Archiwa miesięczne: Maj 2020

O lewej półkuli

Michael S. Gazzaniga, jeden z czołowych neuronaukowców, badacz osób z rozszczepionym mózgiem, u który rozcięto połączenie między półkulami mózgowymi, opisuje w swej najnowszej książce Instynkt świadomości reakcje takich osób na następującą historyjkę (nie wiem dlaczego etycy uwielbiają historyjki, szczególnie takie wagonowe – nie mają poważniejszych problemów?). Oto ta historyjka: sekretarka podaje szefowi kawę, chcąc go zabić, wsypuje więc biały proszek do kawy, ale okazuje się, że to zwykły cukier. Złe zamiary, pozytywny skutek. Druga sytuacja: sekretarka wsypuje biały proszek do kawy szefa (to jest tak w ogóle okropny seksizm, czy sekretarki nic innego nie robią? Nie wiem, nigdy nie miałem sekretarki) ale okazuje się, że to jest trucizna, którą przypadkowo jakiś chemik zostawił w jego gabinecie. Szef umiera. Dobry zamiar, zły skutek. Po wysłuchaniu tych historyjek pacjenci z rozczepionym mózgiem mieli poddać ocenie czy działanie sekretarki jest zabronione czy też dopuszczalne.

Jak można przypuszczać większość ludzi ocenia działanie w złych zamiarach jako zabronione, niezależnie od skutków (to się fachowo nazywa perspektywą deontologiczną). Tak samo działania bez złych zamiarów są przez większość ludzi oceniane jako dopuszczalne, nawet jeśli prowadzą do złych skutków (to perspektywa nazwana przez Gazzanigę utylitarną). Jednak pacjenci z rozczepionym mózgiem reagowali inaczej. Ich lewa półkula mózgowa okazywała się być ekstremalnie utylitarna. To znaczy, że jeśli bohaterka historyjki działała w złych zamiarach, ale nikomu nic się nie stało, to jej postępowanie oceniali jako dopuszczalne, natomiast – i to jest najciekawsze – jeśli bohaterka historyjki działa bez złych zamiarów, ale efekty jej działania były negatywne, to lewa półkula oceniała je jako zabronione.

Gazzaniga podsumowuje to z ten sposób – lewa półkula zachowuje się tak, jakby nie miała teorii umysłu, czyli, mówiąc najkrócej, jakby nie umiała się w ogóle wczuć się w umysł drugiego człowieka. Jest zajęta tylko samą sobą, o czym pisałem już tu. Jest źródłem fundamentalnego egoizmu człowieka, polegającym na budowaniu jak najbardziej spójnej narracji, oczywiście spójnej tylko dla danego człowieka. Świadomość ludzka, szczególnie ta pozostająca pod przemożnym wpływem lewej półkuli wydaje się niezbyt udanym tworem ewolucji. Właściwie – to totalna porażka.

O robieniu tego samego

Jest takie powiedzenie łacińskie, jedno z moich najbardziej ulubionych: „Duo cum faciunt idem, non est idem”, co znaczy: „Gdy dwaj robią to samo, to nie jest to samo”. Odnosi się to do robienia różnych rzeczy przez różnych ludzi. Bardziej jednak mym zdaniem odnosi się do wypowiedzi różnych ludzi na temat, który wydaje się taki sam, ale tak naprawdę jest całkowicie różny. Podam jako przykład dwa cytaty, które brzmią jakże podobnie, ale dotyczą czegoś całkiem różnego. Możemy je odnaleźć w książce Philipa Kapleau Zen: świt na Zachodzie. Oto one:

„Uważał siebie za jedyny w swym rodzaju odczuwający środek wszechświata, za jedyne autentyczne wcielenie zawartej w nim obecnie lub kiedykolwiek w przeszłości woli. Ja jestem, nikt prócz mnie”.

„W całych niebiosach i na całej ziemi jestem tym jedynym, najbardziej godnym czci!”

Pierwszy cytat pochodzi z książki Richarda Hughesa The Fox in the Attic i odnosi się do Hitlera. Drugi cytat to stwierdzenie przypisywane Buddzie. Tak, jeśli dwaj mówią to samo, to nie jest to samo. Wszystko zależy od kontekstu, wszystko zależy od tego, kto mówi, do kogo mówi i co ma celu mówiąc swe słowa. Wypowiedź nigdy nie ma żadnego obiektywnego znaczenia, ten kto tak myśli jest ekstremalnie naiwny. Jest tylko czysto kontekstualne rozumienie. Dlatego sztuka hermeneutyki jest tak trudna. I tak trudno się ludziom porozumieć. Bo największym błędem w procesie komunikacji jest przyjęcie, że do niej doszło, że zrozumiało się to co ktoś powiedział. Bo skąd mamy wiedzieć co ktoś powiedział, jeśli słowa których użył są tak podobne do tych, które uznajemy za zrozumiałe?

O naturalnym egoizmie

Pod koniec XIX wieku psycholog i filozof William James stworzył koncepcję strumienia świadomości. Przeciwstawiała się ona pokutującej od dawna koncepcji kartezjańskiej, która ujmowała świadomość jako res cogitans. Podsumował ją w pięciu punktach, z których przytoczę tylko pierwszy: „Jedyny stan świadomości, z którym mamy do czynienia, to indywidualna świadomość, umysł, jaźń, konkretne Ja i Ty”. To najważniejsza cecha świadomości w jej najpowszechniejszej postaci. Nie zajmuję się tu innymi jej stanami, zmienionym przez specyficzne doświadczenia, które już 120 lat temu sam James opisywał w „Odmianach doświadczenia religijnego”. Tak czy inaczej, czy to Kartezjusz ze swoim ego sum, czy James ze swoim strumieniem świadomości, czy też dziesiątki innych myślicieli, konkluzja jest jedna – świadomość jest numerycznie jedna (tak ujął to Schrödinger), acz zawsze jest osadzona w konkretnym indywiduum.

Co jest najważniejszą cechą tak pojętej świadomości? Z punktu widzenia relacji międzyludzkich jest to coś, co tu nazywam naturalnym egoizmem. Można go zdefiniować jako permanentny stan niezwracania uwagi na inne osoby, o ile nie dostarczają one przyjemnego doświadczenia. Tak funkcjonuje świadomość większości ludzi, jeśli nie wszystkich. Ekstremalny przykład tego naturalnego egoizmu to zaburzenie zwane psychopatią. Świadomość zachwyca się sama sobą, jest absolutnie autoerotyczna. Świadczy o tym najlepiej potoczny egoizm zwykłego człowieka, dogłębnie przejętego swoją nędzną i miałką egzystencją. Jednak nie tylko przeciętny Kowalski prezentuje taki naturalny egoizm. O wiele bardziej manifestuje się on w obszarze wyobraźni religijnej i kulturowej. Oto w chrześcijaństwie Bóg się mógł wcielić tylko w człowieka, a w buddyzmie tylko będąc człowiekiem możemy uzyskać wyzwolenie i ostateczną przyjemność nirwany. Dlaczego Bóg nie mógł wcielić się w kurę? Dlaczego bonobo nie może osiągnąć nirwany? Samozachwyt człowieka, wypływający z jego egoicznej świadomości, jest doprawdy najbardziej żałosnym zjawiskiem we wszechświecie.

Dostojewski o zarazie z Azji

Ten wpis jest tylko jednym długim cytatem. Nawet nie będę go szerzej komentował, przypomnę tylko, że tekst powstał ponad 150 lat temu. Pod koniec Zbrodni i kary czytamy o śnie Raskolnikowa, przebywającego wówczas na katordze. Oto ten sen: „Już będąc rekonwalescentem, przypomniał sobie swoje sny, gdy jeszcze leżał w gorączce i w malignie. Roiło mu się w chorobie, jakoby cały świat skazany został na pastwę jakiejś strasznej i niesłychanej morowej zarazy, idącej z głębi Azji na Europę. Wszyscy musieli zginąć oprócz niektórych, bardzo niewielu wybranych. Zjawiły się jakieś nowe bakterie, żyjątka były duchami, obdarzonymi rozumem i wolą. Ludzie, których się uczepiły dostawali zaraz obłąkania. Lecz nigdy, nigdy ludzie nie mieli się za tak rozumnych i stanowczych, jak ci właśnie zarażeni. Nigdy nie uważali za bardziej kategoryczne i słuszne swoich wyroków, swoich wywodów naukowych, swoich moralnych przekonań i poglądów. Całe osady, całe miasta i narody zarażały się i wariowały. Wszyscy byli niespokojni i nie rozumieli jeden drugiego, każdy myślał że w nim jednym zawarta jest prawda, i męczył się, patrząc na innych, bił się w piersi, płakał i załamywał ręce. Nie wiedzieli kogo i jak sądzić, nie mogli się zgodzić co uważać za złe, a co za dobre. Nie wiedzieli kogo oskarżać, a kogo usprawiedliwiać. Ludzie zabijali jeden drugiego w jakiejś bezmyślnej złości. Zbierali się jeden przeciwko drugiemu całymi armiami, lecz armie już w marszu, zaczynały nagle same siebie gnębić, szeregi pierzchały, rycerze rzucili się jeden na drugiego, kłuli się i zarzynali gryźli i pożerali jeden drugiego. W miastach przez cały dzień uderzano na trwogę: wzywano wszystkich, lecz kto i po co wzywał, nikt tego nie wiedział, a wszyscy byli w trwodze. Opuszczano najpospolitsze rzemiosła, każdy bowiem ofiarowywał swoje myśli, swoje poprawki i zgodzić się nie mogli; rolnictwo stanęło. Gdzieniegdzie ludzie zbiegali się w kupki, umawiali się o coś, przysięgali, że się nie rozstaną, ale zaraz zaczynali coś zupełnie innego, aniżeli zamierzali przed chwilą, zaczynali oskarżać siebie nawzajem, bili się i zarzynali. Zaczęły się pożary, zaczął się głód. Wszyscy i wszystko ginęło. Zaraza wzrastała i rozszerzała się coraz dalej i dalej. Uratować się w całym świecie mogło bardzo niewielu, a tymi byli czyści i wybrani, posłannicy nowego rodzaju ludzi i nowego życia, lecz nikt nie słyszał ich ani głosu.”

O wypadnięciu z kolein

„Być może niektórym wyda się to dziwne, ale moim pierwszym nauczycielem filozofii był Shakespeare. Od niego usłyszałem tak zagadkowe i niepojęte, a jednocześnie tak zatrważające słowa: czas wypadł z kolein. Co można zrobić, co można przedsięwziąć w obliczu czasu który wypadł z kolein, w obliczu owych potworności bytu, które odsłaniają się człowiekowi wraz z czasem wytrąconym z kolein?” Te słowa Lwa Szestowa dobrze opisują stan obecnego świata. Bo jak czas wypada z kolein, to wypada z nich także świat. W języku hebrajskim olam znaczy świat, ale też czas trwania tego świata w jego obecnej postaci, coś jakby dany eon jego istnienia. Wszystko wskazuje, że ten eon się kończy.

Może należałoby zmodyfikować nieco słowa Szestowa. Świat dopiero wypada z kolein. Jak na filmie, który odtwarza scenę wypadku samochodowego, widzimy wolno szybujący pojazd, który dopiero za parę sekund roztrzaska się o drzewo, tak obecnie dopiero wypadamy z kolein, szybujemy ku temu, co nieuchronne. Trochę to przypomina sytuację jaka wydarzyła się na początku drugiej wojny światowej, a którą nazwano „dziwną wojną”. Od września 1939 roku do maja 1940, pomimo formalnego wypowiedzenia wojny Niemcom przez Francję i Wielką Brytanię, nie toczyły się żadne walki. Wszystko trwało w zawieszeniu, a politycy na pewno mieli swoje racje. Podobnie teraz, wszyscy wiedzą, że jest sytuacja najgorsza od dekad, ale każdy podejmuje jedynie pozorowane działania, oczekując w bezwiednej inercji na to, co nieuchronne. Dziwny czas.