Archiwa miesięczne: Grudzień 2019

O -izmach

Ostatnio wielu wzburzyła wypowiedź abp. Jędraszewskiego o tym, że ekologizm to zagrożenie dla opartej na Biblii moralności i ideologia totalitarna. Zostawiam na boku wątek biblijny, bo już kiedyś o nim pisałem (tu). Szczególnie zainteresował mnie termin, który w swoich medialnych elukubracjach użył Jędraszewski, czyli ekologizm. Ten wybór językowy to oczywista próba uczynienia z ekologii kwestii czysto ideologicznej. Mamy przecież kapitalizm, socjalizm, faszyzm, kolonializm, rasizm, patriarchalizm, seksizm i dziesiątki innych -izmów, to dlaczego nie ekologizm? Nie dziwi mnie, że słowa tego użył przedstawiciel chrześcjianizmu ( bo przecież nie chrześcijaństwa), traktujący swoje poglądy jako ideologię właśnie. W głowach takich jak on ideologów nie ma bowiem ani śladu myśli, są tylko różne -izmy, liczmany będące ubogimi surogatami refleksji.

Ta mentalna choroba nie zaczęła się dziś, trwa od wieków. Rozmaite -izmy zawirusowały ludzkie umysły co najmniej od epoki Oświecenia, odbierając im zdolność myślenia. Jak mawiał Jung, miejsce bogów zajęły dziś konglomeraty pojęć, wtórnych wobec jakiegoś fundamentalnego przekonania, rządzącego umysłem wyznawcy. Każde takie przekonanie wydaje się być ufundowane na jakiejś wartości. Wszystkie -izmy służą jednak tak naprawdę tylko jednej „wartości”, a jest nią egoizm albo, bardziej podniośle, wola mocy. Czegóż więc innego oczekiwać po funkcjonariuszu arcyziemskiej instytucji, jaką jest kościół katolicki, niż właśnie używania -izmów? Służą mu one jako broń do zwalczania innych poglądów. Sam funkcjonariusz zdaje się nie zauważać, że jego własne słowa, napuszony doktrynalny żargon, to nic innego jak pseudointelektualne uzasadnienie istnienia i działań jego macierzystej instytucji, to tylko teksty budujące markę (brand) jego firmy. Korporacja religijna, jaką jest kościół katolicki, dzięki swej doktrynie podbudowuje swoją władzę polityczną, co jest jej jedynym celem. Już Adam Smith pisał: „Duchowieństwo każdego kościoła oficjalnego tworzy ogromną korporację”. Kościół katolicki to najpotężniejsza korporacja świata, zatrudniająca ponad 4,2 miliony pracowników.

Rozmaite -izmy są wyrazem zubożonej i jednostronnej świadomości współczesnego człowieka masowego, są sloganami, pasożytami umysłu, dzięki którym instytucje wprowadzają swoich członków w stan ograniczonej poczytalności, tym samym ich infantylizując, odrywając od rzeczywistości. Są niczym koszmarny sen owładający człowiekiem. Kontakt z rzeczywistością jest zastępowany przez iluzoryczną wiarę w jakąś ideologię. Dlatego człowiek masowy z ogromną chęcią znajduje w nich schronienie. A ideologom propagowanie swojego ulubionego -izmu daje władzę nad owieczkami. Chciałoby się tu przytoczyć przysłowie, zapewne ulubione dla rozmaitego sortu Jędraszewskich – i wilk syty i owca cała. Jednak w obecnej sytuacji zagrożenia klimatycznego takie praktyki ideologiczne są niczym innym jak kolejną cegiełką do końca ludzkości. Moim zdaniem jest to cegiełka najważniejsza. Ten świat wykończy egoiczne ograniczenie mentalne zwane potocznie głupotą, przybrane we wzniosłe słowa jakiegoś -izmu. Może jakiś geniusz pokroju Jędraszewskiego wymyśli na przykład naukowizm?

O transformacji rozpaczy

Ponad 150 lat temu Henry David Thoreau, przebywając w swej samotni  nad stawem Walden, napisał: „Większość ludzi prowadzi życie w cichej rozpaczy”. Dziś jego słowa są nie tylko ciągle aktualne, ile jeszcze bardziej prawdziwe. Dziś brak nam bowiem jeszcze bardziej tej podstawowej mądrości, którą ludzkość od zawsze czerpała z filozofii, a jak dodaje Thoreau: „Mądrość wyklucza kierowanie się w życiu rozpaczą”. Ale, jak zauważa Jean Paul Sartre: „Życie ludzkie zaczyna się po tamtej stronie rozpaczy”. A jeśli tak, co czym jest ono przedtem? Czyż nie jest obietnicą, że rozpacz nas nigdy nie dosięgnie? To wieczna obietnica płaskich religii i ideologii, które istnieją po to, by chronić swych wyznawców przed rozpaczą codzienności. Trzeba przejść przez rozpacz, by żyć. To, że w naszych czasach coraz więcej ludzi doświadcza rozpaczy rodzi zatem nadzieję. Jest to nadzieja na to, że ludzkość zacznie żyć prawdziwie. William James radził podobno osobom chcącym popełnić samobójstwo: „Najpierw przeczytaj jutrzejszą gazetę”. Czy dziś, w epoce internetu, wezwanie to ma jeszcze jakiś sens? Dziś zawołaniem jest wszak: „Wszystko teraz!” Rozpacz nie jest jednak stanem końcowym, ale punktem wyjścia. Dziś wielu ludzi rozpacza z powodu stanu naszej planety i tego, co z nią robią ludzie. Nie kierujmy się rozpaczą, ale rozpaczajmy, bo uczucia są jedynym sposobem transformacji naszej świadomości.

O mądrych kobietach

Olga Tokarczuk jest mądrą kobietą. Od ponad ćwierć wieku czytam jej książki, miałem okazję słuchać jej na spotkaniach autorskich, a teraz mogłem posłuchać jej fenomenalnej mowy noblowskiej. Mądrość to połączenie intelektu i uczuć, jak mówi Carl Gustav Jung, dobrze znany naszej noblistce. Owo połączenie zauważam nieustannie w jej książkach i wypowiedziach. Olga Tokarczuk jest dla mnie mądrą kobietą także ze względu na jej głębokie zaangażowanie w sprawy ekologii. Podsumowując swoją mowę noblowską powiedziała:„Wierzę, że muszę opowiadać tak, jakby świat był żywą, nieustannie stawającą się na naszych oczach jednością, a my jego – jednocześnie małą i potężną – częścią”. Te słowa to genialne podsumowanie głębokiej ekologii w jednym zdaniu. Świat jest żywy, bo jest jednością, jak każdy organizm. Człowiek jest częścią tego świata, małą jako jednostka, wręcz nieistotną, ale jako gatunek potężną. Głęboka ekologia daje nam takie widzenie świata, w którym potęga człowieka objawia się jako jego koegzystencja z całością życia.

Niestety dziś owa potęga manifestuje się tylko negatywnie, jako zdolność do samozagłady ludzkiej cywilizacji. A przecież można sobie wyobrazić ludzi nie jako niszczycieli samych siebie i całej przyrody, ale jako strażników i opiekunów świata. Tak by mogło być, gdyby byli mądrzy. Mają potencjał ku temu, niestety go nie wykorzystują. Najbardziej predysponowane do rozwinięcia tego potencjału mądrości są obecnie kobiety, łączące w sobie najdoskonalej inteligencję i uczucia – czy, jak mówi noblistka, czułość – co czyni je naturalnymi dzierżycielkami życia i istnienia. One wiedzą, jak słuchać świata i jak czerpać z tego słuchania mądrość. Mają zdolność do pielęgnowania wiedzy relacyjnej, charakteryzującej rozwiniętą kobiecość. Dlatego przyszłość należy do mądrych kobiet, czułych, ale też silnych w swoich poglądach i wiedzy. Ba! Nie tylko do nich należy, ale także od nich zależy, bo bez ich mądrości, bez czułości i rozumnej wiedzy relacyjnej nie przetrwamy. Tylko one mogą nam dać opowieść, która da ludzkości siłę nawet nie tyle do przetrwania, co do przezwyciężenia samej siebie.

O fantomatycznej maszynie świata

„Co jest realne? Jak zdefiniujesz rzeczywistość? Jeśli masz na myśli zmysły – to co czujesz, smakujesz, wąchasz lub widzisz – są to jedynie elektryczne sygnały interpretowane przez mózg” – w ten sposób Morfeusz wyjaśnia Neo względność pojęcia rzeczywistości w pierwszej części filmu Matrix. Stawiając tak sprawę Morfeusz okazuje się być zwolennikiem popularnej w filozofii nowożytnej koncepcji, zwanej teorią danych zmysłowych. Co najmniej od czasów Kartezjusza panuje bowiem w filozofii przekonanie, że bezpośrednio dane są naszej świadomości tylko idee, impresje czy też przedstawienia, że nie poznajemy świata zewnętrznego, który pozostaje dla nas na zawsze ukryty za zasłoną z idei, jak to ujął Richard Rorty.

Neurobiolodzy wskazują, że tworzony przez mózg obraz rzeczywistości nie jest wiernym odwzorowaniem świata, którego mózg ma być częścią. Nie chodzi tu tylko o rozmaitego rodzaju złudzenia zmysłowe i błędy percepcyjne, a raczej o to, że uświadamiamy sobie jedynie pewien wycinek świata zewnętrznego, że nasze zmysły dostarczają nam na raczej obrazów będących metaforami działania, niż odwzorowujących rzeczywistość. Rzecz dotyczy bowiem najbardziej podstawowego poziomu funkcjonowania ludzkiego umysłu i jego ewolucyjnego sukcesu. Na czym polega ewolucyjna skuteczność świadomości? Bez wątpienia wynika ona z jej kontrakcyjnego charakteru, czyli z jej umiejętności wybierania i następnie „streszczania” danych docierających z zewnątrz w porcje skodyfikowanych informacji zwanych danymi zmysłowymi. Świadomość operuje na nich, na wąskich fragmentach spektrów optycznych, dźwiękowych, zapachowych, smakowych. Funkcjonuje zatem raczej jako narzędzie selekcji, a nie wiarygodny świadek świata zewnętrznego, o czym pisał już Henri Bergson. Obraz świata dostarczany nam przez zmysły jest więc niczym innym, jak tylko konieczną iluzją adaptacyjną, narzędziem przetrwania. Nawiązując do słynnej metafory Alfreda Korzybskiego: znamy mapę, nie teren.

W dodatku owe obrazy świata tworzone przez nasze mózgi są zróżnicowane indywidualnie. Różni nas wrażliwość na kolory, dźwięki, nasze postrzeganie ogranicza szereg uwarunkowań kulturowych i osobistych – każdy z nas żyje w „pieczarze osobistej”, jak ujął to Francis Bacon w swej koncepcji idoli. Chociaż należy zauważyć, że czasem różnice indywidualne są jeszcze bardziej znaczące, np. jedna na 2000 osób jest synestetykiem. Tożsamość jakościowa świata, postrzeganego przez ludzi, jest w tej perspektywie tylko postulatem. Filozofia jest pełna metafor percepcyjnych – od jaskini Platona po teatr kartezjański. W ich tle tkwi przekonanie, podkreślane przez współczesną antropologię, że jesteśmy tylko małpami, nastawionymi na percepcję wzrokową.

Gdy Morfeusz walczy w symulatorze z Neo, próbuje oczyścić jego umysł ze złudzeń Matrixa, nauczyć go, że Matrixem rządzą reguły ustalone przez programistów, które jako człowiek może nagiąć i złamać. Neo pyta, czy w takim razie będzie mógł uchylać się przed kulami, a Morfeusz odpowiada, że gdy zrozumie do końca, kim jest, nie będzie musiał. Umysł człowieka może przekroczyć granice reguł, których wymaga program. Regułami, do których nagina się nasza świadomość, jest matrix doznań zmysłowych, to one tworzą maszynę fantomatyczną świata, w której żyjemy. Stanisław Lem rozpatrywał maszynę fantomatyczną w swej książce Summa technologiae, rozważając kwestie natury ontologicznej, pojawiające się wtedy, gdy mielibyśmy do czynienia z umysłem ludzkim całkowicie wtopionym w świat fantomatyczny. Jak słusznie zauważa, problemem staje się wtedy określenie tożsamości podmiotu poddanego władzy maszyny kreującej sztuczną rzeczywistość. A kim jesteśmy my, żyjący w świecie wykreowanym przez nasze zmysły?

Jednak w zmysłowej maszynie fantomatycznej ludzkiej świadomości jest jakiś ukryty feler. Wytworzyła ona naukę i technikę, które spotęgowały zjawiska dysfunkcji ludzkiego umysłu do tego stopnia, że ludzkość może nie przetrwać przez następne dekady. Czy można to zmienić? To odwieczne marzenie ludzkości. Dla wielu odpowiednikiem czerwonej pigułki z Matrixa jest doświadczenie mistyczne albo psychodeliczne. Zdaniem Platona, aby być prawdziwym człowiekiem trzeba wyjść z jaskini – zderzyć się z rzeczywistością wykraczającą poza obrazy zmysłowe. Bez wątpienia nasza świadomość jest swego rodzaju wirtualną rzeczywistością, wygenerowaną przez tysiąclecia rozwoju ludzkości. Gdy jednak traktujemy ją jako źródło kolejnych rzeczywistości, jak to dzieje się obecnie, obraca się przeciw nam.

O COP 25

Psycholog James Hillman napisał ponad ćwierć wieku temu książkę pod tytułem Mamy sto lat psychoterapii i świat ma się coraz gorzej. Nie chcę tu pisać o psychoterapii, tytuł książki Hillmana posłuży mi tylko jako analogia. Możemy bowiem dzisiaj powiedzieć: jutro zaczyna się kolejny szczyt klimatyczny w Madrycie, COP 25, a świat ma się coraz gorzej. W konferencji weźmie udział około 25 tysięcy delegatów z blisko 200 państw świata. Podebatują i się rozjadą. Od ponad ćwierć wieku ludzie debatują nad końcem swego świata, ale nie daje to żadnych wyników. Podejmowane postanowienia, jak te z Kioto czy Paryża, pozostały na papierze. W przypadku obecnego szczytu także nie ma żadnych nadziei na przełom. Wszystko zostanie odwleczone do kolejnych spotkań – COP 26, COP 27, COP 28… aż do tego ostatniego, które już się nie odbędzie.

Dziesięć lat temu naukowcy wymienili trzynaście punktów krytycznych dla klimatu Ziemi. Ich przekroczenie grozi katastrofą klimatyczną. Ostatnio w piśmie Nature podali, że dziewięć z nich już się uaktywniło. Są to: częste susze wyniszczające amazońskie lasy deszczowe; zmniejszenie zasięgu lodu morskiego w Arktyce; osłabienie cyrkulacji wód w Atlantyku; pożary i plagi szkodników niszczące lasy borealne; wymieranie Wielkiej Rafy koralowej; topnienie pokrywy lodowej Grenlandii; topnienie „wiecznej” zmarzliny; nasilone topnienie pokrywy lodowej w Antarktydzie Zachodniej; nasilone topnienie pokrywy lodowej w Basenie Wilkesa w Antarktydzie Wschodniej.

No, nie jest wesoło. Pozostało jeszcze parę punktów, jak niedotlenie oceanu czy też moje ulubione hydraty metanu. Zresztą, czy wymienimy trzynaście czy piętnaście punktów, wszystko wskazuje na to, że za kilka lat już je przekroczymy. Nie znamy ponadto wszystkich możliwych sprzężeń zwrotnych, które mogą doprowadzić w ciągu najbliższych lat do znaczącej akceleracji globalnego ocieplenia. Pomimo tego ludzkość nie robi nic by uniknąć samozagłady. Bez wątpienia przeminie obecna postać świata i spodziewam się niestety, że tego dożyję, a już na pewno doświadczą owego przemijania młodsi ode mnie. Pomimo starań naukowców i wielu ruchów aktywistycznych poziom refleksji, jak też idących za nią ewentualnych osiągnięć w przeciwdziałaniu kryzysowi klimatycznemu, jest zatrważająco niski. Ludzkość kontynuuje swoją egzystencję wedle starych wzorców. Do nielicznych docierają słowa, które znalazłem w książce o Grecie Thunberg Sceny z życia rodzinnego: „Uczta się skończyła. Zabawa dobiegła końca”.