Archiwa miesięczne: Październik 2019

O biblijnych podstawach kryzysu klimatycznego

Nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że słynne słowa z Biblii o „czynieniu sobie ziemi podaną” padają w niej dwa razy. Po raz pierwszy na początku Księgi Rodzaju (1,28): „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi”. No, niezbyt miło, ale już w kolejnym wersie mamy: „Oto wam daję wszelką roślinę przynoszącą ziarno po całej ziemi i wszelkie drzewo, którego owoc ma w sobie nasienie: dla was będą one pokarmem”. Jest więc kontekst wegetariański, jak najbardziej zgodny z obecnymi zaleceniami, by jednym ze sposobów ratowania Ziemi przed kryzysem klimatycznym uczynić wegetarianizm właśnie. Dlaczego? Ano dlatego, że obliczono biomasę kręgowców chodzących obecnie po Ziemi. 67 proc. to zwierzęta hodowlane, 30 proc. to ludzie, a zaledwie 3 proc. to dzikie kręgowce. Zatem na naszej kochanej planecie żyją dziś głównie krowy, świnie, ludzie i trochę kurczaków. Ponadto, przemysłowa hodowla zwierząt przyczynia się do 18% emisji dwutlenku węgla. Zaiste, władamy planetą, powodując szóste wymieranie gatunków. Skromnie licząc, kilka gatunków wymiera co godzinę.

A skąd wynika owo „władanie”? Otóż jest drugie miejsce, gdzie te słowa się pojawiają w Biblii, i to z pewną istotną modyfikacją. Po potopie Bóg, zawierając przymierze z Noem, mówi: „Bądźcie płodni i mnóżcie się, abyście zaludnili ziemię. Wszelkie zaś zwierzę na ziemi i wszelki ptactwo powietrzne niechaj się was boi i lęka (?). Wszystko, co się porusza na ziemi i wszystkie ryby morskie zostały wam oddane we władanie. Wszystko, co się porusza i żyje, jest przeznaczone dla was na pokarm(!), tak jak rośliny zielone, daję wam wszystko” (Rdz 9,1-3). Te słowa, oprócz tego, że są gargantuiczną manifestacją pychy homo sapiens, wskazują na ważną różnicę zdań pomiędzy ich autorami. Nie można zaprzeczyć, że cywilizacja ziemska poszła za drugim autorem, namiętnie rozkoszując się konsumpcją wysokoenergetycznego białka zwierzęcego, jak również destrukcyjną eksploatacją wszelkich zasobów Ziemi.

Nie twierdzę, że owe miliony ludzi, które przez ponad dwa tysiące lat czytały Biblię, są ofiarami zawartej w niej ideologii. Nie, jest wprost odwrotnie – to najniższe instynkty ludzkości znalazły w biblijnych tekstach swój wyraz i usprawiedliwienie. I u wielu znajdują do dziś. A najniższym z owych instynktów jest pragnienie władzy, kontroli, dominacji. Jednak, kto chce władać, upadnie; kto chce kontrolować, napotka chaos w swoim życiu; kto chce dominować, zostanie poniżony. I to się obecnie dzieje w ogólnoplanetarnym wymiarze z całą ludzkością. Bez wątpienia jedną z przyczyn obecnego kryzysu klimatycznego jest nieobecność w Biblii heraklitejskiej i taoistycznej wiedzy o biegunowości przeciwieństw i ich wzajemnym przenikaniu się. Ten wywodzący się źródłowo z dualistycznego i antropocentrycznego judaizmu brak mądrości istotnie przyczynia się do obecnego załamywania się ludzkiej cywilizacji.

O trzecim wniosku Sokratesa

Sokrates, archetypowy filozof, a zarazem mistrz ironii. Nic nie pisał, jego jedyną działalnością było dialogowanie, w którym badał wiedzę rozmówców. Obnażał ich wiedzę intelektualną, opartą na zmyślnej żonglerce pojęć. Na zarzuty, że czym innym jest wiedza dotycząca na przykład sprawiedliwości, a czym innym samo postępowanie sprawiedliwe Sokrates odpowiadał, że nie chodzi mu o wiedzę, z której nie wypływa adekwatne do niej działanie. Jeżeli ktoś twierdzi, że wie, co to jest sprawiedliwość, a nie postępuje sprawiedliwie, znaczy to, że tak naprawdę nie wie, czym jest sprawiedliwość. Wedle jego podejścia tylko taka wiedza jest cnotą, czyli tym, co stanowi o charakterze i działaniu człowieka.

Pierwszym wnioskiem, który się tu nasuwa jest bardzo mocne obstawanie samego Sokratesa przy tezie, że cnoty można się nauczyć. Znaczy to, że w przeciwieństwie do swoich greckich poprzedników uznawał zasadność zabiegów dydaktycznych prowadzących do poprawy moralnej jednostki. Można nauczyć się być sprawiedliwym, uczciwym, dobrym i odważnym, i jest tak dlatego, że można przyswoić sobie wiedzę o tych zaletach etycznych i wcielić ją w życie. Znaczy to też, że cnota nie jest wrodzona i nie przynależy niejako z urodzenia tylko do określonych grup społecznych. Tezą tą Sokrates pokazywał swoje demokratyczne podejście do tej problematyki – mimo, że uważa się go powszechnie za osobnika o nastawieniu raczej arystokratycznym. Najprawdopodobniej, zważywszy na to że Sokrates na równi przeciwstawiał się zarówno demokracji, jak i tyranii wtedy, gdy jedna i druga władza była nielegalna, jego osobiste stanowisko było ponad tymi przeciwstawieniami politycznymi. Zwraca na to uwagę zwłaszcza Bertrand Russell w swoim omówieniu poglądów Sokratesa.

Drugi wniosek jaki się nasuwa, to ten, że cnota w rozumieniu Sokratesa jest jedna. Wszystkie poszczególne cnoty, jakie możemy wymienić są bowiem tylko jednym i tym samym – są wiedzą, która jedynie za swój przedmiot ma taką lub inną dziedzinę życia. A zatem można wywnioskować, że z powodu tej jedności istnieje dziedzina nauki, która może podjąć się moralnego kształcenia jednostki – jest to filozofia, taka jaką uprawiał Sokrates.

Trzeci wniosek jest niepokojący i zarazem najbardziej ważny, gdyż wydaje się prowadzić do zadziwiającego paradoksu. W dialogu Hippiasz mniejszy Sokrates dowodzi tezy zaskakującej, całkowicie sprzecznej z powszechnym poczuciem moralnym. Teza ta głosi, że lepszy jest ten, kto zły czyn popełnia świadomie, niż ten kto źle czyni nieświadomie, albo jeszcze drastyczniej to ujmując: dobry człowiek popełnia zło świadomie, a zły nieświadomie! Ta paradoksalna teza jest konsekwencją przyjęcia tożsamości wiedzy i dobra, która to tożsamość prowadzi do narzucającego się wniosku: być dobrym to zawsze wiedzieć, co się czyni, bez względu na wartość moralną czynu, albo jeszcze dokładniej – wartość moralna czynu jest określona przez poziom wiedzy, czyli świadomości jednostki. W znaczeniu praktycznym, czyli w życiu politycznym teza ta oznacza skrajny elitaryzm, który głosi że dobre jest to, co ja uznam za dobre, nawet jeżeli głos większości będzie twierdził inaczej. Albowiem to ja dysponuję wiedzą i ona jest moim absolutnym punktem odniesienia.

Tokarczuk, Gandhi i przemoc

Olga Tokarczuk otrzymała literacką nagrodę Nobla. Czytałem – nie raz – wszystkie jej książki. Jak zawsze bywa z mym ulubionym autorem, jedne mi się podobały bardziej, inne mniej. Ale każda coś mi dawała. Szczególnie owa „ekoterrystyczna” powieść-kryminał Prowadź swój pług przez kości umarłych. Ta książka to medytacja nad nader trudnymi pytaniami. Czy można zabijać w imię ochrony życia? Jak daleko może zajść nasze działanie w imię słusznych – wedle nas – postulatów i wedle naszej najlepszej wiedzy? Warto sobie odpowiedzieć na te pytania w kontekście nie tylko walki z myśliwymi, jak to jest w powieści, ale też w kontekście obecnego kryzysu klimatycznego. Działania ruchów typu Extinction Rebellion są pokojowe, nieomal w duchu satjagrahy Gandhiego. Czy jednak nie może się to zmienić? Czy za parę lat nie będą konieczne działania bardziej drastyczne? Gandhi nie głosił idei niesprzeciwiania się złu, ale domagał się nieustępliwej walki ze złem. Protest przeciwko własnej krzywdzie uważał za obowiązek moralny. Nie zalecał nienawiści do tego, kto mnie krzywdzi, ale stanowcze działanie prowadzące do tego, by go powstrzymać. Jednak, inaczej niż bohaterka powieści Tokarczuk, Janina Duszejko, nie był zwolennikiem zabijania ludzi.

Ja nie jestem jednak ani hinduistą, ani chrześcijaninem. Nie uważam, że walcząc z kimś staję się takim jak on. Rządy, korporacje aktywnie działają na rzecz zabijania nie tylko ludzi, ale całej ludzkości. Trzeba im się przeciwstawić wszelkimi sposobami. Myślę, że czasem sam bieg zdarzeń doprowadzi do tego, że pojawią się bardzo gwałtowne działania. Czy będą one rezultatem rozpaczy wielu ludzi, czy desperacji jednostek? Zapewne jedno i drugie. Taki może być wynik odreagowania emocji w obliczu kryzysu klimatycznego. Ja osobiście jestem zdania, że działanie powinno być adekwatne do zagrożenia. Gdy ktoś celuje do twej żony i dziecka z pistoletu, musisz go zabić. To prosta sytuacja. Ale co zrobić z ludźmi, którzy niszczą planetę, świadomie lub bezwiednie? Edukować? To zbyt długi proces, jestem jak najbardziej za, ale czas nas goni. Nie mamy oporów by zabić wściekłego psa, który chce nas ugryźć. Wobec ludzi mamy opory, bo jesteśmy „humanistami”. Ja nie jestem humanistą.

O Kartezjuszu

Gdy ćwierć wieku temu rozpoczynałem pracę na uniwersytecie mój szef powiedział, że będę prowadził zajęcia na drugim roku, filozofię nowożytną. Prawie pół semestru miałem przeznaczyć na czytanie Kartezjusza. Nie był to mój ulubiony filozof, ale cóż, jak to sentencjonalnie rzekł mój starszy kolega: „Nie odmawia się dwóm rodzajom osób – pryncypałowi i zakochanej kobiecie”. W pełni się z tym zgadzam. Zatem czytaliśmy Medytacje o pierwszej filozofii przez długie tygodnie. Jak się okazuje, nie był to czas stracony. Dzięki tym zajęciom poznałem u źródła mentalność epoki nowożytnej, która wywarła tak negatywny wpływ na wszystkie kolejne wieki. Szczególnie upodobałem sobie pewne zdanie z Medytacji, gdy Kartezjusz odkrywa, że koniecznie istnieje (ego sum), bo nawet duch złośliwy (genius malignus), który mógłby go zwodzić, tym samym potwierdza jego istnienie. Pisze potem: „Jednakże jeszcze niedostatecznie rozumiem, kim jestem ja sam, który teraz już koniecznie istnieję”. Jak dobrze wiemy, jego tok myślenia doprowadza go do konkluzji, że jest myśleniem (cogito ergo sum), nieszczęśnie utożsamiając myślenie ze świadomością. Ale w tym momencie, gdy jeszcze nie wiedział kim jest, otwarła się przed nim szczelina istnienia. Mógłby w niej ujrzeć, że nie jest myśleniem, mógł utwierdzić swój byt poza myśleniem. Niestety tak się nie stało.

W buddyjskiej metaforze myśli porównuje się do obłoków, a sam umysł do przejrzystego, błękitnego nieba. Kartezjusz skupił się na obłokach, podobnie jak prawie wszyscy ludzie, zagubieni w swoim myśleniu, utożsamiający się ze strumieniem słów, obrazów i emocji, nieustannie płynącym w świadomości. Błędnie uważają, że są tym strumieniem. A wystarczy usiąść, wsłuchać się w dźwięki, objąć macierzyńską uwagą to, co pojawia się w umyśle. Medytować. Szybko wtedy zobaczymy, że nie jesteśmy naszymi myślami, odczujemy przestrzeń, w której się one pojawiają. Medytacja pozwala nam zmienić perspektywę i obserwować myśli jako przedmiot, nie czyniąc z nich podmiotu. Myśli to w większości bełkot ego, który możemy wyciszyć i pozwolić im płynąć obok. Szkoda, że Kartezjusz tego nie zauważył. Można sobie wyobrazić jakąś alternatywną rzeczywistość, w której Kartezjusz nie rejteruje przed pustką swojej świadomości i kładzie filozoficzne podwaliny pod całkiem inną cywilizację.