O dumie w czasach niepewności

Istotą „ja” jest to, że chce ono być z czegoś dumne, chce czuć siłę i podstawową ufność w siebie. Takie korzenie zdrowej dumy „ja” może uzyskać dzięki miłości i bezwarunkowej akceptacji rodziców. Jest to jednak rzadki przypadek w naszym smutnym świecie. O wiele częściej budujemy poczucie „ja” pozbawieni tych korzeni, polegając na osobistych dokonaniach, na bogactwie zgromadzonym w życiu, na jakichkolwiek osiągnięciach, które dają nam wartość w oczach innych. Nasze „ja” nie jest bowiem tym, czym nam się wydaje – czymś tylko naszym, intymnym, subiektywną manifestacją naszego istnienia. Jest tworem, który powstaje w naszej psychice pod wpływem innych ludzi i kształtuje się w ciągłej interakcji z otoczeniem. „Ja” przeczuwa, że jest tylko praktyczną iluzją adaptacyjną i dzięki dumie chce utwierdzić się w istnieniu poprzez osadzenie się w otoczeniu społecznym. Pięknie to przybliża angielskie słowo pride, oznaczające nie tylko dumę, ale też stado, stado zwierząt, stado lwów. Bycie członkiem stada to pierwotne, ale też najbardziej prymitywne, źródło poczucia dumy. Ja sam mogę czuć się nikim, ale jako członek dowolnego stada – rodu, plemienia, narodu, rasy – jestem kimś. Mogę przejawiać naturalną, genetyczną by tak rzec, dumę, jeśli jestem potomkiem dostojnego rodu. Wtedy za moim jednostkowym „ja” stoi cały szereg przodków, i z pamięci o nich czerpię siłę. Mogę też być członkiem żywotnego plemienia, jak plemię Masajów, opisywane jako dumni wojownicy i pasterze (tylko nie wiem, czy jeszcze takie plemiona istnieją na naszej zniszczonej planecie) i czuć dumę z bycia Masajem. Tak zawsze czynili ludzie, zawsze byli dumni ze stada, do którego przynależą. Pozostałością owych pierwotnych odczuć jest to, że uwielbiamy być w tłumie. Wtedy nasze „ja” jest bardziej zaakcentowane, jesteśmy bardziej odważni, bezczelni, pewni siebie, zuchwali. Dlatego wszystkie osoby słabe i niepewne siebie czują ogromną chęć przynależności do tłumu, grupy, organizacji, czegokolwiek, co stanowiłoby namiastkę stada. By utrzymać swoją przynależność do tłumu jednostka bezwiednie przejmuje zbiorowe mniemania, zlewając swoje „ja” z innymi „ja”. Tworzy się psychologia tłumu, oparta na zabójczej dialektyce pomiędzy „ja” a tłumem. Kruchość i pozorność owej dialektycznej więzi najlepiej obnaża zjawisko paniki, gdy każdy czuje już tylko swoje „ja”, innych traktując jak przeszkody i tratując ich w walce o drogę wyjścia z zagrożenia.

Niestety, we współczesnych społeczeństwach nie jest możliwa autentyczna partycypacja w stadzie. Dziś prawdziwych stad już nie ma. Pozostaje nam tylko tłum, w którym zbieramy się razem z nieznanymi osobami, na chwilę połączeni jakąś abstrakcją. Dzisiaj mogę czerpać swoją dumę z pustych abstrakcji historycznych czy futurystycznych, snując opowieści o „wielkiej lechii”, albo „wielkiej serbii”, lub też pragnąc „make america great again” (z premedytacją używam małych liter, majuskuły są dla mięczaków). Mogę też identyfikować się z mniej lub bardziej wirtualnymi grupami ludzi, ze społecznymi konstruktami, które uznaję za rzeczywiste. To nader popularny sposób budowania poczucia „ja”, szczególnie w naszych czasach, czasach niepewności, braku bezpieczeństwa i uczucia osobistego zagrożenia, czasach, w których zatomizowane i wykorzenione jednostki próbują zakotwiczyć gdziekolwiek swoje „ja”, by w ogóle poczuć, że istnieją. Niestety, takie kompulsywne poszukiwanie powiązań i przynależności prowadzi prostą drogą do nacjonalizmu, rasizmu i pokrewnych im demonów, takich jak faszyzm (od wł. fascio, „związek”). Mają one kuszący urok dla tych, których życie przerosło, dla wykorzenionych i zagubionych, gdyż dają owo rudymentarne – i patologiczne zarazem – poczucie dumy wynikające tylko z tego, że jest się członkiem wirtualnie zdefiniowanej grupy, na przykład „czystego rasowo” narodu. Grupa ta to jednak tylko wspólnota wyobrażona, pseudoplemię, jest ona czymś bardziej pożądanym niż realnym. Im bardziej jednak jest pożądana, tym bardziej jawi się jako nieosiągalna. Pojawia się więc frustracja, budząca negatywne emocje, złość, nienawiść i wrogość wobec każdego, kto wydaje mi się obcy, kto nie jest członkiem mej – nieistniejącej przecież – grupy. Wynika ona ostatecznie z tego, że nie mogę być „sobą”, gdyż nie mam żadnego stada, do którego mógłbym przynależeć, że jedyne co znajduję to nędzne namiastki „bycia razem”, surogaty wspólnoty, grupy ludzkie spajane jedynie wspólną niechęcią do obcych. To dlatego z taką nienawiścią spotykają się uchodźcy, prezentujący ad oculos sytuację krańcowego wykorzenienia i braku bezpieczeństwa. oni niczym źdźbło w oku świata, które boleśnie przypomina o tkwiącej w naszym oku belce, belce, która nas przygniotła.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s