Archiwa miesięczne: Październik 2018

O trybie domyślnym

W czasie badań nad mózgiem odkryto, że także wtedy, gdy mózg „odpoczywa”, gdy nie wykonuje żadnych zadań podawanych przez badaczy, stale utrzymuje się w nim pewien poziom aktywności. Jeśli nawet nic nie robimy, to neurony cały czas są aktywne, czymś się zajmują. Nazwano to trybem domyślnym działania mózgu( brain’s default mode), czyli swego rodzaju ustawieniem fabrycznym mózgu. Jego przejawy znamy bardzo dobrze, bo gdy zwykle „nic nie robimy”, to nasze myśli krążą wokół nas samych. „Czy dobrze to powiedziałem?, „Jak on mógł to zrobić”, „Ona mi się podoba”, „Jak mam jutro postąpić?” itp. itd. – tysiące myśli, a wszystkie krążą wokół „ja”. Snujemy te myśli nieustannie, tkając z nich tkankę tego, co nazywamy swoim „ja”. Wspominamy, planujemy, rozpamiętujemy, ruminujemy nieustannie (o ruminacji pisałem tu). Błądzimy myślami, nader często skupiając się na wszelkiego rodzaju lękach i potencjalnych zagrożeniach, które mogą nas spotkać. Dlatego buddyści mówią, że błądzący umysł to umysł nieszczęśliwy. Dlatego też tak sobie cenimy te chwile, gdy tryb domyślny działania naszego mózgu schodzi na plan dalszy, jak to się dzieje w chwilach intensywnych emocji, silnych przeżyć, albo wtedy gdy wchodzimy w stan przepływu (flow). Wtedy zapominamy na chwilę o sobie i dajemy sobie odetchnąć. Nasze błądzące „ja” zanika, rzeczy się po prostu dzieją.

To, co uważamy za coś najważniejszego na świecie, nasze „ja”, jest zatem tylko wynikiem aktywności podzespołów neuronalnych pracujących w trybie domyślnym, spajających myśli, uczucia, impulsy w jedną, acz jakże iluzoryczną, całość. Można by powiedzieć metaforycznie, że neurony cały czas „gadają” ze sobą, by podtrzymać nasze doświadczanie „ja”. Może to one są odpowiedzialne za głos w naszych głowach, niestrudzonego komentatora życia (pisałem o nim tu). Ta gorączkowa działalność naszego mózgu, który przez większość czasu nieustannie zajmuje się tylko samym sobą, wytwarza poczucie „ja”, nieustanie lgnącego do przyjemnych doświadczeń i unikającego nieprzyjemnych. Mózg, pożerający aż 20 procent energii pobieranej przez ciało, zajmuje się głównie tworzeniem mniej lub bardziej spójnej narracji konstytuującej to, co nazywamy „ja”. Historie, które opowiada, są wynikiem pracy mózgu „na wolnym biegu”, efektem ubocznym, czymś bez czego potrafimy sobie doskonale radzić. Podkreślają to wszystkie tradycje duchowe uważające „ja” za zbędny balast, odpowiedzialny za cierpienie doświadczane przez nas w tym świecie. Nic w tym dziwnego, gdyż „ja” to skurcz świadomości, bolesny sam w sobie. Tylko jego relatywizacja – czyli, jak to mówi buddyzm, zobaczenie pustki „ja” – daje ulgę.

Reklamy

O ciekawych czasach

Być może żyjemy rzeczywiście w ciekawych czasach – życie powstało 5 mld lat temu, za 5 mld eksplodujące Słońce ostatecznie wypali ziemię. A więc można powiedzieć, że dziś jesteśmy na kosmologicznym półmetku. Jednak z antropologicznego punktu widzenia jesteśmy na krawędzi. Życie świadome osiągnęło poziom świadomości planetarnej, wyrażający się z jednej strony w globalnej ekspansji cywilizacji technicznej, a z drugiej strony w rosnącej trosce o klimat Ziemi. Podobnie jak człowiek odczuwa swoje życie intensywniej wtedy, gdy stoi w obliczu śmiertelnego zagrożenia, tak obecnie ludzkość – niestety tylko w osobach nielicznych swoich przedstawicieli – uświadamia sobie wartość życia, każdego życia. Widziałem ostatnio wykres sugerujący, że spowodowana działalnością człowieka zagłada dzikich zwierząt (tzw. szóste wymieranie) osiągnie w roku 2026 swój kres, bo wtedy po prostu ich już nie będzie. Lwa, słonia, antylopę, tygrysa, szympansa będziemy mogli tylko zobaczyć w ścisłym rezerwacie albo w zoo. To zaiste ciekawe czasy, a czyni je takimi człowiek. Dla jednych to powód do dumy, bo są wpatrzeni w jasną technoprzyszłość ludzkości. Inni ostrzegają przed nieuchronnym kolapsem cywilizacji w ciągu dekady czy dwóch. Tym, co najbardziej ciekawe w tych ciekawych czasach to tak bliska możliwość weryfikacji rozmaitych prognoz.

W 1925 roku C.G. Jung wybrał się na długą wyprawę do Afryki, odwiedzając między innymi Kenię i Ugandę. W swoich wspomnieniach pisze, że widział „niezliczone stada zwierząt: gazele, antylopy, zebry, guźce” płynące aż po horyzont. Z typową dla człowieka Zachodu dumą podkreślił znaczenie ludzkiej świadomości, która „powołuje do istnienia obiektywy byt”, bo bez ludzkiej świadomości świat zwierzęcy byłby „nie słyszany, nie widziany, niemo żrąc, rodząc, umierając i potrząsając głową”. Jego zdaniem to ludzka świadomość nadaje sens istnieniu świata. Niestety, po prawie stu latach od czasów jego podróży już dobrze wiemy, jak bardzo ludzka świadomość okazała się być destruktywna dla owego „niezliczonego” świata fauny. Zamiast dać głos owemu „niemo żrącemu” światu zwierząt ludzie dążą do jego unicestwienia. Czy jeśli sto lat po Jungu pojedziemy do Afryki zobaczymy już tylko ludzki, aż nazbyt ludzki pejzaż – miasta, wioski, pola uprawne w miejsce dżungli i sawann oraz niezliczone farmy zwierząt hodowlanych zamiast słoni, lwów i antylop? Niestety, jest to bardzo prawdopodobne.

PS

Chińskie przysłowie tak naprawdę brzmi: „Lepiej być psem w czasie pokoju, niż człowiekiem w czasach chaosu”.