Archiwa miesięczne: Grudzień 2018

O planetarnym paragrafie 22

Na początku tego stulecia Stanisław Lem, w rozmowach ze Stanisławem Beresiem, wypowiedział profetyczne słowa: „Co będzie się działo w najbliższych dziesięcioleciach? Myślę, że dobitnie pokazują to wszystkie eksperymenty ze szczurami, którym pozwala się na swobodne rozmnażanie. Najpierw pojawia się silne pobudzenie, potem ogólne rozwścieczenie, degeneracja gruczołów nadnercza, a na końcu ataki agresji i szału. To wszystko zresztą jest widoczne już obecnie, ale nikt nie zwraca na to uwagi”. Od tego czasu minęły już prawie dwie dekady, a świat coraz bardziej przypomina eksperyment Calhouna, do którego wyraźnie nawiązywał Lem. W przypadku ludzkości dynamika tego eksperymentu jest napędzana przez dwa synergiczne czynniki. Jeden to przeludnienie, drugi to ekspansja techniki, która umożliwia nadmierne rozmnażanie się ludzi. Dobitnie tego przykładem jest sukces zielonej rewolucji, dzięki której ongiś uniknęliśmy przepowiadanej klęski głodu – ale teraz mamy miliardy do wyżywienia. Jednak, podobnie jak dwie dekady temu, prawie nikt nie zwraca dziś większej uwagi na nadchodzące zagrożenia, oprócz może paru procent populacji. Naukowcy trąbią na prawo i lewo o klimatycznym kryzysie, ale masy konsumują i mnożą się jak szalone. Cóż, argumentacja oparta na danych naukowych nie trafia do świadomości zwykłego człowieka, dopiero wstrząs sensoryczny to uczynić może, bo gdy woda chałupę takiemu podtopi, to dopiero pojmie, że coś się dzieje.

O ile przeludnienie w sposób oczywisty nawiązuje do wspomnianych powyżej szczurów, to technika i kształtowana przez nią technologiczna mentalność soteryczna, streszczająca się w powiedzeniu: „Co technika spieprzyła, technika naprawi”, jest twórczym dodatkiem ludzi do tego eksperymentu. Lem był zdania, że technologia jest rakotwórczym procesem, który przeżera tkankę kultury i doprowadzi do jej upadku. Obserwując współczesny świat, trudno się z nim nie zgodzić. Mało tego, już nie tylko kultura, ale i Ziemia w swej biologicznej egzystencji ulega technologicznej i konsumpcyjnej destrukcji. Ludzkość zamiast podjąć realne działania na rzecz ograniczenia konsumpcji energii i wzrostu populacji, próbuje się wydobyć z bagna, w które się wpakowała, acz robi to niczym sławetny baron Münchhausen, czyli głównie gadaniem. Nie dziwię się temu, bo samoograniczenie to największa herezja, zamach na podstawowe prawo ludzkości, jakim jest prawo do nieograniczonej ekspansji. Działania podejmowane przez jej przedstawicieli, a raczej ich brak, są najlepszym wyrazem patowej sytuacji. Polityczne łamańce czynione na konferencjach COP od ponad ćwierć wieku nie przyniosły żadnych, ale to żadnych, konkretnych rezultatów: emisje dwutlenku węglą rosną w najlepsze.

Słowem, tkwimy w swego rodzaju planetarnym paragrafie 22, który polega na tym, że – jako wspomniałem powyżej – tylko naoczna katastrofa klimatyczna, adekwatny wstrząs sensoryczny zapewniając, może zmienić świadomość ludzi. Jeśli jednak taka już nastąpi, to będzie za późno na zmiany świadomości, pozostanie tylko ratowanie resztek cywilizacji, albo i jeno ratowanie jednostek. Przypomnę treść owego paragrafu z powieści Josepha Hellera: „Był więc tylko jeden kruczek – paragraf 22 – który stwierdzał, że troska o własne życie w obliczu realnego i bezpośredniego zagrożenia jest dowodem zdrowia psychicznego. Orr był wariatem i mógł być zwolniony z lotów. Wystarczyło, żeby o to poprosił, ale gdyby to zrobił, nie byłby wariatem i musiałby latać nadal. Orr byłby wariatem, gdyby chciał dalej latać i byłby normalny, gdyby nie chciał, ale będąc normalny musiałby latać. Skoro latał, był wariatem i mógł nie latać; ale gdyby nie chciał latać, byłby normalny i musiałby latać”. Ludzkość jest takim Orrem i cóż, lata dalej. Nie ma innego wyjścia. Założę się o skrzynkę dobrej whisky, że ani dwa najbliższe lata, ani tym bardziej dwie najbliższe dekady nie przyniosą nic dobrego. W prawdopodobnej kolejności czekają nas dosyć niewesołe rzeczy: krach ekonomiczny, wynikły z immanentnych ograniczeń i dysfunkcji systemu kapitalistycznego; krach militarny, wzniecany brakami zasobów surowcowych i nadmiarami uchodźców; i w końcu pieczętujący wszystko krach klimatyczny. Najweselej będzie, gdy się owe krachy zbiegną się w czasie. Nie składam więc noworocznych życzeń czytelnikom mego bloga. Życzę wytrwałości i odwagi. Nie będzie dobrze.

Reklamy

Mistrz Eckhart

Trzydzieści lat temu przeczytałem Kazania Mistrza Eckharta. Ujął mnie głęboko, głównie tym, że okazał się tak bardzo niechrześcijański, tak iż zgłębiając jego pisma mogłem oddychać najczystszą atmosferą upaniszad czy buddyzmu zen. Używa żargonu chrześcijaństwa, ale sens jego sformułowań wykracza poza wszelką instytucjonalną religię. Zastanawiało mnie to, co z jego rozważań o „iskierce” boskości w człowieku było dostępne zrozumieniu słuchaczek i słuchaczy jego kazań. Na pewno nie zrozumiał go arcybiskup Heinrich von Virenburg, który w 1326 roku oskarżył Eckharta o herezję. Czyż bowiem umysł ortodoksa mógł pojąć naukę Eckharta wykładającą, że na dnie swej duszy człowiek spotyka się z bezosobowym bóstwem, „w którym jestem tym, czym byłem, kiedy jeszcze nie zaistniałem”, przebywając w swej pierwszej przyczynie, gdzie „tym, czego chciałem byłem ja, a czym byłem, chciałem; byłem wolny od Boga i od czegokolwiek”? Ortodoksyjne chrześcijaństwo musiałoby znieść samo siebie by móc zaakceptować następujące przesłanie Eckharta: „Gdy dusza jednoczy się z Bogiem, wówczas traci swą tożsamość, wchłania boga i kurczy się do nicości, jak zorza poranna, gdy wschodzi słońce”. Dusza jest obrazem Boga, a zarazem miejscem jego narodzin. Eckhart wiedział, że „Bóg staje się i przemija”, wtedy, gdy dusza go wypowiada, bo nie jest on teologicznym pojęciem, ale żywą siłą, pierwotną naturą, z której wyłania się na nowo świat. Znał także dobrze podstawową słabość chrześcijaństwa, którą ujął w dojmujących słowach: „Gdy ktoś ma całego Boga na zewnątrz, temu świat przeszkadza”. Trudno o trafniejsze ujęcie mentalnej kondycji tych, którzy wówczas, a i dziś, mienią się chrześcijanami. I jak tu nie lubić Mistrza Eckharta?

O cywilizacyjnych bombach

W roku 1964, w roku mego urodzenia, Stanisław Lem napisał: „Sądzę, że opanować trzeba nie tylko bomby A i H, ale także bombę P – eksplozji populacyjnej, niebawem – bombę I – informacyjną, i że nie można pozwolić, aby cywilizacja rosła sobie dalej jak dzikie zwierzę czy drzewo w lesie, ale należy ją okiełznać, to znaczy uregulować. Czyli że świat trzeba zmienić, by nie dopuścić do tego, aby w sposób niekontrolowany zmieniał nas samych”. Dziś, po 54 latach, widzimy, że nic z tego okiełznywania i regulowania nie wyszło. Bomby A i H dalej grożą ludzkości apokaliptyczną zagładą. Bomba P wybuchła z niepohamowaną mocą – od czasów, gdy Lem pisał swoje słowa, przybyło ponad 5 miliardów ludzi. Wybuchła także z mocą pół wieku temu nieprzewidywalną bomba informacyjna, płomieniem swym obejmując całą ludzkość wraz z pojawieniem się internetu. Dziś każdy może zaczerpnąć z niego całą wiedzę ludzkości – i jednocześnie zamieścić w nim swe najbzdurniejsze elukubracje, chore wytwory swego miałkiego umysłu. Mało tego, pojawiła się kolejna bomba – K, bomba klimatyczna, zagrażając zniszczeniem cywilizacji w przeciągu najbliższych dekad. Jest ona bezpośrednim wynikiem szóstej bomby, także oznaczonej literą K – bomby konsumpcyjnej. Konsumujemy energię, konsumujemy surowce, konsumujemy zwierzęta, a dominujący, całkowicie patologiczny system ekonomiczny, jakim jest neoliberalny kapitalizm, definiuje ludzi jako konsumentów jedynie.

I to wszystko za mego, jakże przecież krótkiego życia. Dorastałem, i żyję, w świecie, który niestety zmienia nas, a nie my jego, jak pragnął Lem. W świecie, w którym miliardy ludzi są już tylko bezwolnymi marionetkami zbiorowych procesów planetarnych. Cywilizacja rośnie, tyle, że nie przypomina to wzrostu drzewa, ale raczej degeneracyjny rozrost komórek rakowych. A to, jak wiadomo, kończy się śmiercią organizmu będącego żywicielem tych komórek. Jesteśmy gatunkiem, który przejawia ogromne tendencje suicydalne, dążącym prostą drogą do samozagłady. Mamy pomysły na energetyczny raj – od OZE po atom. Ale są one niczym innym, jak tylko projektem mającym na celu kontynuację tego, co dzieje się obecnie. To zakamuflowany bussines as usual, czyli marzenie o przeprowadzeniu cywilizacji przez obecny kryzys w stanie w miarę nienaruszonym. Śmiem twierdzić, że to się nie uda, że bez radykalnej dekonstrukcji systemu programującego teraz nasze życie nie przetrwamy. Cóż, ten kto pożera wszystko, sam będzie też kiedyś pożarty. Jedynym wyjściem byłoby nie pożeranie wszystkiego – ale czy taka propozycja może do kogokolwiek dziś przemówić?

O globalnym eksperymencie psychologicznym

Trwa globalny eksperyment z zakresu psychologii społecznej. Homo sapiens podgrzewa Ziemię i sprawdza, jak to wpływa na jego zachowanie. Psychologowie społeczni zwykle konstruują swoje eksperymenty tak, by osoby badane nie były świadome rzeczywistego celu badań. W słynnym eksperymencie Milgrama osoby badane myślały, że dotyczy on wpływu kar na pamięć, a tak naprawę badano ich stopień posłuszeństwa. Podobnie jest skonstruowany globalny eksperyment. Homo sapiens nie wie o co w nim chodzi, myśli, że zapewnia sobie lepszy byt, że buduje nową, wspaniałą cywilizację techniczną. Wzmaga konsumpcję, rozszerza obszar swoich przyjemności, jest dumny z tego, że długość życia wzrasta, a przemocy jest coraz mniej na świecie. Jednak oprócz tych oczywistych pozytywnych stron tego procesu, pojawiają się też negatywne, odsłaniające realny cel eksperymentu. Okazuje się, że Ziemia nie wytrzymuje tych pozytywnych zapędów, że rozwój cywilizacji technicznej prowadzi do zmian klimatycznych, o których informują naukowcy, którzy jeszcze kilka dekad temu – przynajmniej w większości – wiernie służyli wierze w postęp technologiczny. Mało tego, ostrzegają oni, że jeśli nie zmienimy naszych zachowań, zginiemy. Mówiąc o tym korzystają z tej samej metodologii naukowej, która dotąd tak dobrze służyła postępowi ludzkości. Po prostu liczą i podają dane. A te mówią, że rozłożyliśmy na łopatki klimat Ziemi, że praktycznie zniszczyliśmy dzikie życie, że dosłownie ugotujemy się w ciągu najbliższych dekad. Cóż, wydaje się, że homo sapiens w ramach podejmowanego przez siebie eksperymentu próbuje żyć w zupełnej niezależności od całego ekosystemu Ziemi, niezbyt sobie uświadamiając, że niszczy życie na tej planecie. A wszystko podobno po to, by żyć lepiej.

Od ponad ćwierć wieku odbywają się szczyty klimatyczne, na których tysiące ludzi próbują dojść do porozumienia odnośnie podjęcia działań mających powstrzymać katastrofę klimatyczną. Aktualnie kolejny szczyt, COP24, odbywa się w Katowicach. Ludzkość próbuje uchwalić już nie tylko „że” trzeba coś zrobić, ani „co” trzeba zarobić, ale i „jak” to zrobić. Wiemy wszelako, że efekty wszystkich poprzednich konferencji COP były marne. Po Katowicach też trudno się czegokolwiek spodziewać, oprócz przejmujących przemówień i masy papierów. Czy jest w ogóle możliwe, by drogą negocjacji wszystkie państwa na Ziemi ustaliły, iż oto radykalnie zmieniają swój sposób funkcjonowania? Że nie tylko odchodzą od paliw kopalnych, nie tylko ograniczają konsumpcję, ale przede wszystkim zmieniają system ekonomiczny, który obecnie rządzi światem, bo bez tej zmiany każda inna zmiana będzie iluzoryczna? To pytania retoryczne, a gdy się słucha polityków, nie tylko polskich, stają się one pytaniami absurdalnymi. A zostawiając na boku polityków, możemy zadać inne pytania, proste pytania do ludzi: Czy możemy odwieść miliony ludzi od niszczącej planetę turystyki? Albo od jedzenia mięsa? Czy możemy po prostu ograniczyć konsumpcję? Dla przykładu – ludność USA to 5% populacji Ziemi, a zużywa ona 25% energii na niej wytwarzanej. Każdego dnia 2 miliony Amerykanów lata krajowymi liniami lotniczymi, co oznacza około 10.000 lotów codziennie. Czy można to zmienić? Czy nie jest raczej koniecznością, by to zmienić? Bogaci muszą przestać udawać, że żyją na dwóch planetach.

Powyższe pytania prowadzą do ogólniejszej kwestii: Czy można drogą rozmów i argumentacji zmienić mentalność ludzi? Zapewne tak, wiedzą o tym na przykład dobrzy kaznodzieje i demagodzy. Jednak ta zmiana nie zawsze jest trwała, i zwykle ograniczała się do małych grup ludzkich – nikt nigdy nie zmienił sposobu myślenia całej populacji Ziemian. Owszem, zmieniała się ona w perspektywie historycznej, ale zajmowało to pokolenia, setki lat i nigdy nie była powszechna, bo do dziś możemy spotkać ludzi o mentalności jakby żywcem wyjętej ze średniowiecza. Naukowcy mówią, że mamy na zmianę przysłowiowe już 12 lat. Czasem dodają jeszcze parę lat, a niektórzy twierdzą, że pozostało już tylko heroicznie działać, by odejść z twarzą z tej planety. Globalny eksperyment jest w toku, robi się coraz ciekawiej, pojawiają się bowiem ruchy oddolne, o działających na wyobraźnię nazwach, takich jak jak Extinction Rebellion. Uczestniczymy w tym eksperymencie wszyscy, czy tego chcemy czy nie, a wspomniane ruchy wskazują, że świadomość tego, o co w tym eksperymencie chodzi, jest coraz większa. I jak w przypadku wszystkich eksperymentów, będziemy znali jego wynik dopiero wtedy, gdy się zakończy. Wszystko obecnie wskazuje na to, że będzie to koniec ludzkości takiej jaką znamy. Czy tym, którzy dziś to widzą, nie pozostanie wtedy tylko gorzka i osobliwa satysfakcja poznawcza, wynikającą z tego, że ich przewidywania się sprawdziły? Zobaczymy, co powiedzą – o ile oczywiście przeżyjemy.

O pewnym aspekcie teorii spiskowych

Zawsze się zastanawiałem, co skłania ludzi do wierzenia w teorie spiskowe. Jest tych powodów zapewne legion, co mi się bardzo podoba, bo jestem zwolennikiem koncepcji, że każde zjawisko ma genezę wieloczynnikową. Dziś chcę wspomnieć o jednym z tych czynników, mianowicie o iluzji kontroli (o której pisałem tu). Ktoś autentycznie wierzący w teorie spiskowe uznaje, że wszelkie zmiany na Ziemi to wynik działań wąskich grup ludzkich, tajemnych kręgów, czy to rządowych, czy też korporacyjnych. Wprawdzie to nie sam wierzący ma kontrolę nad czymkolwiek, bo przecież nie ma jej nawet nad swoim umysłem, ale liczy się tu tylko wiara, że taka kontrola nie tylko jest możliwa, ale i że jest rzeczywistym podłożem wielu niepokojących zjawisk.

Niedawno przeczytałem pewien tekst, typowy dla tego gatunku, w którym autor zapewniał, że poprzez kontrolę nad zasobami wody nieokreśleni „oni” doprowadzą do śmierci miliardów ludzi. Oczywiście temperament nie pozwolił autorowi tej wypowiedzi poprzestać na tym zagrożeniu– dołączył chemtrialsy, czipy i nanoroboty – cokolwiek chcecie. Istotne jest przesłanie tego tekstu, które zawiera się w jedynym zdaniu: wszystko jest pod kontrolą sprawowaną przez ludzi. Nawet jeśli oznacza to zagładę ludzkości, liczy się tylko, że to będzie zagłada kontrolowana. Jego słowa wskazywały na wyraźną wiarę w to, że lepsza „rozumna” kontrola niż jej całkowity brak.

W teoriach spiskowych w ogóle nie występuje przyroda, bo kto by się podniecał nie podlegającą kontroli asteroidą zmierzającą w kierunku Ziemi? Nigdy też teorie spiskowe nie biorą pod uwagę głupoty ludzkiej, czy to indywidualnej czy też zbiorowej. Głupota jest bowiem także poza wszelką kontrolą. Każdy, kto wierzy w jakąś teorię spiskową hołduje podstawowej iluzji kontroli, tyle że jest ona wyprojektowana na „innych”. Jakoś mnie to nie dziwi, bowiem na tej iluzji jest oparte funkcjonowanie ludzkiej świadomości, która poszukuje wszędzie przyczyn zjawisk, a jej ulubionym wyjaśnieniem jest działanie jakieś osoby. Niegdyś dominował animizm, dziś zawsze lepszy jest zamach niż katastrofa. Niegdyś byli to bogowie i duchy, dziś iluminaci, rządy i rozmaite tajne grupy. Świat, w którym żyjemy jest światem inflacji świadomości, prawdziwym przerostem formy nad treścią.