Archiwa miesięczne: Wrzesień 2019

Opowieść o Kisagotami i kryzysie klimatycznym

W tradycji buddyjskiej znajdujemy opowieść o młodej kobiecie, Kisagotami, której malutki synek, liczący sobie ledwo rok, zmarł w wyniku nagłej choroby. Zrozpaczona i zdruzgotana nie chciała go wypuścić z objęć i błądziła po wiosce, prosząc każdą napotkaną osobę o pomoc. Pragnęła by ktoś wezwał lekarza, bo nie wierzyła w śmierć swojego synka. Ludzi jej unikali i uważali za szaloną. Wreszcie ktoś jej powiedział, że w wiosce obok jest lekarz, który jej pomoże. Lekarzem tym był Budda. Kisagotami szybko dotarła do tej wioski, trzymając ciało swego synka w objęciach. Spotkała się z Buddą, a ten rzekł: „Tak, jest lek który pomoże twojemu synkowi. Ale by go otrzymać musisz najpierw przynieść trzy ziarna gorczycy z domu, w którym nikt nie umarł”. Jak można się domyślić poszukiwania Kisagotami poniosły fiasko. Od każdego domu odprawiano ją z kwitkiem, ze smutkiem konstatując śmierć kogoś, kto tam zamieszkiwał. Po wielu takich wizytach Kisagotami odłożyła wreszcie ciało swego synka, pochowała go w lesie i wróciła do Buddy. Została mniszką, gdyż zrozumiała, że wszystkie rzeczy są nietrwałe, że śmierć jest powszechnym prawem. Pojęła, że wszyscy ludzie są jak płomyki lamp, teraz płonące, a następnie gasnące.

Co ta opowieść ma wspólnego z kryzysem klimatycznym? W historii Kisagotami i jej synka znajdujemy niejakie podobieństwo do obecnej sytuacji ludzkości. Jej malutki synek jest obrazem ludzkości, która umarła, przynajmniej w swym aktualnym kształcie. Natomiast Kisagotami to też ludzkość, ta, która nie przyjmuje do wiadomości, a nawet aktywnie wypiera, fakt swojej śmierci. Kisagotami z naszej opowieści doświadczyła traumy osobistej, a dla ludzkości taką planetarną megatraumą jest cywilizacja techniczna. Oczywiście głęboką przyczyną tej traumy jest ego człowieka, które chce sprawować kontrolę nad światem, chce by był on bezpieczny i łatwy w obsłudze. To, co osiąga to jednak przeciwieństwo tych pragnień. Ale ludzkość to też Budda, który uczy akceptacji przemijania i nietrwałości. Pierwsza Szlachetna Prawda Buddy głosi, że świat jest cierpieniem. To najważniejsza nauka, bo ego to struktura mentalna, której funkcjonowanie opiera się na negowaniu cierpienia.

Wszystko wskazuje na to, że już jest za późno by ludzkość mogła sobie pomóc. Wszelkie kroki, jakie podejmuje by przeciwdziałać kryzysowi klimatycznemu, są albo spóźnione albo nieskuteczne. Jesteśmy martwi, a gorączkowe głosy denialistów klimatycznych są tego najlepszym dowodem. Czeka nas zatem nieuchronne cierpienie, cierpienie zmiany, o którym mówił Budda. Cywilizacja jest jak płomyk lampy, płonie zachwycającym blaskiem, a potem gaśnie. Lgnięcie do trwania, odczuwane przez ludzi jako przyjemność, jest główną przyczyną tego, że odczuwamy przemijanie jako bolesne. Dzisiaj bezwiedne pragnienie by bussines as usual trwał bez końca prowadzi nas do końca cywilizacji. Tak to jest, jeśli chcesz coś bardzo zatrzymać, nieuchronnie to stracisz. Ta osoba, którą tak bardzo kochasz, jest już martwa. Dopiero gdy to dotrze do ciebie, naprawdę ją docenisz i pokochasz.

O buncie młodych

Bunt jest prawem, a nawet obowiązkiem młodości. Kto za młodu się nie buntował, na starość będzie świnią, jak mawiał marszałek Piłsudski. Niegdyś, w latach sześćdziesiątych, młodzi ludzie się buntowali w imię walki z konsumpcyjnym stylem życia rodziców, protestowali przeciw całemu wyznawanemu przez starszych systemowi wartości. Ich hasłem było: „Nie wierz nikomu po trzydziestce”. Dzisiaj też się buntują. W ostatni piątek w miastach na całym świecie miliony młodych ludzi w ramach Młodzieżowego Strajku Klimatycznego wyszło na ulice. Od Islamabadu po Paryż. Inaczej jednak niż ich poprzednicy z lat sześćdziesiątych wierzą tym po trzydziestce, przede wszystkim naukowcom, którzy mówią, że przyszłość ludzkości jest zagrożona. Gdy obecny dziewiętnastolatek będzie w moim wieku to jego życie nie będzie w niczym przypominało tego, czego zaznał w swej młodości. Gdy ja miałem dziewiętnaście lat bałem się wojny jądrowej, która zresztą o mało nie wybuchła przez przypadek pod koniec września 1983 roku. Nie wybuchła, a ja przeżyłem we względnym spokoju 36 lat. Czy to będzie dane młodym? Wątpię. Wszystko wskazuje na to, że w ciągu najbliższych lat kryzys klimatyczny doprowadzi do kolapsu cywilizacji.

Jak tu się zatem nie buntować? Jak nie walczyć o życie, które nastolatkom odbierają ich rodzice? Gdybym ja dzisiaj miał dziewiętnaście lat byłbym maksymalnie wkurwiony. Życie jest procesem kontynuacji. Pokolenia następują po sobie, młodzi się pobierają i rodzą się im dzieci. Każdy chce mieć przed sobą przyszłość, a dziś stoi ona pod ogromnym znakiem zapytania. Gdy zatem młodzi się wkurwiają, wiedz, że się dzieje. Reprezentują oni życie, którego naczelnym paradygmatem jest trwanie i rozkwitanie. Starsze pokolenia, zasklepione w swoim ego, owym kulturowym chochole, wyznają filozofię „po mnie choćby potop” i mówią: „Swoje już przeżyłem i mam gdzieś moje dzieci”. Nawet określenie ich mianem świń jest zbyt łagodne. Bunt i walka o życie jest teraz obowiązkiem młodych. Oni walczą o to, co dla ich rodziców było czymś danym, zastanym i oczywistym. Walczą o swoje życie. To nie jest po prostu kolejny bunt nowego pokolenia. To początek historycznej mobilizacji całego społeczeństwa – dzięki młodym.

Giovanni Pico della Mirandola

Zapewne niezbyt wielu słyszało o takim filozofie. Ja wszelako, prowadząc na drugim roku zajęcia z historii filozofii, zawsze na początku roku czytałem ze studentami fragmenty jego Mowy o godności człowieka, napisanej w 1486 roku. Miał wtedy 23 lata, był jednym z członków Akademii Platońskiej we Florencji, inspirował się kabałą i filozofią hermetyczną. Zmarł w wieku 31 lat. Jego tekst to niesamowity manifest wolności i autokreatywności człowieka, brzmiący niezwykle współcześnie. Pico dokonuje w nim swoistej parafrazy opowieści o stworzeniu znanej nam z Księgi Rodzaju. Opisuje stworzenie świata i człowieka, wprowadzając istotną modyfikację do mitu chrześcijańskiego. Sugeruje mianowicie, że w umyśle bożym nie istniał żaden pierwowzór człowieka, żaden archetyp, wedle którego mogłoby odbyć się jego stworzenie. Cóż za heretycka i odważna sugestia – Bóg nie ma w swoim umyśle idei tego, czym jest człowiek! Powołuje więc Adama do istnienia jako „dzieło o nieokreślonym kształcie” i pozwala mu stworzyć siebie.

Mowa, którą wygłasza Bóg do Adama jest wyrazem wiary w potęgę ludzkiej wyobraźni. To dzięki wyobraźni człowiek zyskuje wolność polegającą na mocy kreowania własnej natury: „Nie wyznaczam ci, Adamie, ani określonej siedziby, ani własnego oblicza, ani też nie daję ci żadnej swoistej funkcji, ażebyś jakiejkolwiek siedziby, jakiegokolwiek oblicza lub jakiejkolwiek funkcji zapragniesz, wszystko to posiadał zgodnie ze swoim życzeniem i swoją wolą. Natura wszystkich istot została określona i zawiera się w granicach przez nas ustanowionych. Ciebie zaś, nieskrępowanego żadnymi ograniczeniami, oddaję w twoje własne ręce, abyś swą naturę sam sobie określił, zgodnie z twoją wolą. Umieściłem cię pośrodku świata, abyś tym łatwiej mógł obserwować wszystko, co się w świecie dzieje. Nie uczyniłem cię ani istota niebiańską, ani ziemską, ani śmiertelną, ani nieśmiertelną, abyś jako swobodny i godny siebie twórca i rzeźbiarz sam sobie nadał taki kształt, jaki zechcesz. Będziesz mógł degenerować się i staczać do rzędu zwierząt; i będziesz mógł odradzać się i mocą swego ducha wznosić się do rzędu istot boskich.”

Adam, do którego zwraca się tu Bóg to oczywiście Praczłowiek, Anthropos hermetyzmu, albo Adam Kadmon kabały, archetyp człowieka, pleromatyczny byt zawierający w sobie wszystkie potencjalności właściwe całemu gatunkowi ludzkiemu. Jest bytem nieokreślonym, ale właśnie dzięki temu może stać się wszystkim. I to jest najważniejsze przesłanie renesansowego filozofa, jedno z podstawowych źródeł współczesnego indywidualizmu. Dziś mówimy o samorealizacji, indywiduacji, byciu sobą itd., itp. Warto pamiętać, że te koncepcje mają swe dawne źródła.

O energii jądrowej

Tytuł powinien być dłuższy, bo tak naprawdę będę pisał o zwolennikach i przeciwnikach energii jądrowej. Ale ponieważ lubię zwięzłe sformułowania, więc pozostańmy przy nim. Zwolennicy energii jądrowej mówią, że dekarbonizacja w oparciu o OZE z wykluczaniem atomu jest całkowitą fikcją, czystym mitem. Gdy zbudujemy elektrownie atomowe, to będzie bardziej racjonalnie, bo będziemy mieć w miarę czystą – na dziś – energię. I uratujemy aktualny stan naszej cywilizacji, czyli będziemy mogli zużywać tyle energii jak dotychczas. Jak miło. Chociaż, szczerze mówiąc, przypomina mi to bardziej odkładanie wizyty u dentysty, czyli konsumujmy jak dotąd, a potem zobaczymy. Przeciwnicy wskazują na zagrożenia związane z użytkowaniem elektrowni atomowych, takie jak odpady, koszty i potencjalne zagrożenia terrorystyczne czy związane z katastrofami naturalnymi (przypadek Fukushimy). I poza tym elektrownie atomowe są brzydkie, jak wszystkie zresztą elektrownie. Argumenty przetaczają się na Facebooku na lewo i prawo, jak rosyjskie i niemieckie czołgi pod Kurskiem.

Ja nie zabieram głosu w tych dyskusjach, bo, z jednej strony, neofici atomu są zaiste jak świeża, zielona trawa, i widzą tylko pozytywy. Przeciwnicy natomiast, z drugiej strony, tkwią w dobrze obudowanych od lat okopach mentalnych. Nie jestem zwolennikiem wybudowania w Polsce iluś tam elektrowni atomowych – co zresztą jest raczej niemożliwe – ale być może bym się przekonał do tego, gdyby nie Popper. On zawsze mówił, że teoria wtedy zasługuje na miano naukowej, gdy przewiduje swoją falsyfikację. A zwolennicy elektrowni atomowych zawsze tylko wysuwają argumenty za ich budową, a nigdy przeciw. A ja, gdyby jakiś ZWOLENNIK energii jądrowej podał mi podał szereg argumentów PRZECIW niej, to bym się do może niej przekonał. Dopuszczam taką możliwość, jestem bowiem przekorny, jak byk Miltona Ericksona.

O wojnach

Osiemdziesiąt lat temu wybuchła II wojna światowa. Ludzkość, zaszokowana okropnościami I wojny światowej uważała, że była ona ostatnią z wojen. Jakże się myliła. Mnie podoba się koncepcja, że I wojna światowa, pełen chaosu i narastania ideologii okres międzywojenny i II wojna to swego rodzaju kolejna wojna trzydziestoletnia, którą tym razem rozlała się na cały świat. Nazwano ją największą katastrofą nowożytnej Europy. Moje pokolenie ma szczęście – od ponad siedemdziesięciu lat w Europie (przynajmniej Zachodniej) trwa pokój, ba!, zdążyli już narodzić się i umrzeć ludzie nie znający wojny. Ale wszystko ma swój koniec, szczególnie dobre rzeczy.

Kiedyś wojny toczono o dostęp od bogactw naturalnych. W dzisiejszych czasach wojny będą toczne z powodu braku tych bogactw. Weźmy jako przykład coś tak oczywistego i dostępnego dla nas jak woda. Światowa Organizacja Zdrowia szacuje, że już dziś ponad 2 miliardy ludzi ma utrudniony dostęp do wody pitnej. Ciężko nawet sobie wyobrazić funkcjonowanie społeczeństw w warunkach niedoboru tego absolutnie podstawowego zasobu. Kryzys klimatyczny już teraz jest wyzwalaczem konfliktów zbrojnych, jak to pokazuje przykład Syrii. Pentagon głosi, że zagraża on bezpieczeństwu narodowemu Stanów Zjednoczonych. Zarzewiem katastrofy będzie też oczekiwany już wkrótce globalny kryzys ekonomiczny. Obecnie, na przykład w Afryce, istnieją tzw. państwa upadłe. Możliwe, że ów regres społeczeństw państwowych rozciągnie się na całość planety.

Ponadto, ludzie tak naprawdę nie lubią pokoju. Dla mnie w kwestii genezy wojen najistotniejszy jest czynnik psychologiczny – wojny są zakorzenione w naturze człowieka. Koniec wojen może nastąpić tylko z końcem ludzkości. Zbyt długi okres gnuśnego pokoju wyzwala w ludziach najgorsze instynkty. Jak pisał C.G. Jung: „Przecież to nic innego, jak tylko psyche ludzka wszczyna i toczy wojny, a nie świadomość człowieka. Świadomość lęka się, ale nieświadomość, w której zawierają się zarówno dziedzictwo epoki barbarzyństwa, jak i duchowe dążenia praojców, powiada człowiekowi: ‚Już czas na wojnę. Już czas zabijać i niszczyć!’ I człowiek słucha tego głosu”. A siedemdziesiąt lat pokoju to aż nazbyt długo.