Archiwa miesięczne: Czerwiec 2019

O rosnącej głupocie

Gwałtowny wzrost liczby ludzi, o którym pisałem tydzień temu, wywołuje jeszcze jeden efekt, który jest szczególnie interesujący – jest coraz mniej starszych ludzi, którzy muszą uczyć coraz bardziej liczną gromadę młodych ludzi. Tak jest w obszarach szczególnie dynamicznych demograficznie, jak Afryka. Tak, wiem że na przykład Europa się starzeje, ale to nie przekłada się na rosnący wpływ starych mężczyzn i kobiet na umysły młodych ludzi. Wprost przeciwnie – tempo zmian cywilizacyjnych, spowodowane w przeważającej mierze przez eksplozję technologiczną, powoduje, iż osoby starsze w tym obszarze cywilizacyjnym czują coraz bardziej niekompetentne, niekoniecznie tylko technologicznie, ale także kulturowo. Zakłóca to proces transmisji kulturowej, stanowiący o istocie naszego człowieczeństwa. Zawsze starsi mówili i uczyli młodszych, co to znaczy być człowiekiem. Obecnie ten przekaz inicjacyjny zaniknął. Mówiąc krótko – ludzkość staje się coraz głupsza, głównie emocjonalnie. Być może jesteśmy coraz bardziej inteligentni, jak twierdzą zwolennicy efektu Flynna, ale zarazem coraz mniej ogarniamy ten świat. Ów brak ogarniania dobrze pokazuje stosunek ludzi do zmian klimatycznych – niby wiedzą, intelektualnie, że jest źle, ale tak naprawdę nic nie robią.

Swoje rozumienie świata jeden starszy człowiek może przekazać tylko ograniczonej liczbie młodych ludzi. Gdy jest ich coraz więcej, pojawia się niekorzystne zjawisko, swego rodzaju „fala”. Polega ono na kształtowaniu się umysłowości młodych ludzi tylko we wzajemnym kontakcie poziomym. To patologia inicjacji. Nie mają oni dostępu do doświadczenia starszych ludzi, nie będącym tylko abstrakcyjną wiedzą ogólną, opartą na pojęciach, którą może przenosić internet, lecz wiedzą wywiedzioną z doświadczenia. Takiej wiedzy nie można przekazywać masowo, w mediach, w szkołach czy innych podobnych instytucjach. Jest ona przekazywana w bliskiej, wręcz intymnej relacji bezpośredniej pomiędzy starszym a młodszym człowiekiem. I takich relacji mamy coraz mniej. Jak napisał Robert Bly: „Nasze społeczeństwo produkuje w nadmiarze chłopców, a jednocześnie coraz mniej mężczyzn.”

Zamiast relacji mamy obecnie coraz więcej interakcji. Relacja to związek pomiędzy dwoma osobami. Czasem głębszy, czasem płytszy, ale zawsze sięgający tego, kim dany człowiek jest. W relacji z innymi ludźmi tworzy się dojrzała osobowość człowieka. Interakcja natomiast odbywa się pomiędzy rolami społecznymi, albo – jakby powiedział Jung – pomiędzy personami, maskami, które nakładamy na siebie, by móc funkcjonować w społeczeństwie. Interakcja jest sformalizowana, a tym samym głęboko nieludzka. W interakcje wchodzimy w środowisku pracy, w korporacjach, w kontaktach internetowych. Są one koniecznością w masowych społeczeństwach, w których na co dzień spotykamy setki ludzi, których nie znamy. To forma współczesnej prozopagnozji, o której pisałem tu. Niestety, dziś jakże często zamiast relacji pomiędzy starszymi a młodszymi, mamy do czynienia z interakcjami, które nie budują osobowości młodszych, a jedynie uczą ich jak grać swoją rolę w tym pustym świecie. Oznacza to, że ci młodzi ludzie stają się coraz głupsi, coraz bardziej podatni na wpływ zbiorowej świadomości. Są odcięci od zbiorowej nieświadomości, od instynktów, które są konieczne do prowadzenia sensownego życia.

O tym, ile może znieść Ziemia

Potrzebowaliśmy 200 tysięcy lat, by nasza populacja osiągnęła pierwszy miliard, który pękł około roku 1800. Ponad 7-krotne zwiększenie tej liczby zajęło nam już zaledwie 200 lat. Przez ostatnie 40 lat kolejny miliard ludzi pojawiał się na świecie co 12 lat. Gdy się urodziłem, populacja przekroczyła 2 miliardy, a teraz – ponad 7,7 miliarda. Do końca tego wieku ilość ludzi na Ziemi może sięgnąć 12 miliardów. Ale już dzisiaj jest nas więcej, niż może utrzymać system ekologiczny Ziemi, czyli korzystamy ze środowiska powyżej jego biologicznej pojemności. Świat zamieszkany przez 12 miliardów ludzi byłby zaś katastrofą tak dla człowieka, jak i dla innych gatunków.

Przeludnienie przyczynia się do zmiany klimatu, wymierania gatunków i prowadzi do poważnych problemów ekonomicznych i społecznych. Każda ludzka istota zużywa zasoby, wykorzystując środowisko w poszukiwaniu jedzenia, schronienia i komfortu. Nawet jeśli robi to mądrze i efektywnie, zużywa zasoby potrzebne innym gatunkom. Tak więc, im więcej na Ziemi przedstawicieli homo sapiens, tym gorzej dla bioróżnorodności. Dzisiaj ludzie i hodowane przez nich na mięso zwierzęta stanowią 96 % masy kręgowców lądowych. Przy obecnych tendencjach dzikie kręgowce wyginą do 2026.

Przeludnienie przyczynia się do masowego wymierania gatunków i globalnego ocieplenia, ale kontrola narodzin to nieomal temat tabu. Wchodzi tu bowiem o podstawowe ludzkie prawo do rozmnażania, o wartości rodzinne i kulturowe, jak też o ostrzeżenia ekonomistów, że spadek populacji zrujnuje gospodarkę, bo im mniej na rynku młodych pracowników, tym trudniej finansować programy socjalne i emerytalne. Powodowane tą obawą, niektóre kraje wprowadziły regulacje mające na celu wzrost, a nie spadek liczby ludności. Znasz li ten kraj?

Nie jest możliwym wyobrażenie sobie tego, co tak naprawdę dla Ziemi znaczą te miliardy ludzi. Warto podkreślić, że nie są zwykłe miliardy istot żywych, zwierząt, które Ziemia dobrze zna. Nie, to ludzie. Każdy z nich tkwi w skorupie swego ego i nie wychyla nosa poza granice swojego przetrwania, odcięty przez kulturowe schematy od otoczenia, od środowiska biologicznego, od życia samego. Ego wydaje się być całkiem niezłym pomysłem ewolucji, swego rodzaju nadrzędnym centrum decyzyjnym, sprawującym kontrolę nad skonfliktowanymi impulsami instynktowymi. Niestety ta kontrola jest tylko skuteczna wtedy, gdy ego ma jakikolwiek kontakt z tymi impulsami. Gdy tego kontaktu brak, ego staje się dla homo sapiens narzędziem autodestrukcji. Gwałtownie postępująca od początku holocenu autonomizacja ego doprowadziła właśnie do tego, czego doświadczamy obecnie, do epoki antropocenu. Ile może zatem znieść Ziemia? Wiele, ale nie ego człowieka, powielone miliardy razy.

O teście na rozumność

Kilka dni temu prowadziłem spotkanie filozoficznego klubu dyskusyjnego w Tarnowskich Górach. Tematem spotkania było globalne ocieplenie – cóż, jakie czasy, takie tematy. Ponieważ formuła klubu jest otwarta, spodziewałem się, że mogą przyjść nowe osoby i nastawiłem się na ewentualną dyskusję z tymi, którzy negują globalne ocieplenie, a tym bardziej jego antropogeniczne pochodzenie. Rozpocząłem spotkanie od przedstawienia pewnych podstawowych wiadomości i zaprezentowania swego stanowiska. Każdy czytelnik tego bloga wie, że jest ono nader pesymistyczne. Ku memu zdziwieniu z grona kilkunastu osób uczestniczących w spotkaniu nie podniosły się żadne głosy protestu. W dyskusji dominowały dwie kwestie. Pierwsza to: „Co możemy zrobić?”, a druga, już na zakończenie: „Czy może pan powiedzieć coś optymistycznego?” Trudne było zwłaszcza to drugie pytanie.

Co możemy zrobić? Możemy podnieść wykładniczo poziom świadomość zagrożeń powodowanych przez kryzys klimatyczny. Wykładniczo bowiem rosną wszelkie wskaźniki zabójczego dla Ziemi wzrostu gospodarczego i eksploatacji zasobów. Linie na wykresach pną się do góry, zbliżając się asymptotycznie do nieuchronnego kresu. Jednak zarazem wzrasta świadomość coraz większej ilości ludzi. I to możemy zrobić – budzić świadomość, nie tylko przez podawanie informacji, ale przede wszystkim przez wzbudzanie emocji. Albowiem żadna zmiana świadomości nie jest możliwa bez wpływu emocji. A za emocjami idzie działanie.

Co do optymizmu to zacytowałem Havla: „Nadzieją nie jest przekonanie, że coś się dobrze skończy, tylko pewność, że coś jest warte zachodu bez względu na ostateczny wynik.” Tak, życie całej przyrody, ludzi, nasze i naszych bliskich jest warte zachodu. Ludzkość ma wpływ na to, czy będzie ono zachowane, czy też zniknie w swej obecnej postaci. Teraz ten wpływ jest ekstremalnie negatywny. Czy to się zmieni? Czy krzywa wykładnicza wzrostu świadomości prześcignie krzywą wzrostu eksploatacji planety i konsumpcji? Przekonamy się w ciągu najbliższej dekady. Tylko na tyle optymizmu było mnie stać.

Na koniec refleksja, którą nie podzieliłem się z mymi rozmówcami, by ich nie zasmucać. Słowa Havla nie wyrażają bowiem nic innego, jak tylko główną zasadę ewolucji – każdy gatunek stara się przetrwać w obliczu zmieniających się warunków środowiska. Jeśli nie przystosuje się do zmian, ginie. Ludzie wyróżniają się jednak spośród całej ziemskiej fauny tym, że to oni sami obecnie powodują zmiany grożące zagładą ich gatunku. Nie jesteśmy homo sapiens, możemy dopiero stać się homo sapiens. Nastąpi to wtedy, gdy zdamy test, jakim jest walka z kryzysem klimatycznym. Jest to walka ludzkości samej z sobą, a zatem zwycięstwo w niej byłoby zwycięstwem najwyższym. Jednak obecne rokowania są marne, wszystko wskazuje na to, że test oblejemy.

O klimacie i starości

Nie jestem stary, mam dopiero pięćdziesiąt pięć lat, ale zdaję sobie sprawę, że z punktu widzenia dwudziestolatka – a tym bardziej dwudziestolatki – jestem stary. W normalnej sytuacji taka myśl wpędziła by mnie w lekką depresję. Ale sytuacja nie jest normalna. Znając perspektywy ludzkości, a raczej ich brak, cieszę się ze swych lat i nie zazdroszczę młodym ich młodości. Gdy będą w moim wieku świat nie będzie dobrym miejscem do życia. Wszystko wskazuje na to, że optymistyczne prognozy IPCC, dotyczące tego że mamy jedenaście lat by zapobiec katastrofie klimatycznej (eh, a rok temu było dwanaście) się nie sprawdzą. A to z bardzo prostego powodu – ludzkość in toto nic nie robi, wydaje się, że ma przyszłe pokolenia w bardzo głębokim poważaniu. Ludzie mnożą się niczym przysłowiowe króliki, konsumują jak szaleni, jakby jutra miało nie być. No właśnie – nie będzie.

Niektórzy martwią się o rosnące obecnie pokolenie, ale ono samo już zaczyna martwić się o siebie. Uosabia je Greta Thunberg. Oto jej słowa: „Chcę, żebyście wpadli w panikę. Chcę, żebyście czuli strach, który ja czuję każdego dnia. A wreszcie chcę, żebyście zaczęli działać. Chcę, żebyście zachowywali się tak, jakby nasz dom płonął. Ponieważ tak właśnie jest”. Nie zazdroszczę jej tej samoświadomości. Nie wiem jak się czuje dwudziestolatek czytający najnowsze prognozy, że cywilizacja się skończy po 2050 roku. Będzie wtedy w moim wieku, co dla niego jest raczej niewyobrażalne. Wiem tylko, że kwestia kryzysu klimatycznego staje się problemem pokoleniowym. Obecne pokolenie jest absolutnie impotentne, niezdolne zrobić nic, aby zachować zdolność do życia przyszłych pokoleń. Proponuje się wszelkiego rodzaju wyjścia z tej tragicznej sytuacji, niestety wszystkie oparte na zachowaniu cywilizacyjnego status quo, czyli nieustannej konsumpcji energii (mój ulubiony absurd to geoinżynieria). A tymczasem zapomina się o najbardziej oczywistym wyjściu – przestać żreć!

Zazdroszczę młodym tylko jednego – będą mogli zweryfikować moje pesymistyczne przewidywania. Już teraz z radością zauważam jaskółki przyszłego kryzysu, a jak czas pozwoli to może zobaczę jego bardziej rozwinięte formy. Zazdroszczę młodym tego, że będą żyli w świecie nawiedzanym przez coraz większe katastrofy klimatyczne, przez miliony uchodźców, wojny i strach, w cudnym świecie rodem z filmów postapo. Słowem, staną się naocznymi świadkami the end of civilisation as we know it. Doświadczą zatem podstawowej satysfakcji poznawczej każdego badacza – której ja raczej będę pozbawiony – polegającej na zobaczeniu, że jego model się sprawdził. Wiem, to czarny humor, ale czy w tej nienormalnej sytuacji coś innego nam pozostaje? Tylko terapia szokowa może coś zmienić.

O czarownicy i filozofie

Kim jest czarownica? Czarownicę rodzi percepcja filozofa, a konkretnie – to rozum stanowi o formie w jakiej postrzegamy czarownicę. Czarownica jest tak właściwie czarownicą tylko wobec filozofa, tworzą bowiem oni nieodłączną parę. Jednak nie jest tak, że to czarownica jest ulubionym obiektem obserwacji filozofa, raczej wdziera się ona w jego pole widzenia, jest sumą tego, czego on widzieć nie chce. Jego intelekt postrzega świat jako porządek i ład, cóż jednak z chaosem i przypadkiem, które tworzą rdzeń natury? Te elementy rzeczywistości są dlań uosobione w postaci czarownicy. Jest ona archetypem życia, a to dla filozofa, zamkniętego w bezpiecznym i poukładanym świecie intelektu, stanowi najwyższe wyzwanie.

Czarownica istniała od zawsze, ale na dobre pojawiła się i dopiekła rozumowi dopiero w epoce Renesansu. To ten czas obciążył wyobraźnię zbiorową człowieka nowożytnego skojarzeniem „polowanie na czarownice”, które tak żywo funkcjonuje w naszych umysłach do dziś. Czym zatem była wtedy czarownica, dlaczego ją prześladowano? Istnieje oczywiście wiele interpretacji tego zjawiska, socjologicznych, psychologicznych, ekonomicznych, religijnych. Jedno jest pewne, że to same prześladowania stworzyły postać czarownicy. Była ona ostatnim krzykiem natury przed jej podporządkowaniem prawom natury, które rozum ostatecznie ustalił pod koniec XVIII wieku.

Renesans odkrył naturę, odkrył także moc pragnień i wiedza magiczna, kapryśna i trudna do zdobycia, została uosobiona w postaci czarownicy. Zarazem jednak walka z czarownicami może być potraktowana jako wyraz zbiorowej neurozy, wyrastającej z poczucia winy z powodu podążania za swymi pragnieniami. W swym dziele De radiis, sive theorica magicarum artium cieszący się na Zachodzie dużą poczytnością średniowieczny filozof arabski al-Kindi stwierdził bowiem, że pragnienie człowieka jest pierwszym i najbardziej istotnym elementem umożliwiającym uzyskanie efektu magicznego. Pragnienie bowiem łączy się z obrazem upragnionej rzeczy, który człowiek nosi w duszy i to jest podstawą praktyk magicznych. Przesłanką jest tu założenie, że świat jest przedłużeniem duszy, czyli to, co na zewnątrz nas jest takie jak to, co wewnątrz, a zatem, jak powiada al-Kindi, człowiek jest podobny do świata.

Z magii korzystają ci, którzy chcą osiągnąć cel swych pragnień. Pragnienia mogą wszakże być wyższe i niższe. Niskie pragnienia krytykuje już Apolloniusz z Tiany, zarzucając, że czarów szukają zawodnicy – by zwyciężyć, kupcy – by zyskać, kochankowie – by się zespolić (Żywot, VII, 39). W Złotym ośle Apulejusza znajdujemy charakterystykę czarownicy Pamfili: „Mówią o niej, że jest we wszystkich cmentarnych zaklinaniach mistrzynią, taką co dmuchając na jakieś kamyczki, patyczki i tego rodzaju głupstewka potrafi cały ten jasny świat podgwiezdny pogrążyć w przepaściach Tartaru i w pierwotnym chaosie. A jak tylko zobaczy jakiego gładkiego chłopaka, zaraz się do jego urody pali i wraz go już ani z oka nie spuści, ani mu chucią swą nie pofolguje. Zasypuje go pieszczotami, owłada jego duszą, przykuwa do siebie więzami głębokiej miłości. Tych zasię, co mniej powolni – mniej dla niej warci – tych przemienia w mgnieniu oka w głazy i w barany; byli tacy, co ich z kretesem zamorzyła”. Taka jest magiczna moc czarownicy.

Dla myślenia magicznego nie ma różnicy między wnętrzem a zewnętrzem. Tym, co łączy te dwa światy jest pragnienie. Być człowiekiem to pragnąć, to dążyć do połączenia tego co wewnętrzne i zewnętrzne. Magia jest zatem sztuką pragnienia. Wszyscy znamy pragnienia, które nie mogą znaleźć swego spełnienia, ale nie wszyscy znamy drogi prowadzące do spełnienia, nie znamy bowiem sztuki. Hieronimus Cardano w swym dziele De varietate podkreśla, że magia rodzi się z przeobrażenia mającego miejsce albo w ciele albo w duszy. Dusza zostaje przeobrażona przez namiętności, a ciało przez okadzenia i posty.

Czarownica pojawia się tam, gdzie milczy Bóg teologów. Jest głosem natury, jest obecnością ducha w śnie materii. Reprezentuje mądrość naszych pragnień, wiedzę zawartą w chaosie życia, w niepojętym dla rozumu splocie wydarzeń. To dlatego Renesans postrzegał czarownicę jako niezależną moc, zdolną zburzyć zastany porządek bytu, porządek, który dla filozofa jest istotą świata. Zmiana, chaos, początek i koniec – to wszystko mu zagraża. Czarownica zagraża bożologicznej ekonomii świata, budowanej przez intelekt filozofa. W 1580 Jean Bodin pisał: „Światu grozi rozpad.” Oznaki tego zagrożenia widział w niepokojących zjawiskach nawiedzających jego czasy, klęskach głodu, zarazach, pomorach zwierząt, wojnach i herezjach, niezwykłych fenomenach astronomicznych. Przyczyną miały być czarownice, których niepojęta aktywność powodowała, że świat wypadał z kolein. Czarownica jest zagrożeniem dla struktury kosmosu, przemieniając go w chaos. Wobec tego niesłychanego zagrożenia już lepiej było uznać, że moc czarownicy pochodzi od diabła, by ją w ten sposób ograniczyć i włączyć do dobrze znanej, prymitywnej dialektyki chrześcijańskiej teologii. Stąd częste oskarżenia czarownic o herezję i kumanie się z diabłem albo z wężem. Czarownica jest uosobieniem buntu, bunt wobec Boga jest tym złowrogim podobieństwem, które łączy ją z diabłem. W postaci czarownicy i w diabolizacji pragnienia wyraża się dążenie do okiełznania rozumem gry namiętności. A tu filozof jest zawsze na przegranej pozycji.