Archiwa miesięczne: Kwiecień 2018

O iluzji kontroli

Psycholożka społeczna Ellen Langer przeprowadziła kiedyś ciekawy eksperyment. Proponowała pracownikom firmy kupony loterii w cenie jednego dolara. Chętnym do zakupu albo wręczała kupon albo też rozkładała wachlarz kuponów i prosiła, by sami wybrali jeden. Po dwóch tygodniach wracała i prosiła o odsprzedanie jej kuponów, usprawiedliwiając to tym, że chętnych jest więcej niż kuponów. Ci którzy otrzymali od niej kupon, odsprzedawali go za średnio dwa dolary. Jednak ci, którzy sami wybierali kupony z wachlarza cenili je sobie dużo bardziej – chcieli za nie średnio prawie dziewięć dolarów! Padli ofiarą błędu poznawczego zwanego iluzją kontroli, łudząc się, że kupony, które sami wybierali są przez to bardziej wartościowe.

Dzięki iluzji kontroli świat wydaje się nam bardziej przewidywalny, czujemy się bardziej pewni siebie, przypisujemy sobie i otoczeniu większą wartość. Nawet jeśli rachunek prawdopodobieństwa mówi nam, że się mylimy, to dalej trwamy w przekonaniu, że nasze kupony są jakoś szczególnie wybrane. Jeszcze dobitniej wagę tego złudzenia pokazuje efekt pewności wstecznej, nazwany tak przez Barucha Fischhoffa. Polega on na tym, że przewidując jakieś wydarzenia, po ich zajściu przeceniamy swoje zdolności predykcyjne i twierdzimy, że byliśmy pewni, iż to właśnie się stanie, co się wydarzyło. Wszystko po to, by czerpać ową podstawową satysfakcję z powiedzenia: „A nie mówiłem, że tak będzie!” Wydaje nam się, że potrafimy przewidywać w sposób o wiele trafniejszy niż to jest rzeczywiście możliwe i czerpiemy z tej iluzji poczucie pewności sięgające w przyszłość.

Dzięki tym i dziesiątkom innych błędów poznawczych nasza świadomość utwierdza się w przekonaniu, że w tym świecie nie tylko można przeżyć, ale że także można go kontrolować. Wydaje się jej nie przeszkadzać, że to przekonanie jest iluzją, ważnie jest, że daje pewność. Świadomość uwielbia działać wedle własnego widzimisię, nie zważając na rzeczywistość. A gdy ta skrzeczy nadmiernie, to bogaty arsenał iluzji poznawczych podsuwa inspirację do stworzenia systemu ultymatywnej kontroli, jakim jest religia i jej bogowie.

Błędy poznawcze tropione dziś przez psychologię są pozostałościami po procesie ewolucyjnego kształtowania się naszej świadomość, swego rodzaju psychicznymi atawizmami. Współczesna postać świadomości, sposób jej funkcjonowania, pozostawia wiele do życzenia. Niegdyś Hindusi rozpoznali ją jako rodzącą cierpienie, a obecnie miliony ludzi codziennie łykają antydepresanty i środki przeciwbólowe. Ale cóż, podobnie jak rozmaitego rodzaju złudzenia optyczne nie przeszkadzają nam tak bardzo w codziennym życiu (no, chyba że z ich powodu spowodujemy wypadek drogowy, w którym zginiemy), tak błędy poznawcze tworzą naszą codzienność, utkaną z iluzji.

Reklamy

O Facebooku i nieświadomości

Parę lat temu przeprowadzono ciekawy eksperyment społeczny. Kilkadziesiąt tysięcy ludzi mających konta na Facebooku wypełniło kwestionariusz osobowościowy. Następnie pozwolono by algorytm Facebooka sprofilował ich osobowość wyłącznie na podstawie ilości lajków, jakie przyznawali różnym postom. Potem porównano wyniki algorytmu z ocenami znajomych tych osób, jak też bliskich i małżonków. Okazało się, że algorytm potrzebował 150 lajków, by być lepszym niż członek rodziny, a jedynie 300 lajków, by lepiej przewidywać nasze skłonności, opinie i pragnienia niż współmałżonek. Czasem algorytm lepiej sobie radził niż nawet badana osoba, zapytana na przykład o poziom swego zaangażowania w sieć społecznościową. Badacze podsumowali te wyniki stwierdzeniem, że ludzie mogliby porzucić własne sądy psychiczne i oprzeć się na komputerach przy podejmowaniu ważnych życiowych decyzji.

Wyniki tych badań mnie nie dziwią. Utożsamiamy się z naszym świadomym ja, które jest niczym innym jak tylko mniej lub bardziej spójną opowieścią na własny temat, budowaną przez lata narracją często nie mającą nic wspólnego z tym, jacy naprawdę jesteśmy. Spontaniczne, impulsywne reakcje na wiadomości i obrazy pojawiające się na Facebooku ujawniają natomiast nasze nieświadome tendencje. Nieświadomość tak naprawdę rządzi naszym życiem, dyktuje nasze wybory i odpowiada za najgłębsze pragnienia. Jej nazwa – niebyt zresztą szczęśliwa i nieco myląca – nie znaczy bowiem, że nieświadomość nie istnieje. Wprost przeciwnie, przejawia się w każdej sekundzie naszego życia, wpływając na przykład na wyraz naszej twarzy, niewidoczny dla nas, ale doskonale widoczny dla naszego rozmówcy, który może odebrać mówione przez nas słowa nie zgodnie z ich werbalną treścią, ale wedle tego, co rysuje się na naszej twarzy. Nieświadomość odpowiada za wszystkie ekspresje naszej osobowości, które tylko małym stopniu moderowane przez świadomość, a często w ogóle. Świadome ja jest niczym malutka wysepka pływająca po oceanie nieświadomości, mogąca najczęściej tylko przytakiwać płynącym z niej impulsom.

Media elektroniczne uznawane za swego rodzaju „zbiorową świadomość” ludzkości są w rzeczywistości idealnym sposobem manifestowania się nieświadomości. Po mowie i piśmie są trzecim ludzkim wynalazkiem, który w ciągu dwu ostatnich dekad (co za tempo!) zrewolucjonizował komunikację międzyludzką i obecnie najbardziej spektakularnym nośnikiem procesów nieświadomych. Dzięki nim w ciągu minut najdziksza głupota może dotrzeć do umysłów tysięcy ludzi, bo jej twórca czuje się anonimowy. Poczucie anonimowości sprzyja temu by z psychiki wyłoniło się to, z czym się nie utożsamiamy, czyli treści naszej nieświadomości. Mimo że mamy na Facebooku do dyspozycji tylko litery, zdjęcia i filmiki, to wystarczy, by się odsłonić. Nawet najbardziej uporczywe próby kreowania swego image na Facebooku prowadzą nieuchronnie do czegoś przeciwnego – do ujawnienia tego, kim naprawdę jesteśmy. Twój awatar więcej mówi o tobie, niż sam o sobie wiesz. I to, kim jesteś, może poznać nie tylko twój znajomy, ale też bezosobowy algorytm, upiorny zwiastun czasów, które nadchodzą, czasów nieświadomej inteligencji.

O prawdziwej religii

Ponad ćwierć wieku temu rozpocząłem pracę w liceum, jeszcze jako student ostatniego roku filozofii. Uczyłem w nim etyki i filozofii. Pewnego dnia miałem trochę wolnego czasu i postanowiłem pochodzić po gmachu szkoły i podsłuchać pod drzwiami sal lekcyjnych, co tam się w środku dzieje. Geografia, matematyka, polski – zza drzwi dochodziły dobrze mi znane odgłosy, odwieczne echo odwiecznie przepowiadanych smutnych treści. Podszedłem pod salę, w której odbywały się lekcje religii, którą dopiero co wprowadzono do szkół. Nie mogłem sobie odmówić podsłuchania i tej kategorii przepowiadania. W sali było cicho i bardzo wyraźnie usłyszałem słaby, nieśmiały i wręcz wycofany głos księdza. Pierwsza myśl, jaka mi przyszła do głowy to: „Tak się nie mówi o Bogu!” Bóg wymaga czegoś większego niż neurotycznego bełkotu podrzędnego absolwenta seminarium duchownego, czegoś więcej niż wymęczonego potoku stereotypowych słów, wyuczonych na wykładach. Śmiercią religii jest jej popadnięcie w płytkie umysły i w jeszcze płytsze serca, pozbawione choćby grama doświadczenia. Nie ma bowiem nic gorszego na tym świecie niż ludzie aspirujący do bycia religijnymi, a mówiący o tym, czego nie doświadczyli. Ich mowa rodzi jeno religię instytucjonalną, będącą żałosną parodią doświadczenia religijnego, nazwanego przecież tak dlatego, że transformuje całego człowieka. Tylko pełne doświadczenie rzeczywistości może być nazwane religią. A jeśli jest ono pełne, to wtedy możemy mówić o nim pełnym głosem, pokładając w nim całe swoje serce.

Sanskrycki termin śraddha, przekładany zwykle jako wiara, może nam tu posłużyć jako pomoc w zrozumieniu tego, co oznacza pokładanie w czymś serca. Znaczenie tego terminu oscyluje między „zaufaniem” (patrz gr. pistis) a „poświęceniem”. Wywodzi się on ze złożenia rzeczownika śrad („serce”) i czasownika dha („umieszczać”). Oznacza zatem włożenie w coś serca. Tak, wiara religijna jest naszym doświadczeniem tylko wtedy, gdy „pokładamy w czymś serce”, to znaczy, gdy angażujemy całego siebie w to, co nazywamy swoim życiem. Nie chodzi tu o jakąś doktrynę religijną, która zawsze jest wtórna, a ten kto pokłada w nią swe serce, traci swoje życie. Chodzi o to, co robimy w i ze swoim życiem. Bo prawdziwą religią człowieka może być tylko jedno – jego życie. Religia jest wywodzona od łacińskiego terminu religare czyli „ponownie jednoczyć”. Religia jest zatem tym, co jednoczy nas ze swoim życiem.

O pewnym pożytku z głupoty

Pisałem już na moim blogu o głupocie, w niezbyt pochlebnych słowach (tu). Okazuje się jednak, że głupota, jak wszystko na tym świecie, ma swoje dobre i złe strony. Pomimo wielu wad ma ona właściwie jeden mocny pozytyw: pozwala szybko podejmować decyzje. Gdy moja wiedza jest mocno zróżnicowana, gdy znam wiele „za” i „przeciw”, wtedy trudno mi podjąć decyzję bez wcześniejszego, nieraz dosyć długiego, procesu deliberacji. Jeśli natomiast jestem głupi i w mej głowie nie ma żadnych opcji do wyboru – gdyż człeka głupiego cechuje obecność tylko jednej myśli w jego łepetynie – wtedy decyzję podejmuję bez wahania, nawet nie myśląc o niej jako o akcie wyboru, bo przecież sprawa jawi mi się jako prosta jak drut. Oczywiście efektem tej decyzji może być totalna katastrofa, jak to zwykle bywa w przypadku pojedynczych głupców, ale gdy spojrzymy na całość dziejów ludzkości możemy dojść do odmiennego wniosku. Jak pokazuje historia zbiorowe decyzje indywidualnych głupców ulegają swego rodzaju uśrednieniu, w efekcie którego otrzymujemy ten wesoły świat taki, jakim jest, napędzany w swym absurdalnym trwaniu przez miliardy bezmyślnych decyzji. Ba, nawet jeśli głupiec zasiada na tronie to też jego głupota wiele nie zmienia, na co wskazują pocieszające słowa hrabiego Axela Gustafssona, siedemnastowiecznego szwedzkiego polityka, najbliższego współpracownika Gustawa II Adolfa: „Czyż nie wiesz, mój synu, jak mało trzeba rozumu do rządzenia światem!” Zatem cieszmy się, że wrodzona głupota ludzi nie szkodzi ich przetrwaniu. Dzieje się tak z prostego powodu – jest ona przejawem fundamentalnej irracjonalności życia.

O zmartwychwstaniu i aborcji

Z tego, co wiem o psychologii i psychopatologii ludzi religijnych jedną z ich najważniejszych ułomności jest konkretystyczne ujmowanie wyobrażeń religijnych. Pojęcia teologiczne pojmują oni czasem po swojemu, na poziomie dostępnego im naiwnego realizmu i zdroworozsądkowego myślenia. Implantowanie subtelnych konceptów teologicznych w tak proste umysły niesie za sobą skutki tragiczne albo śmieszne. Dobrym przykładem tych drugich jest tu pewien młody Palestyńczyk, który miał wysadzić się w autobusie pełnym Izraelczyków. Niestety, coś poszło nie tak i bomba nie wybuchła. Jakież jednak było zdziwienie żołnierzy izraelskich, którzy rozebrawszy młodzieńca zobaczyli, że ma on solidnie zabezpieczone genitalia – zapewne po to, by mu dobrze służyły w raju, do którego miał się dostać po swoim wybuchowym czynie.

Czasem jednak owa ułomność umysłów religijnych prowadzi do tragicznych skutków. Ostatnio było głośno o zwolennikach całkowitego zakazu aborcji, którego wprowadzenie doprowadziłby do zmuszania kobiet do rodzenia bez względu na stan płodu. Jeśli są oni chrześcijanami to bez wątpienia najważniejsze jest dla nich przyszłe zmartwychwstanie ludzi, którego obietnicą jest zmartwychwstanie Chrystusa. Jednak w ich toku myślenia przeczuwam bardzo konkretystyczny, wręcz naturalistyczny ciąg skojarzeńby zmartwychwstać trzeba najpierw umrzeć, by umrzeć trzeba żyć, by żyć trzeba się urodzić. A zatem życiem godnym zmartwychwstania jest tylko życie urodzone. Nawet jeśli owo życie umrze w ciągu paru godzin czy dni po narodzinach, to tylko akt narodzin czyni go godnym zmartwychwstania. Przebiegi myślowe na tak niskim poziomie nie prowadzą nigdy do czegoś dobrego.