Archiwa miesięczne: Lipiec 2019

O trudnej nadziei

Aktywistka, buddystka i ekofilozofka Joanna Macy napisała kiedyś: „Ten moment naszego bycia na Ziemi charakteryzuje nie fakt, że jesteśmy na drodze do zniszczenia świata – bo nie od dziś na niej jesteśmy – ale raczej fakt, że zaczynamy się budzić. Tak jakbyśmy przebudzali się z trwającego tysiąclecia snu i budowali nową relację ze światem, z samymi sobą i z innymi”. Niszczymy świat i się budzimy – czy to nie sprzeczność? Nie. Często bywa tak, że dopiero w perspektywie śmierci bliskich nam osób odnajdujemy w sobie siłę, by odnowić z nimi nasze relacje. Często także dopiero w chwili, gdy dociera do nas, że sami umrzemy, znajdujemy w sobie odwagę, by zacząć żyć. Świadomość końca naszego istnienia jest tym koniecznym impulsem, dającym chęć do życia.

Możliwe zatem, że także w skali planetarnej zachodzi to, o czym pisze Joanna Macy. Ludzkość stoi w obliczu totalnej zagłady swojego dotychczasowego sposobu życia, upadku cywilizacji. Prawdopodobieństwo katastrofy jest ogromne. I to właśnie w obliczu tego zagrożenia budzą się w – zbyt nielicznych jak dotąd – ludziach najlepsze odruchy. Szczególnie młodzi, ów odwieczny zaczyn zmian, domagają się swego prawa do przyszłości. Widzą, że to co oferują im dorośli jako ścieżkę życia, jest tak naprawdę ślepą uliczką. Myślą, jak się wyrwać spod ognia plutonu egzekucyjnego złożonego z ich rodziców. Zdradzeni przez poprzednie pokolenia budzą się. Oby im się udało. Podstawowym prawem życia jest przetrwanie i tylko w tym możemy pokładać nadzieję.

Nie wiem co przyjdzie pierwsze – przebudzenie czy zagłada. Jak na najlepszym filmie akcji emocje rosną wraz z temperaturami notowanymi w miastach Europy i świata. Ścigamy się z krzywymi wykładniczymi, które bezlitośnie pokazują jak wzrasta populacja, eksploatacja paliw kopalnych i minerałów, emisje gazów cieplarnianych, konsumpcja i zanieczyszczenia. Tak samo jest w życiu – nikt nie wie, jaki będzie jego koniec, żałosny czy godny. Niegdyś, w roku tysięcznym, prorocy przepowiadali zagładę świata, opierając swe mniemania o rojenia religijne i numerologiczne. Dziś jest inaczej, stoimy w obliczu bezlitosnych danych naukowych.

Czasu na radykalną zmianę naszego postępowania nie mamy zbyt wiele. Nawet nie słynne już 11 lat. Konkretne plany redukcji emisji CO2 muszą już być gotowe do końca 2020 r. Jeśli to się nie stanie i redukcje nie zafunkcjonują wystarczająco szybko, wówczas przekroczymy granicę bezpieczeństwa i doprowadzimy do całkowitego rozregulowania klimatu i degrengolady cywilizacji. Chciałbym na koniec przypomnieć słowa Václava Havla: „Nadzieją nie jest przekonanie, że coś się dobrze skończy, tylko pewność, że coś jest warte zachodu bez względu na ostateczny wynik”. Dziś ta nadzieja jest trudna, bardzo trudna. Ale, jak napisała Ursula Le Guin, brak nadziei to najpotężniejsze zaklęcie, które czyni z ludzi niewolników.

O wściekłości

Dzisiaj chciałem tylko przytoczyć słowa jednego z moich znajomych, który moim zdaniem dobrze, a nawet bardzo dobrze oddaje lęki i zatroskanie współczesnych, świadomych rodziców: „To moje (młodsze) dzieci – właśnie kończą 6 i 10 lat … kiedy patrzę na nie – zastanawiam się, czy uda im się dożyć mojego wieku zanim się ugotują w kotle Planeta Ziemia. I czy przed śmiercią nie zrobią klimatycznej rzezi „wołyńskiej” swoim dziadom i rodzicom za los jaki pazerni przodkowie im (dosłownie) zgotowali … przemawia przeze mnie też moja bezsilna wściekłość na taki stan rzeczy”. Buntują się dzieci (Greta Thunberg stała się tego symbolem), buntują się rodzice, a świat toczy się dalej ze śmiertelną bezwładnością. Ilu ludzi musi się wściec, by coś się zmieniło?

O dżumie

Ostatnio odświeżyłem sobie dawną, licealną jeszcze, lekturę. Tak, to Dżuma Alberta Camusa. Dotarło do mnie, że obok podsuwanych mi niegdyś interpretacji tytułową dżumę można dziś odczytywać jako metaforę kryzysu klimatycznego. Opowieść rozpoczyna się od niepokojącego obrazu szczurów umierających w mieście. Na tym etapie jesteśmy obecnie – rozmaitego rodzaju klimatyczne aberracje dają o sobie znać, naukowcy trąbią na alarm. Niestety ludzkość nie zwraca na to dostatecznej uwagi. Biznes jak zwykle trwa w najlepsze, pogrążona w bezwiednej ciemnocie ludzkość kontynuuje swe suicydalne zachowania. Jak pisze Camus: „Najbardziej rozpaczliwym występkiem jest niewiedza”. Potem jest tylko gorzej. Zaraza się rozprzestrzenia. Powieść daje nam obrazy rozmaitych reakcji ludzi postawionych w obliczu nieubłaganej konieczności śmierci. Narastają konflikty, mnożą się przesądy, ideologiczne i religijne. W powieści dżuma przemija, ale zarazem pozostaje stale obecna. Jak stwierdza Camus: „Dżuma to niekończąca się klęska”. Tarrou, jeden z bohaterów powieści, mówi: „Każdy z nas nosi w sobie dżumę, nikt bowiem, nikt na świecie nie jest od niej wolny.” Bo dżuma to dziura w piersi każdego człowieka. Tarrou proponuje wyjście z tej sytuacji, bycie świętym bez Boga. Niestety umiera. Doktor Rieux walczy z dżumą, ale jego wysiłki tak naprawdę nic nie dają. Jesteśmy zadżumieni. Zamiast serca mamy w piersi dziurę. Sami na siebie sprowadzamy dżumę, dżumę XXI wieku, która będzie bardziej śmiercionośna niż „czarna śmierć” z XIV wieku.

O inicjacji

Niedawno przeczytałem ciekawą historię. Pewien osiemnastolatek otrzymał prawo jazdy. Zapewne był zadowolony, wyobrażał sobie wiatr we włosach, odurzający pęd i dziewczyny na tylnym siedzeniu samochodu. Jego ojciec, notabene policjant, zabrał go następnego dnia do kostnicy, by zobaczył kilka ciał ofiar wypadków samochodowych. W ten sposób pokazał mu, że śmierć jest rzeczywista, że może on teraz nie tylko czerpać przyjemność z jazdy samochodem, ale też może stać się przyczyną cierpienia. Ten młody człowiek być może uświadomił sobie dwie strony dorosłości – ta pierwsza jest wspaniała, sprawcza i pełna przyjemności, a druga ciemna, prowadząca do bólu.

Można powiedzieć, że to było drastyczne. Że może ten młodzieniec mógł doświadczyć traumy. Zauważmy wszakże, że jego ojciec pokazał mu nie tylko ciemną stronę dorosłego mężczyzny, ale także to, na czym polega jego praca. A to jest najcenniejsze dla syna. Ojciec dał mu w ten sposób najważniejszy dla syna przekaz, opowiedział mu o tym, czym jest życie i jaką on pełni w tym rolę. Że jako policjant ma do czynienia ze śmiercią, i że śmierć jest rzeczywista. To samo usłyszałem kiedyś od pewnej studentki filozofii, której ojciec też był policjantem i zapytany o to, co robi w pracy, pokazał jej drastyczne zdjęcia ofiar przemocy domowej. Być może tak mają policjanci.

Inicjacje dojrzałościowe w społeczeństwach pierwotnych miały konkretny cel, służyły transformacji świadomości młodego człowieka, którą miała przejść z jej postaci egoistyczno-narcystycznej, właściwej dla dziecka, w pożyteczną dla społeczności szerszą świadomość grupową, plemienną. Rytuał inicjacyjny musiał być dojmujący emocjonalnie i fizycznie, by stanowić kontrę dla przywiązań dzieciństwa. Dzięki nim kobiety stawały się kobietami, a mężczyźni mężczyznami. Dzięki temu możliwe było stworzenie sprawnie funkcjonującej grupy ludzi. Dziś jednak nie mamy żadnych inicjacji, żadnych grup, tylko miliardy zagubionych jednostek, a świat coraz bardziej przypomina, jak to pisał Jung, a house for idiot children.