Archiwa miesięczne: Sierpień 2018

O optymizmie w antropocenie

Jak wiadomo pesymista to dobrze poinformowany optymista. Trudno mi być optymistą. Wolę mówić, że jestem realistą, opierającym swoje sądy na aktualnych danych naukowych. Więc niniejszy wpis jest swego rodzaju wymuszoną próbą innego spojrzenia na te dane. Są one, co tu gadać, niezbyt nastrajające do optymizmu. Aktualny stan naszej planety i ludzkości, który dwa tygodnie temu streściłem w skrócie 3K (o tym piszę tu), nie zapowiada nic dobrego. Wiadomo jednak, że dobro i zło są ze sobą splecione w odwiecznym tańcu i że jedno wynika z drugiego. Czy może zatem coś pozytywnego wyniknąć z pesymistycznych prognoz odnośnie przyszłości? Może to tylko pewna faza w rozwoju ludzkości, która jest trudna, ale z czasem doprowadzi do czegoś pozytywnego? Załóżmy, że tak jest. Może da się tu zastosować następująca metaforę: przyrównajmy obecny stan cywilizacji ludzkiej do transformacji gąsienicy, która właśnie zmienia się w poczwarkę. W tej fazie jej wewnętrzne narządy ulegają całkowitemu rozpuszczeniu – histolizie. Potem następuje happy end, wyłania się dojrzała postać motyla, zwana poetycko imago. Może zatem obecne przemiany na Ziemi są właśnie owym momentem przepoczwarzania? Nawet jeśli tak optymistycznie na to spojrzymy, to trzymając się tej metafory musimy zauważyć, że aby doszło do czegoś tak pozytywnego, jak wyłonienie się nowego kształtu ludzkości, aktualny kształt życia ludzkiego i tworzący go ludzie muszą ulec całkowitemu rozpuszczeniu, holokaustycznej histolizie. Co to oznacza? Może tylko to, że jak będziemy mieli szczęście to miliardy zginą, ale nie wszyscy. Może też to, że jak będziemy mieli szczęście, to cierpienia ludzi będą krótkie. Prognozy Meadowsów, zawarte w ich książce „Przekraczanie granic” są ciągle aktualne, a przewidują one radykalny spadek liczby ludzi na Ziemi w ciągu dekady czy dwu. Pesymista powie, że czeka nas świat rodem z Mad Maxa, a ja, siląc się na optymizm, czekam na nowy górny paleolit.

Jak zauważyliście, wpis ten sponsoruje słówko „może”, użyte przeze mnie już sześć razy. Oznacza to, że nadzieje na optymistyczną wizję przyszłości są według mnie nieco nikłe, oceniam je tak na maksimum 5 %. Może (to już siódme użycie tego słówka) się mylę, gdyż tylko ideologia jest źródłem absolutnie pewnych przekonań, a nauka daje swe predykacje, zwłaszcza w tak skomplikowanym temacie jak klimat, tylko z ograniczoną pewnością. Dobrze, bądźmy zatem optymistami, ale zwróćmy uwagę na to, że owa ograniczona pewność nauki ma dwa oblicza. Może (ups, ósmy raz) być lepiej niż przewidują prognozy, ale też może (to groźna dziewiątka) być o wiele gorzej. Może zatem (to dziesiąty raz, ostatni) lepiej nie traktować obecnej sytuacji po prostu jako dobrej czy złej, ale idąc śladem pragmatycznych chińskich taoistów, zastanowić się jak mamy postępować, jakie zachowanie jest właściwe i skuteczne w tych okolicznościach. Cóż, naukowcy od lat powtarzają co mamy zrobić, ale ludzkość ich nie słucha. I jak tu być optymistą? Optymizm musi mieć podstawę, nie może być zwykłym zagadywaniem lęku, jak to to ma zwykle miejsce. Taki powierzchowny optymizm wynika tylko z niewiedzy i wyparcia przykrych emocji, co prowadzi do postawy streszczającej się w idiotycznym zawołaniu „jakoś to będzie”. Potrzebna jest świadomość, a ta nigdy nie pojawia się bez przetrawiającego, bolesnego ognia emocji. Dla mnie ich źródłem zawsze było pesymistyczne spojrzenie na rzeczywistość, tak w stylu Schopenhauera. Dziś jednak już nie trzeba czytać filozofów, wystarczy lektura raportów naukowców, by wzbudzić w sobie ogień emocji, by wzbudzić w sobie świadomość.

Reklamy

O ginięciu światów

Z każdym ginącym gatunkiem ginie świat, który był dany temu gatunkowi w jego zmysłach i umyśle. Według biologa Jakoba von Uexkülla każdy gatunek żyje we własnym Umwelt, skoncentrowanym wokół niego świecie komunikacji i znaczeń. Gdy ginie gatunek, ginie też jego Umwelt. Żyjemy obecnie w epoce szóstego wymierania, spowodowanego tym razem przez człowieka. Tysiące gatunków rocznie bezpowrotnie znikają z powierzchni tego świata, a wraz z nimi giną bezpowrotnie światy, w których żyją. Cóż to jednak obchodzi człowieka? Jedynym przecież światem, który go obchodzi, jest jego własny świat, świat zbudowany wokół jego egocentrycznej świadomości. Najjaskrawszym przykładem tego egocentryzmu i narcystycznego samouwielbienia są słowa, które znajdujemy w powieści Thomasa Keneally’ego „Lista Schindlera”: „Ten, kto ratuje życie jednego człowieka, ratuje cały świat”. Jakże ogromna pycha przemawia przez nie! Każdy pojedynczy człowiek wedle nich zyskuje status samodzielnego gatunku. Ta pycha doprowadza dziś ludzkość do samozagłady, gdyż jej cieniem jest absolutna pogarda dla ludzi jako gatunku właśnie. Ten cień projektowany na innych sprawia, że traktujemy ich jak odpady, zbyteczne jednostki wyrzucane na peryferia świata. Niszczy on także nasze wnętrze, w wyniku czego prowadzimy autodestrukcyjne życie kierowane zasadą après moi, le déluge.

Cóż, nie grozi nam koniec świata, ale jedynie koniec człowieka, tego najbardziej zapatrzonego w siebie gatunku na Ziemi. Wraz z człowiekiem zginie jego Umwelt, czyli to wszystko, z czego jest tak dumny i co stanowi absolutną podstawę jego egzystencji, łono, z którego się każdorazowo rodzi – cały świat wyobrażeń kulturowych. Trudno się pozbyć wrażenia, że sami już się do tej śmierci przygotowujemy, patrząc na to, co się dzieje we współczesnym świecie, a co można nazwać obumieraniem znaczeń. Żyjemy w domach i miastach, które nie mają dla nas żadnego innego znaczenia poza byciem przedmiotem konsumpcji. Wszelkie wartości zostały spłaszczone do jednego wymiaru i przeliczone na pieniądze. W społeczeństwach pierwotnych dom, praca, struktura wsi, wszystkie codzienne czynności były przesiąknięte znaczeniami osadzonymi w mitologicznych wierzeniach. To nadawało sens życiu tych ludzi, sens który niekoniecznie sobie w pełni uświadamiali, ale który był obecny w każdym akcie ich życia. Nie ma człowieka poza kulturą, jak pisał Arystoteles, a ten, kto jest poza polis, to albo zwierzę albo bóg. Zwierzęta eksterminujemy, a do bogów nam daleko. Gdy człowiek zniknie, znikną też wszelkie jego wrażenia, sczezną wszystkie znaczenia. Za śmiercią znaczeń podąży śmierć fizyczna. Gdy ona nastąpi, wtedy jakaś samotna ameba będzie musiała się podjąć na nowo dzieła ewolucji – oby tym razem nie doprowadziła ona do równie żałosnego gatunku jak homo sapiens.

O konsumpcji, klimacie i konfliktach

Starożytny symbol Uroborosa przedstawia węża pożerającego swój własny ogon. Spośród wielu znaczeń tego symbolu chciałbym zaakcentować jedno – Uroboros symbolizuje życie, które pożera samo siebie. Tak, istotą życia jest konsumpcja, wzajemne pożeranie się, wchłanianie i wydalanie. Zawsze tak było, odkąd tylko zaistniało życie, na długo przed pojawieniem się człowieka ten świat stał na wzajemnym pożeraniu. Współczesna cywilizacja wszakże doprowadziła ową istotę życia do skrajności, a tym samym do karykatury. O rozmiarach tej konsumpcji można by pisać całe tomy, więc podam tylko jedną liczbę, by tak rzec, najbliższą ciału: ludzie i hodowane przez nich zwierzęta to dziś 97% biomasy kręgowców lądowych na Ziemi (w początkach neolitu było to 0,1%). Jedynym celem w życiu współczesnego człowieka jest konsumowanie, konsumpcja jest dziś jedyną obietnicą spełnienia wszelkich pragnień. Najbogatsi konsumują prawie całą energię i surowce. Rynek podsuwa im coraz to nowe obiekty konsumpcji, gdyż stare się szybko zużywają – bowiem trwały produkt jest zaprzeczeniem sposobu funkcjonowania rynku. Przeżeramy wszystko co się da, a rynek wszystko przekształca w towar. Jego słynna niewidoczna ręka tkwi w naszej dupie, manipulując nami jak bezmózgimi pacynkami. Współczesna ludzkość filozoficzną sentencję biskupa Berkeleya esse est percipi („Istnieć to być postrzeganym”) przekształciła w: „Istnieć to konsumować”.

Czy możemy takiemu światu powiedzieć, by zaprzestał konsumpcji, gdyż wywołane przez nią zmiany klimatyczne grożą istnieniu gatunku ludzkiego? By ograniczył swoje pragnienia, bo giną masowo gatunki zwierząt – co już nazwano szóstym wymieraniem – a rabunkowa eksploatacja surowców niszczy planetę? By przemienił cały swój sposób życia w radykalnej antykonsumpcyjnej metanoi? Tak, możemy, czynią to codziennie tysiące ludzi, ale nie odnosi to żadnych skutków. W 1992 roku, na konferencji klimatycznej w Rio zaproponowano państwom ograniczenie emisji CO2. Czy konferencja ta przyniosła pożądane skutki? Nie, od tego czasu emisje CO2 wzrosły o 62 %. Nic nie wskazuje na to, by świat miał zaprzestać konsumpcji, cała gospodarka światowa, niczym oszalały parowóz pędzący na skraj przepaści, idzie w rytmie business as usual. Nic dziwnego, konsumpcja to zbiorowa nerwica kompulsywna współczesnych społeczeństw. Nie widzę możliwości by jakakolwiek terapia mogła ją uleczyć. Wiem natomiast, że w czasie wojen ludzie postawieni wobec najcięższych wymagań życia, wobec walki o życie, leczyli się ze swoich nerwic. I tak też będzie wyglądała terapia współczesnego świata, przerażająca, chociaż być może skuteczna w swej bezlitosności. Już teraz rozkwitają konflikty, których przyczynami są zmiany klimatyczne i brak surowców, w tym tych podstawowych, jak woda. Konfliktów, wojen będzie coraz więcej, bo ludzie tylko w obliczu takich surowych opresji mogą radykalnie zmienić swoje życie.

Tak, dziś stoimy wobec KKK. Nie jest to Ku-Klux-Klan, lecz coś o wiele gorszego, złowieszcza trójca rządząca współczesnym światem. To Konsumpcja, Klimat i Konflikty, wynikające z siebie w tej kolejności z nieubłaganą logiką. Niczym nie ograniczona konsumpcja prowadzi do zmian klimatu, a te z kolei doprowadzają do konfliktów, do masowych migracji, do wojen o zasoby. Przedsmak tego mamy już dzisiaj, rozkwit przyniesie kolejna dekada. A co najciekawsze, dawniej to prorocy natchnieni przez boga wieszczyli przyszłość, a dziś czynią to naukowcy, zatrwożeni wynikami swoich badań. Socjologowie i psychologowie obnażają żałosny stan naszych społeczeństw, klimatolodzy wskazują na krytyczny stan ziemskiej biosfery, a politolodzy przypominają starą formułę Clausewitza. Słowem, mamy naukowy konsensus, z którego jednak nic nie wynika. Złowieszcza inercja natury ludzkiej nie pozwala na zmiany. Carl Gustav Jung już w 1960 roku napisał: „Mimo że jesteśmy tak dumni z opanowania natury, ciągle jesteśmy jej ofiarami, ponieważ nie nauczyliśmy się nawet kontrolować samych siebie. Powoli, lecz najwyraźniej prostą drogą zmierzamy do samozagłady”. Miał na myśli zagrożenie wojną atomową i przeludnienie – jego czasy jeszcze nie były świadome zagrożeń klimatycznych – ale słowa, które wypowiedział są dziś jak najbardziej bardziej aktualne.

Na początku było o symbolu, to i tak zakończę. Symbolem pełni i całkowitości jest według przywołanego powyżej Junga czwórca, zatem by uzupełnić naszą trójcę trzeba dodać jeszcze jeden element, którym jest ostatnie i czwarte „k” – Koniec. Nim zmiany klimatyczne przetrzebią populację homo sapiens uczynimy to sami, i to o wiele bardziej skutecznie.

O miłości i władzy

Zwierzętami rządzą dwa podstawowe i całkowicie sobie przeciwstawne, bazowe instynkty: seksualny i samozachowawczy. Gdy ten pierwszy dochodzi do głosu, ten drugi idzie odstawkę. Dobrze to wie każdy, kto widział psy biegnące za suką w rui i ginące pod kołami samochodów. Gdy z kolei impuls seksualny zanika, wtedy panowanie przejmuje instynkt samozachowawczy, jak u niektórych pająków, gdy po zapłodnieniu samica zjada samca pozyskując cenne białko. W przypadku ludzi, którzy też są zwierzętami, a tylko uporczywie o tym zapominają, te dwa instynkty przejawiają się jako miłość (zawierająca seksualność) i władza (zawierająca samozachowanie). Tu również mamy do czynienia z przemiennym występowaniem tych instynktów, nie można bowiem ich obydwu doświadczać jednocześnie. Zakochani biorą to, co im się przydarza z bezwiedną rozkoszą i korzystają z impulsów, które nimi rządzą. Ale po wypaleniu się zakochania wchodzi do gry drugi instynkt i bierze te wypalone resztki w posiadanie, próbując coś z nich sklecić, co jednak przeradza się prawie zawsze w przeciwieństwo pierwszej fazy związku.

Dwa instynkty, o których tu mówię, są z filozoficznego punktu widzenia niczym innym, jak tylko dwiema fazami jednego procesu. Pierwszą fazę nazywam Hormonalnym Idealizmem, gdyż w czasie jej trwania widzimy w zwykłej osobie bóstwo, ponadludzki ideał spełniający nasze najskrytsze pragnienia. Drugą fazę nazywam Posthormonalnym Realizmem, i w niej w najlepszym razie uprawiamy, jak to Niemcy mawiają, Realpolitik. W najgorszym – toczymy nieustanne wojny podjazdowe, chociaż, jak to też pewien Niemiec mawiał, wojna to polityka uprawiana innymi środkami. W obrębie tych dwu faz rozgrywa się cała ludzka komedia Balzaka, lecz pytanie brzmi – czy możemy się wznieść do boskiej komedii Dantego?

Jest to możliwe wtedy, gdy zauważymy, że obydwie fazy tego procesu mają ten sam cel, że to postawione przed nami przez naturę zadanie do wypełnienia. Zadanie to nie jest proste, bo jak wszystko w naturze ma dwojakie, paradoksalne oblicze. Z jednej strony chodzi w nim o konsolidację naszego „ja”, a drugiej strony o jego relatywizację. Te dwie dopełniające się fazy przemiany mogą zajść tylko w konfrontacji ze wspomnianymi powyżej bazowymi instynktami, a sposobem są dwa wyzwolenia. Po raz pierwszy, gdy pomimo ekstazy zjednoczenia uda mi się zachować swoje „ja” w kontakcie z kochaną osobą. Po raz drugi, gdy w walce z nią będę o niej pamiętał jako o odrębnej osobie, mające swoje prawa i racje. Tym właśnie różnimy się od zwierząt, a raczej – możemy się różnić, jeśli uda nam się spełnić to podwójnie trudne zadanie.