwanym dla jego łagodności i dobroci jeno przez kulturowe iluzje mężczyzn. Tymczasem nie, to łono łagodnym nie jest, i spokojnym także nie jest, jest ono bowiem narzędziem twórczej eksplozji, atomowym zaiste poligonem biologicznej kreacji, służącym wszelako nie destrukcji, ale wspomnianej powyżej multiplikacji istnień, będącej samą zasadą życia. Wprawdzie owe istnienia giną po kilkudziesięciu latach, ale dzięki eksplozywnej naturze kobiet powstają nowe ich zastępy, które zyskują szansę, by swą opowieść idioty, pełną wrzasku i wściekłości, lecz nic nie znaczącą – jak to ujął Szekspir – wieść dalej. Zasadą życia jest bowiem ekspansja, choćby i sensu wszelkiego pozbawiona, acz ogarniająca sobą wszelkie dostępne rejony istnienia, a ta bez kobiet nie byłaby możliwa.

Reklamy

O niezwykłym człowieku

Spotkałem niegdyś niezwykłego człowieka. Niezwykłość jego miała wiele obliczy. Po pierwsze, bardzo dużo pisał, wydawał książki i broszury, a jego strona internetowa pełna była treści wszelakich. Lubił także przemawiać, przekonywać swoich słuchaczy obrazowymi metaforami i głębokimi dygresjami. Skupiał wokół siebie grupkę uczniów, z którymi prowadził długie rozmowy, by szczegółowo wyłożyć im swoje idee. Jego słowa zawsze dotyczyły podniosłych spraw religijnych i duchowych, pragnął obalać stare prawa i tworzyć nowe, by otworzyć ludzkości oczy na prawdę samą. Czasem był wybuchowy, ale jego gniew nie był groźny, gdyż zawsze wynikał z słusznego oburzenia na miałkie sprawy tego świata, no i nie używał przemocy. Wyrzekł się także życia seksualnego, by w pełni oddać się swej misji (chociaż niektóre jego uczennice twierdziły inaczej). Zastanawiałem się, jaki to człowiek? Czyżbym może napotkał guru albo proroka, takiego jak onegdaj bywali? Albo założyciela sekty, wieszczącego zbawienie małej grupce wyznawców? Niestety nie, poszperałem bowiem w internetach i okazało się, że cierpiał on po prostu na zespół Geschwinda.

O genezie medytacji

Badania ewolucjonistów i neurobiologów dowodzą, że do ukształtowania się mózgu człowieka w jego obecnej postaci doszło w wyniku selekcyjnych wpływów otoczenia, zarówno fizycznego, jak i społecznego. Powszechnie zakłada się, że skomplikowana architektonika mózgu jest odpowiedzią na wyzwania, jakie stawiało naszym przodkom zmieniające się otoczenie. Mózg w jego obecnej postaci jest najbardziej złożoną porcją materii jaką zna ludzkość, służącą, wedle kolejnego rozpowszechnionego mniemania, do rozpoznawania wzorców i odnajdywania połączeń przyczynowo-skutkowych. Na co dzień jednak traktujemy nasze mózgowe oprzyrządowanie głównie jako środek do poznawania i manipulowania wyłącznie otoczeniem społecznym. Istnieje nawet teoria, która mówi, że świadomość wyłoniła się z konieczności rozpoznawania nader skomplikowanych relacji w otoczeniu społecznym (tzw. teoria inteligencji makiawelicznej). Teoria ta roztacza wizję mózgu jako skomplikowanej maszyny do rozwiązywania złożonych problemów które pojawiły się wraz z życiem społecznym, swego rodzaju socjalnego superkomputera, który rozwinął się w obrębie małych grup, spełniających kryterium liczby Dunbara, czyli liczących ok. 150 osobników. Warto się zatem zastanowić, jak ten komputer funkcjonuje i jak owo funkcjonowanie ma się do kwestii genezy medytacji.

Najprostszym sposobem sprawdzenia sposobu funkcjonowania owego socjalnego komputera mózgowego jest doprowadzenie do sytuacji, gdy mózg otrzymuje minimum bodźców, czyli gdy nie wchodzi w żadne relacje społeczne. Obserwując go wtedy możemy poznać jak pracuje w stanie najbardziej podstawowym, nie będąc zmuszonym do nieustannego reagowania na napływające bodźce społeczne, a jedynie skupiając się tylko na samym sobie. Taka praca w stanie podstawowym to medytacja. Co pojawia się jako zaawansowany efekt medytacji? Jest to stan, który odczuwamy jako jedność ze światem, w którym już nie manipulujemy światem jako odrębne od niego podmioty, ale doświadczamy siebie jako część większej całości. Doświadczenie takiej jedności wpływa nader pozytywnie na funkcjonowanie naszej psychiki. Andrew Newberg badał osoby medytujące – buddystów i franciszkanki – i wykazał, że w w stanach najintensywniejszej medytacji drastycznie malał stopień ukrwienia w górnych partiach kory mózgowej płatu ciemieniowego, czyli w obszarze odpowiedzialnym za orientację przestrzenną oraz za odróżnianie własnego ciała od otoczenia. Efektem takich doznań medytacyjnych jest także polepszenie się zdrowia fizycznego i psychicznego, czyli tak dziś poszukiwana redukcja stresu, dodajmy – stresu mającego swe główne źródła w relacjach społecznych. Dlaczego tak wydawałoby się nienaturalna czynność jak medytacja ma tak pozytywne skutki? Moja odpowiedź na to pytanie brzmi następująco: uważam, że praktyki medytacyjne, sięgające być może początków praktyk jogicznych, których powstanie datowane jest na co najmniej parę tysięcy lat przed naszą erą, powstały jako odpowiedź na przebodźcowanie środowiska społecznego, do którego doszło w miejskich skupiskach ludzkich, powstałych po rewolucji neolitycznej. Sugeruję się tu tym, że najstarsze artefakty archeologiczne wskazujące na pierwotne praktyki medytacyjne związane z jogą pochodzą z wykopalisk staroindyjskich miast Mohendżo Daro i Harappa (3000 p.n.e.). Osiedlenie się ludzi, powiązana z tym uprawa roli oraz powstanie pierwszych miast doprowadziły do oderwania się ludzkiej psychiki od otoczenia przyrodniczego, do pogorszenia się kondycji psychofizycznej człowieka, a co najważniejsze, do nadmiarowego skupienia się człowieka na relacjach społecznych, które stanowią w miastach główne źródło bodźców. Moim zdaniem zaowocowało to pojawieniem się w miastach praktyk mających na celu z jednej strony oderwanie się od wszechobecnej gęstwy ludzkiej, a z drugiej ponowne nawiązanie jedności z naturą. Tak narodziła się medytacja.

W paleolitycznych kulturach nomadów to szamani byli tymi, którzy dbali o zachowanie jedności ich społeczności z naturą. W swych podróżach wewnętrznych sprowadzali zbłąkane, chore dusze członków plemienia z powrotem do ciał. Ich praktyki były skuteczne między innymi dzięki temu, że społeczności, którymi się opiekowali były ograniczone liczbowo i pozostawały w bliskim kontakcie z przyrodą. W o wiele większych społecznościach miejskich praktyki odnajdywania jedności ze światem musiały przybrać inne formy, gdyż przyrost liczby ludności powodował uwikłanie umysłu człowieka w relacje interpersonalne, które stanowią dla niego zagrożenie polegające na tym, że przekroczenie liczby Dunbara powoduje wzrost napięcia społecznego, rozluźnienie więzi i podział grupy. Pokazują to dobitnie współczesne obserwacje grup szympansich w miejscowości Ngogo w Ugandzie. W celu zaradzenia tym negatywnym zjawiskom pojawiły się więc praktyki medytacyjne oferujące indywidualną ścieżkę powrotu do pierwotnego doświadczenia jedności poprzez zanegowanie ego, które ma swe źródło w nadmiarowych relacjach społecznych. To my dziś, nieodrodni potomkowie neolitycznych rolników, poddani stresowi życia społecznego, potrzebujemy medytacji. I to nawet nie po to, by osiągnąć coś na płaszczyźnie duchowej, ale po prostu po to, by przetrwać. Podsumowując, medytacja nie jest jakąś odwieczną praktyką ludzkości, służąca podniosłym, duchowym celom. Jest ona praktycznym wynalazkiem neolitycznym, ściśle związanym z autodomestykacją człowieka zachodzącą w dużych skupiskach miejskich, wynalazkiem służącym nie tyle nawiązaniu kontaktu z jakkolwiek pojmowaną transcendencją, ile zachowaniu równowagi mentalnej jednostki funkcjonującej w ramach dużych grup ludzkich.

Kiedy wszystko wolno

Iwan Karamazow rzekł: „Jeżeli nie ma Boga, to wszystko jest dozwolone”. To nie takie proste, nie wystarczy bowiem sama tylko nieobecność tego, co Dostojewski wyraził w jedynym dostępnym mu języku religijnym. Aby człowiek mógł czynić wszystko co chce, konieczna jest jeszcze jakaś absolutna ludzka racja pojawiająca się w miejsce tej nieobecności. Dopiero gdy jakaś ludzka racja staje się absolutna, to dopiero wówczas wszystko staje się dozwolone. Wtedy bowiem nie ma do czego się odwołać, człowiek nie ma instancji poza tą racją, która jest absolutna poprzez swe roszczenie, ale zarazem całkowicie doczesna. Wtedy nie ma nic, co by od totalności owej racji chroniło. I to jest sytuacja ludzi współczesnych, którzy nie mają innych racji poza tymi, które pojawiają się w obrębie ich doczesnego świata nietrwałości, takimi jak państwo, religia, ideologia, pieniądz czy przyjemność. Wszystko jest dozwolone dla kogoś dopiero wtedy, gdy taka absolutna ludzka racja zawładnie jego umysłem. Gdyby Dostojewski był buddystą, to włożyłby w usta Karamazowa słowa: „Jeżeli uznasz coś za trwałe, to wtedy wszystko wolno”.