Archiwa miesięczne: Czerwiec 2018

O ożywianiu słów

Już kiedyś pisałem o czytaniu, (tu) podkreślając jego rolę budzeniu empatii. Teraz chciałbym opisać je z trochę innego punktu widzenia. Żaden człowiek nie jest samotną wyspą, nawet pustelnik o dzikich ostępach zasiedziały swą ideę samotności od kogoś zaczerpnął. Tworzymy naszą tożsamość w nieustannej rozmowie z innymi ludźmi, począwszy od samej nauki mówienia w dziecięcych latach naszego życia. Gdy już opanujemy sztukę mówienia, uczymy się czytania i wtedy możemy wybierać tych, z którymi rozmawiamy, bo czytając mamy możliwość obcowania z najlepszymi przedstawicielami ludzkiego rodu. Czytanie to ożywianie słów ludzi, których nigdy nie spotkamy, choćby dlatego, że żyli dawno przed nami. Te ożywione słowa karmią naszą duszę. Filozofia, powieść, poezja, nauka, historia – każda książka odkrywa przed nami nowe rejony doświadczeń, odsłania odmienne rodzaje percepcji i daje możliwość przemiany naszej świadomości.

Bo wszystko zależy od naszego stosunku do czytanej książki. Mamy tu trzy możliwości. Pierwsza zachodzi wtedy, gdy chcemy tylko pozyskać informacje, jak wtedy, gdy czytamy poradnik i traktujemy tekst przedmiotowo. Tu książka jest narzędziem. Druga zachodzi, gdy chcemy podać swój umysł chwilowej dystrakcji, czytając przysłowiowego harlequina i pragnąc za pomocą cudzych słów uciec od siebie. Tu książka jest rozrywką. Trzecia, i ją tylko mam na myśli pisząc o czytaniu, dzieje się wtedy, gdy chcemy doznać owego fundamentalnego obrotu u podstaw naszej psychiki spowodowanego przez ożywienie czytanych słów. Tu książka jest symbolem, tak jak go rozumiał Jung, czyli czymś co transformuje świadomość, doprowadzając ją do pełni.

Prawdziwe czytanie to zatem swego rodzaju czarowanie, co po niemiecku brzmi magicznie – Zauberei – co od razu kojarzy mi się z jedną z najpiękniejszych książek, jakie czytałem w swoim życiu, „Der Zaubergberg” czyli „Czarodziejską Górą” Tomasza Manna. By zatem doszło do owej czarodziejskiej przemiany naszej świadomości muszą się spotkać dwie rzeczy – odpowiednio nastawiony umysł i dobra książka. Dopiero gdy dojdzie do tego niesamowitego spotkania dochodzi do równie cudownej, wzajemnej partycypacji dwóch strumieni świadomości, często bardziej intymnej niż jest to nam dane w trakcie zwykłej rozmowy.

Reklamy

O ciemnej stronie kultury

Z czego jesteśmy dumni? Z kultury. To dzięki niej jesteśmy ludźmi, to ona pozwala nam wierzyć w nasze człowieczeństwo, to dzięki niej dysponujemy w ogóle takimi pojęciami jak godność, miłość, wiara, rozum, prawda, dobro, piękno – i wprowadzamy je, choć niestety niezbyt często, w życie. Tak pojmowana kultura jest często przeciwstawiana naturze, która jawi się wtedy jako irracjonalne siedlisko popędów, albo i samego diabła, jak do dawniej bywało. Bo czym bylibyśmy bez kultury, znajdującej swe oparcie w języku, w piśmie, ale też w sztuce, oddziałującej na wszystkie zmysły? Czym bylibyśmy bez obrazów z groty Chauveta, Tao-te-king, Upaniszad, Platona, Ewangelii, Nagardżuny, Al Ghazaliego, Szekspira, Bacha, Newtona, Dostojewskiego, Einsteina, van Gogha i tysięcy innych dzieł i ich twórców? Niczym innym jak tylko zwierzętami, biologicznymi maszynami Kartezjusza i Skinnera. Kultura zawsze dawała ludzkości nadzieję na rozwiązanie wszystkich jej problemów i budowała wizje jaśniejszej przyszłości. Jednak każdy kij ma dwa końce, ciemna strona zawsze towarzyszy jasnej, a zło podąża tuż za dobrem. Kultura i jej współczesne dziecko, czyli technologia, są dla jednych powodem do dumy, dla innych – takich jak ja – powodem do gorzkiej refleksji nad losem ludzkości.

To, co jest największą wartością kultury, zarazem stanowi jej najgorszą słabość i zagrożenie dla całej planety. Mam na myśli sposób, w jaki propaguje się ona w obrębie gatunku homo sapiens, a dzięki któremu jest, chciałoby się rzec, zabójczo skuteczna. Kultura jest przekazywana z pokolenia na pokolenie na zasadzie dziedziczenia cech nabytych. Oznacza to, że ewolucja kultury jest lamarkistowska. Tak o tym pisze S.J. Gould w swej książce Niewczesny pogrzeb Darwina: „To, czego uczy się jedno pokolenie, przekazywane jest następnemu bezpośrednio w procesie uczenia i w formie pisanej. Cechy nabyte są dziedziczone w technologii i kulturze. Ewolucja lamarkistowska postępuje błyskawicznie i ma charakter kumulatywny. Wyjaśnia ona fundamentalną różnicę między naszym przeszłym, czysto biologicznym modelem zmian, a obecnym oszalałym pędem ku czemuś nowemu i wyzwalającemu – albo ku przepaści”. Kumulatywny charakter przekazu kulturowego powoduje, że obecnie zmiany zachodzą już w tempie wykładniczym, a dzięki postępowi technologicznemu praktycznie co dekadę budzimy się w innym świecie. Aspekt konstruktywny kultury, który umożliwił początkowo naszemu gatunkowi tak oszałamiająca karierę na Ziemi, obecnie ustąpił już miejsca jej aspektowi destrukcyjnemu. Otrzymał on nawet swoją nazwę – antropocen. Tak, pędzimy ku czemuś, a dziś już wiadomo, że to raczej przepaść niż Eden. Książka Goulda ukazała się ponad czterdzieści lat temu i mógł on jeszcze mniemać, z typowym dla naukowców optymizmem, że dążymy ku wyzwoleniu. Dziś już tej wiary nie mamy, dziś zbieramy owoce owego niesamowitego lamarkistowskiego pędu, który wyniósł człowieka na czołowe miejsce w ekosystemie planety – tylko po to, by człowiek go zniszczył wraz z samym sobą.

Bez wątpienia jesteśmy wyjątkowi. Homo sapiens to pierwszy gatunek, który zagraża swojej własnej egzystencji. Jesteśmy gatunkiem, który opanował wszelkie nisze ekologiczne na planecie, a nawet wzbił się ponad nią. Jesteśmy gatunkiem, który rozwinął niesamowity sposób akumulacji doświadczeń zwany kulturą, dzięki której nasza ewolucja przyspieszyła w niewyobrażalny – też dla nas samych – sposób. Ten proces akceleracji wpłynął jednak negatywnie na ludzką psychikę. Kultura wprawiła nas w samozachwyt, uczyniła z nas ekstremalnie autoerotyczny gatunek, który nawet uznał niegdyś, że godny jest boskiej inkarnacji. Wszelkie jednak podniosłe wyobrażenia religijne, systemy filozoficzne i ideologie polityczne są niczym innym jak tylko kulturowym odpowiednikiem intoksykantów, bowiem podobnie jak one wprawiają naszą świadomość w stan błogiego samouwielbienia. Dziś, w obliczu zagrażającej katastrofy, chciałoby się apelować o otrzeźwienie, lecz apel ten jest daremny. Ludzkość bowiem, tak jak zwykle, szuka rozwiązań problemów stworzonych przez nią samą w obrębie dostępnych jej stanów mentalnych – a te są zdeterminowane przez kulturę. Dobrym przykładem są tu pomysły, bo za pomocą geoinżynierii zapanować nad globalnym ociepleniem, co jest żałosną popłuczyną biblijnego „czyńcie sobie ziemię poddaną”. Właściwe niczym się nie różnimy od stada żab w wysychającym bajorze, podobnie jak one tuptamy w kółko w oczekiwaniu na zagładę, przy wtórze podniosłych zaklęć, w których niczym mantrowe niezmienniki powtarzają się słowa „kultura”, „nauka” i „cywilizacja”, ale też „zysk”, „technika” czy „postęp”. Prawie wszystkie już się zdewaluowały, służą dziś jedynie jako apotropeiczne hasła maskujące rozpacz wobec nieuniknionego losu.

O pośpiechu

Przypowieść o dobrym Samarytaninie (Łk 10, 30 – 37) tak naprawdę nie mówi o współczuciu dla bliźniego, ani o tym kim jest bliźni – mówi o pośpiechu. Lewita i kapłan, którzy nie pomogli pobitemu człowiekowi, śpieszyli się. Śpieszyli do świątyni, nie mieli czasu aby pomóc bliźniemu. Gdyby okazało się dodatkowo, że leżący na poboczu drogi do Jerycha człowiek jest martwy, to jego dotknięcie groziło im nieczystością rytualną na siedem dni i dodatkowym opóźnieniem ich gotowości do podjęcia obowiązków religijnych. Dobry Samarytanin się nie śpieszył, mimo że był w podróży.

Po prawie dwóch tysiącach lat dwaj psychologowie społeczni w Stanach Zjednoczonych przeprowadzili eksperyment. Poprosili oni studentów seminarium duchownego o przygotowanie kazania na podstawie przypowieści o dobrym Samarytaninie. Następnie prosili ich, by jak najszybciej udali się do sąsiedniego budynku, gdzie mieli wygłosić je przez radio. Po drodze seminarzyści mijali leżącego człowieka, który wymagał pomocy. Tylko około 10% śpieszących się zatrzymywało się i pomagało. Reszta pędziła, zapewne gorączkowo powtarzając w pamięci słowa Jezusa, co dodaje smaczku temu eksperymentowi.

Aldous Huxley napisał kiedyś:„Ludzie współcześni zdołali dodać do tradycyjnej listy siedmiu grzechów głównych tylko jeden: Pośpiech”. Jednak okazuje się, że grzech ten praktykowano już dawno temu, wszędzie tam, gdzie jakieś zbiorowe obowiązki, powinności, rytuały, wymagały od jednostki poświęcenia własnego spokoju na rzecz sprawnego funkcjonowania społeczności. Pośpiech jest więc nieodzownym składnikiem życia w społeczeństwie. Współcześnie doprowadziliśmy jedynie ową „kulturę pośpiechu” do jej maksymalnych granic, w imię coraz sprawniejszego działania wielomiliardowej maszyny ludzkości. Wszystko mamy zrobić „na wczoraj”, goni nas „deadline” (co za uroczy termin), nie możemy się nigdzie spóźnić, bo wszystko odmierza zegar. Pośpiech zabija najpierw duszę, potem ciało. Pędzimy jak oszalałe z przerażenia zwierzęta, chyba po to jedynie, by szybciej umrzeć.