Archiwa miesięczne: Styczeń 2018

O politykowaniu

Podobno jeśli nie zajmiesz się polityką to polityka zajmie się tobą. Zatem zajmujemy się polityką, ale niestety głównie w warstwie werbalnej. Dlaczego tak bardzo lubimy gadać o polityce, czyli politykować? Nic to dziwnego, przecież w polityce w nie chodzi o badanie, wiedzę czy rozumowanie, lecz tylko o opinie i mniemania. To pozwala politykującym wypowiadać się w tonie niczym nie zachwianej pewności, gdyż wypowiadają to, na czym się najlepiej znają, a co żadnej racji nie wymaga – eksponują jedynie swe uprzedzenia, presupozycje i wszelkiego rodzaju idiosynkrazje. Każdy ma jakieś poglądy polityczne, swoją malutką ideologię, którą stara się propagować, przekonując innych, że to oni się mylą. Bowiem poglądy polityczne nie mają praktycznie żadnego innego znaczenia poza wyrażeniem aprobaty dla grupy osób myślących podobnie i zganienia, mówiąc łagodnie, tych o poglądach odmiennych.

Kwitną więc dyskusje. Dyskutują politycy zapełniając media i internet swoim bełkotem, bo to ich rola, a przynajmniej lwia część z nich tak sobie polityki uprawnianie wyobraża. Mnie wszelako bardziej interesują owe wszechobecne, politykujące dyskusje potoczne, rozkwitające na Facebooku albo na innych forach. Czasem, w przypadku pewnych aplikujących do inteligencji jednostek, zdarza się, że dyskutant takowy przytacza na poparcie swoich opinii jakieś zdania mające być argumentami, które jednak zwykle obrażają elementarną logikę. Nic dziwnego, przecież dyskusje o polityce mają tyle wspólnego z logiką, co bociany z robieniem dzieci.

Szczególnie uwielbiam te dyskusje, w których pojawiają się filozoficzne liczmany mające podnosić ich poziom, często przybierające postać podniosłych, historiozoficznych klisz zaczerpniętych od minionych myślicieli. Ale nie tylko. Modny jest obecnie w pewnych kręgach żargonowy sos filozoficzny z kuchni Lacana, który doskonale zastępuje myślenie i pozwala swoją opinię przedstawić jako błyskotliwą analizę sytuacji politycznej, wystarczy bowiem westchnąć „tu dotykamy Realnego” by wywołać zachwyt adherentów. Jak niegdyś mówiono o „ukąszeniu heglowskim”, tak obecnie mamy do czynienia z „ukąszeniem lacanowskim”. A po tych fajerwerkach mentalnych, gdy już wszystko zostało powiedziane i napisane, gdy opinie są już zderzone w bezpłodnej konfrontacji, można spokojnie przejść…do kolejnej dyskusji.

Reklamy

O szaleństwie bibliotekarek

Rok temu modna była na Facebooku akcja promująca lekturę 52 książek na rok. Jedna na tydzień, całkiem nieźle, chociaż raczej dla wytrwałych czytaczy. Była też nader atrakcyjna inicjatywa „Nie czytasz, nie idę z tobą do łóżka”, wydaje się jednak, że została ona mocno zdystansowana przez rządowy program 500+, który nie wymaga czytania czegokolwiek. Ostatnio spotkałem akcję na Facebooku promującą przeczytanie 12 książek na rok. Jedna na miesiąc, dosyć skromnie, zapewne dla tych, co czytać chcą, ale są zbiegani w kołowrotku życia bezsensownym. Każda z tych książek miała by być innego gatunku, co jest godne podkreślenia. Czekam teraz na kolejną akcję, której flagowe hasło będzie brzmiało: „W przyszłym roku przeczytam jedną książkę”. Jakąkolwiek. O czymkolwiek. Bibliotekarki popadną tedy we frenetyczne szaleństwo, gdy w końcu jakiś czytelnik nawiedzi ich bibliotekę, raz na rok, by ową jedną książkę wypożyczyć. Tak, wiem bardzo dobrze, że bibliotekarki się nie zgadzają z tragicznymi statystykami czytania w Polsce, ale to tylko ich perspektywiczne złudzenie, analogiczne do złudzenia burdelmamy, która sądzi, że wszyscy uprawiają seks, bo jej interes się kręci. Tak, wiem także, że Polacy czytają internet i że od tego ich IQ oraz tolerancja wzrasta – w co niestety niezbyt wierzę. Wiem też bardzo dobrze, że liczy się nie tylko ilość, lecz jakość lektur. Jest to szczególnie ważne teraz, gdy z księgarń znikają półki z filozofią i psychologią, a zamiast nich są półki z poradnikami. Ale może chociaż powieści dają odpór zalewowi miałkości? Też nie. Kiedyś na zajęciach zauważyłem, że tylko połowa Polaków cokolwiek czyta. Znakomicie to skomentowała od razu pewna studentka, notabene studentka nie tylko filozofii, ale i polonistyki: „A połowa z tych czytających czyta tylko ‚Pięćdziesiąt twarzy Greya’”.

O wiecznym dziecięctwie ludzi

Gdy malutkie dziecko wykonuje jakąś czynność ręką, jego wzrok nieraz ześlizguje się z przedmiotu, ku któremu sięga i przenosi się na samą rękę. Traci ono wtedy z oczu cel swojej czynności, a ręka na chwilę zawisa nieruchomo w przestrzeni. Własny ruch tak je pochłonął, że zapomina o tym, co robiło i traci płynność swoich ruchów. Wraz upływem czasu dziecko szybko pokonuje ten próg rozwojowy i uczy się oddzielać swoje ciało od otoczenia, a wtedy jego ruchy nie są już zakłócane przez skupienie uwagi na własnych dłoniach. Przed nim jednak pojawia się drugi próg, już nie tak łatwy do pokonania. Gdy dorośnie napotyka podobny problem, tyle że nie w przestrzeni ruchowej, ale w swojej przestrzeni psychicznej. Emocje, pragnienia i przekonania pojawiające się w polu świadomości tak przykuwają uwagę człowieka dorosłego, że traci on nieustannie z oczu świat zewnętrzny. Nauka odróżniania swojego subiektywnego świata wewnętrznego od świata zewnętrznego, świata innych ludzi i rzeczy, już nie jest tak łatwa i naturalna jak wyodrębnienie dziecięcej cielesności ze świata rzeczy i większości ludzi przychodzi ona z najwyższym trudem. Dorastają fizycznie, ale pozostają dziećmi w sferze psychicznej, dziećmi zafascynowani ruchami, jakie dokonują się w ich psychice. Skupiają uwagę na swoim idiosynkratycznym świecie, dają się wodzić za nos nastrojom, stereotypom, impulsom przyciągającym ich uwagę. Nie zyskują nigdy owej niezbędnej dla dobrego życia płynności reakcji i dystansu, które są niezbędne do gładkiej interakcji z otaczającym światem. Zamiast tego spędzają całe życie zanurzeni w ograniczonej, kanciastej egoicznej przestrzeni wewnętrznej, podążając bezwiednie i chaotycznie za małpimi podrygami swojego umysłu, ślepo zapatrzeni w czubek swego palca.

O upływie lat

Wraz z biegiem lat zauważamy, że lata, miesiące, tygodnie, a nawet dni mijają szybciej niż niegdyś. William James słusznie zaobserwował, że nie dotyczy to godzin czy minut. One mijają tak jak niegdyś, a jeśli się skracają, to nie tak jak lata czy miesiące. Być może są zbyt krótkimi miarami czasu i zbyt sztucznymi, nie powiązanymi z naturalnymi cyklami naszego życia, by ulegać podobnym zmianom jak lata, w których liczymy swój wiek. Dla dziesięciolatka przeżyty przez niego rok to jedna dziesiąta jego życia, a dla pięćdziesięciolatka miniony rok to już tylko jedna pięćdziesiąta. Zbieramy w naszej pamięci minione lata i porównujemy je z mijającym rokiem. Niczym skrupulatny kupiec odliczamy procenty mijającego czasu – dla dziesięciolatka jeden rok to dziesięć procent jego istnienia, dla pięćdziesięciolatka rok to już tylko dwa procenty. Zatem rok dla tego pierwszego jest w osobistym odczuciu pięć razy dłuższy niż dla tego drugiego. Ta matematyka proporcji przenosi się na odczuwanie przez nas interwałów naszego życia. Czas pomiędzy, dajmy na to, czwartym a ósmym rokiem naszego życia odczuwamy tak samo jak ten pomiędzy ósmym a szesnastym. Podobnie też ten pomiędzy trzydziestym drugim a sześćdziesiątym czwartym rokiem naszego życia – co dla wielu stanowi całość dorosłego życia. Całe połacie naszego życia mijają w matematycznym rytmie wyznaczonym przez proporcje, których odczuwanie zostało wykute w pierwszych latach naszego życia, gdy dopiero raczkowaliśmy w szkole życia. Pomyślmy tylko o interwale pomiędzy drugim a czwartym rokiem życia, gdy ledwo świadomi siebie i tego, czym jest życie, doświadczaliśmy takiego natężenia upływu czasu jak między wspomnianymi powyżej trzydziestym drugim a sześćdziesiątym czwartym rokiem. Nawet nie chcę sobie wyobrażać ludzi żyjących tak długo, że każdy ich rok byłby już tylko ułamkiem procenta ich życia. Nic dziwnego, że ludzkość od zawsze marzyła nie o długowieczności, na wzór opisywanych w „Podróżach Guliwera” Swifta Struldbrugów, lecz o wiecznej młodości, w której doświadczanie świata i upływu czasu jest tak intensywne.

Inspiracją był dla mnie jeden z rozdziałów książki „Zanurzeni w liczbach”, pióra autystycznego sawanta, Daniela Tammeta.