Archiwa miesięczne: Marzec 2019

O małym człowieku

Czym jest mały człowiek? Charakteryzuje go jedna podstawowa cecha – jego przemożne pragnienie umniejszania innych. Ponieważ jest mały, nie ma siły by być wielkim, ale czerpie jej surogat z pozycji, którą zajmuje hierarchii społecznej. Dlatego jego marzeniem jest kariera szefa, prezydenta, dyrektora, kapłana, przywódcy, kogokolwiek, byle tylko być przełożonym. Uwielbia być kimś, komu społeczeństwo daje władzę, bo swoje istnienie pojmuje tylko jako element systemu. Jego największy błąd w życiu polega na przekonaniu, że jest na tym stanowisku konieczny i niezbędny. Oczywiście nie przyjmuje do wiadomości, że władza jest po to, by służyć, on się do niej garnie jedynie dlatego, by poczuć się lepszym. Gdyby był wielkim człowiekiem, stałby się liderem, ale jako mały człowiek, który dochrapał się wyższego miejsca w hierarchii, uważa się za kogoś, kto rządzi tymi poniżej, a których uważa za niewolników, samemu mając duszę niewolnika. Nie prowadzi innych, nie wskazuje im rozwiązań, wprost przeciwnie – tłamsi ich po to, by samemu poczuć się większym. Jest umniejszaczem, zainteresowanym tylko władzą nad ludźmi, która jest jedynym źródłem jego poczucia wielkości. Uwielbia prześladować, nienawidzi inspirować.

Właśnie dlatego na początku postawiłem pytanie: czym jest mały człowiek? Gdybym pytał o wielkiego człowieka zapytałbym: kim jest wielki człowiek? Mały człowiek bowiem zaprzeczeniem człowieczeństwa, jest jego zdeformowaną postacią wyzbytą wszelkich ludzkich cech. Jest ożywioną rzeczą, jest „czymś” mającym tylko ludzką formę, pozbawioną ludzkich uczuć. Stoi zawsze po stronie prześladowców, nader chętnie wierząc w zbiorowe ideały, bo to tylko dzięki nim jest tym, za co się uważa. Zresztą, im bardziej w nie wierzy, tym bardziej ich nie rozumie i je zniekształca. Wielbi wolność, ale tylko w określonych granicach. Podobnie odpowiedzialność, ale tylko u innych. Swoją wszechobecnością mały człowiek tworzy ten świat, w całej jego nędzy i bezsensie. Być może uda mu się nawet go zniszczyć, w przemożnym dążeniu do bycia kimś większym i lepszym. Fiodor Dostojewski napisał kiedyś: „Jedynym zadaniem człowieka jest udowadnianie, że jest człowiekiem, a nie trybem w maszynie”. Wszelako dla małego człowieka największe szczęście i sens jego istnienia to bycie dużym trybikiem w maszynie.

Reklamy

O ostatnim locie

Niedawno przeczytałem o ciekawym zachowaniu pilotów ultranowoczesnego samolotu pasażerskiego. Zaniepokojeni tym, że samolot obniżał dziób w czasie startu, zaczęli kartkować podręcznik lotu by zrozumieć, co się dzieje. Nie znam się na pilotażu, więc może ich poczynania były całkiem normalne i tylko mnie się wydaje ekstremalnie rozpaczliwym czytanie instrukcji lotu w czasie katastrofy. Niestety ich samolot, posłuszny programowi komputera, spadł na ziemię i wszyscy zginęli. Trudno w tym zdarzeniu nie zobaczyć metafory tego, co dzieje się dziś z ludzkością. Zafascynowana techniką, pokłada w niej wszelką nadzieję, pomimo iż właśnie to rozwój technologiczny doprowadził na skraj zagłady. Czyta instrukcje obsługi, napisane przez naukowców, z których wynika dokładnie, co ma robić. Z instrukcji tych wynika, że jest już właściwie za późno na ratunek. Mimo tego nie podejmuje żadnych kroków mających przeciwdziałać katastrofie. Jest bowiem posłuszna zakodowanemu w niej programowi, autodestrukcyjnej procedurze każącej jej konsumować i rozrastać się na kształt raka na całej planecie. W ciągu roku zużywa 92 miliardy ton materiałów – żywności, metali, paliw i minerałów. Liczba ta rośnie wykładniczo w tempie 3,2% rocznie. Rozrost populacji ludzkiej jest skorelowany z ginięciem zwierząt, które obecnie zasłużyło już na miano szóstego wymierania. Cóż, ludzkość podejmuje swój ostatni lot, ufając bardziej swoim genetycznym programom niż ostrzeżeniom naukowców.

John Gray w książce Słomiane psy słusznie zauważa: „Ludzie zachowują się pod pewnymi względami jak organizmy patogeniczne, jak komórki raka, nowotworu. Wraz ze wzrostem naszej liczebności zaczęliśmy tak bardzo przeszkadzać Gai, że nasza obecność stała się zauważalnym zakłóceniem. Gatunek ludzki jest obecnie tak liczny, że stanowi poważną, planetarną chorobę. Gaja cierpi na primatemaję rozsianą – zarazę ludzką.” Niektórzy protestują przeciwko przyrównywaniu ludzkości do namnażających się komórek rakowych, jak znany ekomodernista Steven Pinker, o którym pisałem tu. Nie powinni jednak protestować przeciwko innemu porównaniu, do dziecka. Ludzkość jest zatrważająco niedojrzała, infantylna, podobna dziecku z swych zachowaniach, pięknych przez swą nieodpowiedzialność i przerażających w swoich konsekwencjach. Wyobraźmy sobie rozkosznego malucha posadzonego za sterami nowoczesnego samolotu. Dopóki pedałował na swoim trzykołowym rowerku, krzywdy ani sobie, ani innym nie mógł uczynić. Teraz jednak jego możliwości destrukcji wzrosły niepomiernie, ale mądrości mu nie przybyło. Wprost odwrotnie – dzięki swemu infantylnemu rozumkowi może teraz czynić zło na niewyobrażalną skalę. Jak to kiedyś napisał Jung, Ziemia to „a house for idiot children”.

O nudzie i biomoralności

Podobno zdolność do odczuwania nudy charakteryzuje wyłącznie ludzi i przez to czyni ich różnymi od zwierząt. Myślę jednak, że tak naprawdę nudzą się tylko umysły twórcze. To, co nazywają one nudą jest wszelako niczym innym jak okresem inkubacji nowych idei. W tym czasie ich umysł jest rzeczywiście pusty, nie wiedzą co ze sobą zrobić, a postronnym widzom wydaje się, że próbują zabić czas, walcząc z trawiącą ich nudą. To nie do końca tak, bowiem gdy świadomość się nudzi, nieświadomość pracuje. Zatem prawdziwa nuda jest koniecznym warunkiem kreatywności i jako taka ma swe pozytywne strony. Niestety nie tak jest dziś postrzegana. W opinii większości nuda jest stanem negatywnym, którego należy się jak najszybciej pozbyć poprzez dostarczenie sobie jakiejś rozrywki. Nuda jawi się wręcz jako wada moralna. Osoba odczuwająca nudę, albo inne negatywne stany umysłu, jak na przykład rozczarowanie. lęk czy smutek, odbierana jest jako gorsza moralnie niż osoba uznająca się za radosną i szczęśliwą. Takie podejście nazywa się biomoralnością, a jego imperatywem moralnym jest czucie się dobrze. Ten, kto jest zadowolony, prężny, pozytywnie nastawiony jest nie tylko produktywny, ale i ponadto czuje się lepszy moralnie. Myśli sobie tak: jestem ortorektykiem, nie mam nałogów, prowadzę zdrowy tryb życia i mam generalnie pozytywne nastawienie do życia, zatem jestem zbawiony. W tej perspektywie nudzący się człowiek – jako ułomny moralnie – ma obowiązek jak najszybciej przejść do waloryzowanego pozytywnie stanu szczęścia, entuzjazmu i ogólnego dobrego samopoczucia. Nie możemy jednak ulegać terrorowi pozytywnego nastawienia, nie możemy być posłuszni wobec policji dobrostanu nieustannego – lepiej nudźmy się twórczo!

O czasie i psychoterapii

Św. Augustyn zapisał się na zawsze w dziejach filozofii swoimi rozważaniami o czasie, zawartymi w XI księdze jego Wyznań. Książka ta jest także pierwszą w dziejach myśli Zachodu autobiografią, pierwszą próbą stworzenia opowieści o indywidualnym życiu. Nic zatem dziwnego, że pojawia się w niej kwestia czasu, który jest tkanką naszej egzystencji. Augustyn rozważając nieodpowiadalne pytanie: „czym jest czas?” dochodzi w końcu do wniosku, że „istnieją następujące trzy dziedziny czasu: obecność rzeczy minionych, obecność rzeczy teraźniejszych, obecność rzeczy przyszłych. Jakieś tego rodzaju trzy dziedziny istnieją w duszy; ale nigdzie indziej ich nie widzę”. Ta obecność to pamięć, uwaga i oczekiwanie, trzy poruszenia umysłu. To „w tobie, mój umyśle, mierzę czas” konkluduje Augustyn. Poza umysłem nie ma czasu, jest tylko zmiana. Dzięki trójdzielnemu odczuwaniu czasu ludzie mogą obejmować umysłem bieg swego życia, co jest dla nich przekleństwem, gdy cierpią z powodu pamięci zdarzeń z przeszłości i lękają się zdarzeń przyszłych. Zarazem jednak możliwe staje się coś, co nie jest dane zwierzętom – możliwość opowiedzenia całego swego życia, zintegrowania go w teraźniejszości.

Wyznania jawią się zatem jako dzieło autoterapeutyczne, podsumowujące czterdziestoletnie życie biskupa Hippony. Widać to szczególnie w zakończeniu XI księgi, gdzie Augustyn pisze, że „rozproszeniem było życie moje” i „teraz moje lata pośród szlochu płyną”. Bóg, którego odkrył, jest dla niego oparciem, i to jemu zawdzięcza, że jest teraz „nie rozproszony, ale świadomie zwrócony ku temu, co jest przede mną, a nie ku temu, co tylko nastanie i przeminie”. Słowa Augustyna są wyrazem tego, jak dzięki spójnej narracji – tu religijnej – można przekuć owo rozproszenie w sensowną teraźniejszość i uzyskać nowe podejście wobec przeszłości i, co najważniejsze, przyszłości. Współcześnie taka synteza pamięci i oczekiwań jest podstawą wszelkiej auto- i psychoterapii, w której budujemy całość swojej egzystencji z rozproszonej przeszłości i spodziewanej przyszłości, integrując „rzeczy przeszłe” i „rzeczy przyszłe” w teraźniejszości. Odbywa się to poprzez konstruowanie autobiograficznej narracji, opowiadanie na nowo sobie samemu swojego życia. Należy czynić to nieustannie, co dzień pisząc na nowo księgę swojego życia.

Z psychologii Antychrysta

Pod koniec eseju Masa i władza Elias Canetti omawia przypadek Daniela Schrebera, który opisał swoje przejścia w Pamiętnikach nerwowo chorego. Jednym z osiowych objawów paranoi Schrebera było jego przekonanie, że cała ludzkość wyginęła, a on jest jedynym prawdziwym człowiekiem, tym który przeżył. Lekarze i pielęgniarki, których widywał w klinice, byli jedynie nędznymi podróbkami. Canetti pisze: „Schreber pozostał jako jedyny przy życiu, gdyż sam tak chce. Chce być jedynym, który stoi żywy na ogromnym polu zasłanym trupami, a pole to obejmuje wszystkich innych ludzi. Schreber jawi się tu nie tylko jako paranoik; to najgłębsza skłonność właściwa każdemu ‘idealnemu’ władcy: pozostać jako ostatni przy życiu. Władca posyła innych na śmierć, by jego samego śmierć ominęła: odwraca ją od siebie. Nie tylko jest mu obojętna śmierć innych, wszystko popycha go do tego, by ją sprowadzić do skali masowej. Szczególnie często sięga po to radykalne rozwiązanie, gdy jego władza nad żyjącymi jest kwestionowana. Gdy poczuje się zagrożony, jego namiętne pragnienie, by ujrzeć wszystkich, jak leżą przed nim nieżywi, nie da się właściwie powstrzymać przez żadne racjonale względy”. Mitologiczna wyobraźnia ludzkości wytworzyła obraz takiej postaci, idealnego władcy, który będzie sycić się panowaniem nad wszystkimi ludźmi i cieszyć ich śmiercią – to Antychryst.

Od czasu pojawienia się tej idei w chrześcijaństwie za Antychrysta uważano wielu władców znanych z historii, od Nerona po Napoleona. Często też za Antychrysta uznawano instytucję papiestwa. W wieku dwudziestym tę symboliczną funkcję przejęło państwo, a pod jego koniec miejsce to zajęły ponadnarodowe korporacje. Nie chodzi mi tu jednak o parareligijne teorie spiskowe, ale o psychologię manifestującą się w tym motywie mitologicznym. Istotą psychologii Antychrysta jest absolutna władza, przejawiająca się jako pragnienie śmierci wszystkich poza nim samym. Jest to też fundament psychologii gatunku homo sapiens, opętanego przez pragnienie sprawowania kontroli nad wszystkim i za każdą cenę. W świetle obecnych zagrożeń wiszących nad ludzkością, a wynikających głównie ze zmian klimatycznych, można suicydalne tendencje ludzkości ujmować jako wyraz dominującej w niej psychologii Antychrysta. Tym Antychrystem jest dziś sama ludzkość, irracjonalnie prąca na skraj samozagłady. Czterech jeźdźców apokalipsy – przeludnienie, broń atomowa, globalna ekonomia i technologia – to siły napędowe tych tendencji. Z najbardziej klarownym przejawem psychologii Antychrysta mamy do czynienia wtedy, gdy obserwujemy zachowania wąskiej grupy najbogatszych ludzi, posiadających ponad połowę majątku całej ludzkości. To oni chcą, jak pisał Canetti, odsunąć wizję własnej zagłady przez zapewnienie sobie choćby iluzji przetrwania dostępnej dzięki pomnażaniu pieniędzy. Zdają się przy tym nie zauważać, że to zdobywanie pieniędzy jest bezpośrednią przyczyną zagłady ludzkości.

Bez względu jednak na to, czy ktoś jest bogaczem, czy biedakiem, podlega tym samym regułom psychologii Antychrysta, dążąc do władzy wszelkimi dostępnymi mu drogami. Bogaty pomnaża swe bogactwo nie zważając na samego siebie, na innych ludzi, a także na całość biosfery. Biedny powiela siebie nie zważając na skończoną objętość naszej planety. Obydwaj wprowadzają w życie w swoisty dla siebie sposób mantrę Antychrysta: Après moi, le déluge! Chcą przetrwać, czy to dzięki władzy pieniądza, czy dzięki sile ilości. Obydwaj czują się zagrożeni, reagują więc zgodnie z psychologią Antychrysta, dążąc do destrukcji w złudnym mniemaniu, że ich czyny zapewnią im przetrwanie. Chcą przetrwać, ale podejmują działania, które są przeciwskuteczne. Co chwila słyszymy wieści takie jak ta: biolodzy obserwują ginięcie owadów, tak wydawałoby się odpornych na brewerie, jakie homo sapiens wyprawia obecnie na Ziemi. Głównym big killer dla owadów jest dzisiaj sposób produkcji żywności, a kolejne to zmiany klimatu i postępująca urbanizacja. Takie wieści, coraz częstsze i odnoszące się nie tylko do wymierania gatunków, ale przede wszystkim do dramatycznych zmian klimatycznych, to podzwonne dla planety. Tylko kogo to obchodzi? Może coś robi promil populacji, czyli praktycznie nikt. Kto wie, może już wkrótce to właśnie ostatni, nieliczni przedstawiciele naszego gatunku, ukryci w podziemnych schronach, będą mogli obserwować – z pozycji Antychrysta – totalną zagładę życia?