Archiwa miesięczne: Luty 2018

O pamięci i spełnieniu

Mamy dwa rodzaje pamięci. Pierwszy to pamięć semantyczna, dzięki której pamiętamy, że bitwa pod Grunwaldem została stoczona w 1410 roku. To o nią szczególnie dba szkoła. Drugi to pamięć epizodyczna, którą przywołujemy wtedy, gdy zapytamy kogoś: „Kiedy dowiedziałeś się, że bitwa pod Grunwaldem była w 1410 roku?” Prawie nikt tego nie pamięta. Pamięć semantyczna przypomina rejestr oderwanych faktów, które najczęściej nie mają nic wspólnego z naszym życiem. Pamięć epizodyczna jest jej przeciwieństwem – dzięki niej pamiętamy to co pierwsze: pierwszy znaleziony grzyb w lesie, pierwszy dzień w szkole albo pierwszy pocałunek. Czasem te dwa rodzaje pamięci wydają się pokrywać, jak wtedy, gdy przypominamy sobie atak na World Trade Center. Tu większość ludzi pamięta nie tylko datę, ale także to w jakich okolicznościach o tym zdarzeniu się dowiedzieli. Na przykład ja dokładnie pamiętam, że byłem wtedy na badaniach okulistycznych i mężczyzna w poczekalni powiedział, że zaatakowano Amerykę. Takie przypadki jednak nie są normą, znacznie częściej te dwa rodzaje pamięci funkcjonują odrębnie.

Społeczeństwo docenia naszą pamięć semantyczną, dzięki niej jesteśmy tymi, którzy coś wiedzą i mogą tą wiedzę przekazać innym. Ale to pamięć epizodyczna buduje nas samych, naszą biografię, to dzięki niej w swoich starszych latach powracamy do wyłaniających się z przeszłości istotnych momentów naszego życia. Elementy semantyczne stają się wówczas mniej ważne, dlatego zapewne tak wielu ludzi zapomina o tym, czego nauczyło się w młodszych latach, a co nie miało żadnego powiązania z jakimikolwiek wydarzeniami z ich życia. Pamięć epizodyczna nadaje naszemu życiu konsystencję i tylko ona może je uczynić życiem spełnionym. To, czego nauczyliśmy się od społeczeństwa ma w sumie wartość tylko dla niego, nie dla nas. Ważne epizody pamiętamy i to do nich się odwołujemy, podsumowując swoje życie u jego schyłku, sub specie mortis, jako spełnione lub też jako chybione.

Reklamy

O ucieczce od wolności

Po co mi wolność, jeśli jest policja? Ona zadba o moje bezpieczeństwo i usunie z mych ścieżek ludzi niegodziwych. Po co mi wolność, jeśli jest telewizja? Ona mi powie, co mam sądzić o świecie, nie pozwoli mi zbłądzić na manowce złych, niebezpiecznych myśli. Po co mi wolność, jeśli jest rząd? On wie, co dobre dla całego narodu, zatem i dla mnie, swą mądrością ode zła uchroni, bezpieczeństwo narodowe zapewni. Po co mi wolność, jeśli jest kościół? Dzięki niemu wiem jak bezpiecznie prowadzić życie moralne, które sprowadzi na mnie wieczną nagrodę, a w życiu doczesnym będę mógł dzięki niemu czuć się lepszy. Po co mi wolność, jeśli jest promocja w supermarkecie, dzięki której mogę zaoszczędzić sporo kasy? Będę mógł kupić sobie więcej rzeczy, bo rzeczy dobre są i poczucie bezpieczeństwa dają. Po co mi wolność, która nie da mi bezpieczeństwa, spokoju myśli i poczucia braku odpowiedzialności? Po co mi wolność jeśli nie nakarmi ona moich dzieci w tych trudnych czasach? Weźcie ją ode mnie, nie mówcie nawet, że jest możliwa, że mógłbym do niej dążyć. Bo po co mi ona? – pyta, i mruży oczy.

Tak mówią ci, głodni „dowartościowania i godności”, którzy jednak nie starają się o nie, a jedynie żywią roszczenia. Przecież im się należy, mówią. Są jednak rzeczy, które się „nie należą”, których nie można dostać, a jedynie można je wywalczyć. Jeśli wydaje nam się, że możemy dostać godność i wartość od kogoś, to mylimy się okrutnie, nie wiemy bowiem, że w zamian musimy mu coś oddać. Tym czymś najczęściej jest wolność. Jeśli ją oddamy, wtedy niestety godność i wartość podążają za nią, i nie pozostaje nam już nic, bo bez wolności nie ma niczego. Jednak kto zauważy, że stracił wszystko, gdy już będzie bezpiecznie, poza godnością i wartością?

O dwóch rodzajach baniek

Modnym obecnie tematem rozważań jest kwestia tzw. baniek informacyjnych. Termin wywodzi się pierwotnie z algorytmów cyrkulacji treści w internecie, ale ja odniosę go tu do sposobów funkcjonowania naszego umysłu. Bańki owe to swego rodzaju bąble mentalne, otaczające nasze umysły błoną, analogiczną do błony komórkowej, ale najczęściej minimalnie tylko przepuszczalną. Żyjemy wewnątrz nich i zapewniają nam one dosyć spójny obraz świata, będący podstawą do orientacji i działań w otaczającym świecie. Są także selektorem ludzi, z którymi chcemy rozmawiać. Według mnie należy jednak odróżnić bańki informacyjne od tych, które nazwiemy ideologicznymi. Bańka informacyjna sugeruje swoją nazwą, iż u jej genezy legła jakaś wiedza o rzeczywistości, zwykle metodycznie pozyskiwana wiedza naukowa, podczas gdy do zrodzenia się bańki ideologicznej nie potrzeba nic poza ograniczonym umysłem i niechęcią do pozyskiwania informacji, a żywi się ona postprawdą i fake newsami. W bańce informacyjnej żyje na przykład fizyk, który zajmuje się nauką i z niej czerpie wiedzę o świecie, która także wpływa na jego postępowanie i decyzje poza sferą samej nauki. Przykładem bańki ideologicznej jest natomiast bańka zwolennika koncepcji płaskiej Ziemi, wyrastająca z jego (religijnych?) przekonań i konstruowana z treści zaczerpniętych z filmów na YouTube oraz forów internetowych. Ponadto bańka ideologiczna jest bardziej kusząca, bo serwuje nam spójniejszą wizję rzeczywistości niż informacyjna, która jest potencjalnie otwarta na wiedzę mogącą zmienić jej strukturę. I wreszcie – w bańkach ideologicznych żyje znakomita większość ludzi, bańki informacyjne są rzadkie.

W dyskusjach na temat baniek powtarza się jak mantrę to, że nie wolno się w nich zamykać, gdyż prowadzi to do mentalnego uwiądu i degeneracji kontaktu z rzeczywistością. To jak najbardziej słuszny postulat. Ale, jak zauważyłem, bańka bańce nierówna. Wspomniany fizyk może zyskać dużo otwierając się na emanacje płynące z baniek jego kolegów albo z baniek wywodzących się innych dziedzin wiedzy, również tej humanistycznej, jak filozofia. Natomiast dyskusja z płaskoziemcem będzie dla niego nużąca i bezproduktywna – dla płaskoziemca zresztą podobnie. Bańki informacyjne i bańki ideologiczne mają swe źródło w odmiennych rodzajach dyskursów o rzeczywistości i są fundamentalnie niekompatybilne. Richard Dawkins od lat namiętnie dyskutuje z osobami reprezentującymi rozmaite ideologie religijne i nic z tego nie wynika, poza zaspokojeniem samczej chęci rywalizacji oby stron.

Można podać mniej skrajny przykład relacji pomiędzy bańkami. Socjolog badający rzeczywistość społeczną zyskuje pewną porcję wiedzy na temat społeczeństwa. Bada opinie ludzi, czyli ich indywidualne bańki ideologiczne, a następnie tworzy z tego szerszy obraz rzeczywistości społecznej, będący surowcem jego bańki informacyjnej. Polityk natomiast idzie w kierunku odwrotnym – wychodząc od zawartości swojej bańki ideologicznej stara się tworzyć rzeczywistość społeczną tak, by odpowiadała ona jego wizji, poprzez propagandę pompując bańki ideologiczne członków społeczeństwa. Teoretycznie socjolog i polityk mogli by sporo skorzystać na wzajemnej wymianie pomiędzy swoimi bańkami, lecz, jak mawiał Spinoza, jest to i trudne i rzadkie. Szczególnie od polityka strony…

Jaka nasuwa się konkluzja? Budujmy własne bańki, ale raczej te informacyjne, a nie ideologiczne. Czyńmy to namiętnie poszukując wiedzy o świecie, głównie przez rozmowy z mądrymi ludźmi, ale też poprzez czytanie książek, a nie tylko acherontowych otchłani internetu. A przede wszystkim utrzymujmy nieustannie samoświadomość tego, że każdy żyje we własnej bańce. Jeśli ona ciekawą jest, stuknijmy się naszymi bańkami, a jeśli nie – to nie.

O chwilach

Nasze życie składa się z chwil. Płyną one wolniej lub szybciej, jednak nieuchronnie przemijają. Ich podstawową cechą jest nietrwałość, znikomość, kruchość i nieuchwytność. A mimo to tworzą one tkankę, z której zbudowane jest nasze życie. Niektóre z nich są szczególnie znaczące, nasycone treścią, przepełniające rozkoszą i poczuciem istnienia. Doświadczając nich pragniemy zakrzyknąć jak Goethe:„Trwaj chwilo, o chwilo, jesteś piękną”. Jednak nawet największe pragnienie człowieka nie zatrzyma najmniejszej chwili jego życia.

Jeśli nie możemy zatrzymać żadnej chwili, pozostaje nam je opłakiwać. Tak czyni android Roy Batty, grany przez Rutgera Hauera w filmie „Blade Runner”: „Wszystkie te chwile zostaną utracone w czasie, jak łzy w deszczu”. Wyraża w tych słowach aż nazbyt ludzkie doznanie absolutnej nietrwałości i przemijalności każdej chwili, niknącej w strumieniu czasu jak kropla w potoku. Możemy wszakże obrać inne podejście. Wincencjusz, kapłan boga Sabazjosa, cytowany w książce Stuarta Waltona „Odlot. Kulturowa historia odurzenia” sugeruje taką alternatywną możliwość: „Jedz, pij, przyjemnie spędzaj czas i zawitaj do mnie. Dopóty, dopóki żyjesz, ciesz się chwilą: zabierzesz ją z sobą!”. Wedle Wincencjusza możemy chwilę pochwycić, utrzymać, zabrać ze sobą do innej chwili, a być może nawet jeszcze dalej, jak każe mu wierzyć jego kapłańska nadzieja.

Czy to jest możliwe? Czy mogę zabrać ze sobą chwilę? Niekoniecznie tę spędzoną na jedzeniu lub piciu, może całkiem inną, oddaną doświadczaniu czegoś szczególnego, taką, która zaważyła nad całym moim życiem, odcisnęła swoją pieczęć, do której wzoru powracam nieustannie? Przecież chwile, które wspominamy podobne są do mydlanych bąbelków, tęczowo migoczących w powietrzu, ale pękających, gdy tylko pragniemy je dotknąć. Pomimo to uważam, że możemy zabrać jakąś chwilę ze sobą, chociaż nie całkiem w taki sposób, jak to sobie wyobrażamy. Każdy ma bowiem taką chwilę, jedną, zapamiętaną z całego życia, która już dawno temu przeminęła i jej tekstura jest niczym najbardziej kruchy płatek śniegu, ale mimo tego powraca i nadaje znaczenie całemu tokowi naszego życia, odwracając jednak jego pragnienia, co doskonale pokazał Orson Welless w filmie „Obywatel Kane”. Obejrzałem ten film ponad czterdzieści lat temu i zafascynowało mnie wtedy słowo „Różyczka”. Niedawno zobaczyłem go ponownie i teraz już wiem, na czym polega to, że jedna zabrana chwila może odwrócić pragnienia czyjegoś życia.