Archiwum autora: Mirosław Piróg

O prawdy pożądaniu

W umyśle ludzkim znajdujemy dosyć niezwykłą właściwość – jest to pożądanie prawdy, pragnienie przylgnięcia do jakiegoś fragmentu doświadczenia, który uznamy za ostateczny i absolutnie obowiązujący – jednym słowem prawdziwy. Z tą naturalną skłonnością naszego umysłu zmaga się praktyka filozofii, ukazując, że owo dążenie do prawdy absolutnej – występujące przecież nawet w najbardziej prymitywnych umysłach – wypływa z podstawowego lęku, zrodzonego przez samą naturę świadomości. Świadomość objawia nam świat, który jest ciągłym przepływem, świat, nad którym nie możemy zapanować, nie możemy kontrolować. Dlatego pożądamy prawdy absolutnej, czy to religijnej, czy naukowej, czy nawet – o zgrozo! – filozoficznej, która by nam sprowadziła nieogarnioną złożoność świata do paru prostych myśli. To bez wątpienia największy błąd ludzkości! Zrodził on niegdyś, u samego zarania świadomości, wiarę w bogów kontrolujących przepływ strumienia rzeczywistości. Ta wczesna epoka ludzkiej świadomości była koniecznym etapem jej rozwoju, ale, na bogów, trzeba z niej wyrosnąć! To, co człowiek pierwotny odczuwał jako bogów, to były siły, nad którymi nie panował. Świat współczesny mami nas złudzeniem „opanowania przyrody”, jej „podboju”. To intelektualistyczne zwyrodnienie, pycha charakterystyczna dla człowieka Zachodu, apotropaiczne zaklinanie tego, co nie do opanowania. Trzeba pewnego wyrafinowania kultury by ową całość nazwać tao, jak to uczynili Chińczycy. Chiński pogląd na świat jest dobrym przykładem tego jak dobra filozofia eliminuje złą religię. Zawsze podejrzewałem, że Chińczycy mają bardzo praktyczne podejście do życia. Nie myliłem się: „Zarówno religia, jak i poezja są wytworem ludzkiej fantazji. Obie mieszają wyobraźnię z rzeczywistością. Różnica między nimi polega na tym, że religia przyjmuje to, co sama głosi, za prawdę, poezja zaś traktuje to, co sama mówi, jako fałsz i jest to świadome samooszukiwanie się.” (Feng Youlan, „Krótka historia filozofii chińskiej”, s. 170) Ja jestem po stronie poezji!

O Bogu

Czy zauważono już, że nad człowiekiem, któremu mówi się, że Bóg jest zły, nie można panować, natomiast panowanie nad tym, który od kołyski słyszy, iż Bóg jest dobry, przychodzi z łatwością? To prosty psychologiczny zabieg, który przyniósł tyle radości tym, którzy lubią panować. Ostatnio parę osób spytało mnie o Boga. Cóż, Bóg to sposób organizacji doświadczenia konkretnego człowieka. I tyle…, nie ma o co kruszyć kopii. W swojej biografii N. Kazantzakis przytacza słowa człowieka będącego pierwowzorem Greka Zorby: „…jeśli jakiś klecha przyjdzie mnie wyspowiadać i dać mi komunię, powiedz mu, żeby się ulotnił, i że może mnie nawet przekląć!” ( I. D. Yalom, Psychoterapia egzystencjalna, s. 130). To model życia, w którym w momencie śmierci pozostawiamy tylko „wypalony zamek”. Nikt i nic nie ma się wtedy czego uczepić – bo i kto, jeśli już nie ja?

O myśleniu i zapytywaniu

Myślenie można porównać do oddychania. Oddychanie jest czynnością, która dokonuje się automatycznie, ale czasami możemy świadomie kontrolować jego proces. Oddychamy nawet przez sen, ale gdy lekarz nas poprosi o głęboki oddech, wtedy bez trudu sterujemy naszymi płucami i wykonujemy parę głębokich wdechów. Pewien etap praktyki jogi, zwany pranajamą, polega na kontrolowanym oddychaniu. Analogicznie, możemy postarać się kierować naszym myśleniem, każdorazowo wybijając je z pozycji, w której chce spocząć. Narzędziem, które to czyni w sposób najdoskonalszy jest pytanie. Pytanie zatrzymuje bezrefleksyjny strumień naszej świadomości i luzuje nasze lgnięcie do przekonań. Dlatego filozofowie tak mocno akcentowali wagę zapytywania. Pytając przejmujemy kontrolę nad naszym myśleniem. Dzięki pytaniu możemy podważyć każdą treść naszej świadomości. Stąd pochodzi najbardziej radykalne filozoficzne ćwiczenie, polegające na postawieniu sobie pytania: „A może wszystko, co myślisz jest nieprawdą?” Spróbuj zadać sobie to pytanie. Spróbuj szczególnie podważyć wszystkie opinie, które masz na swój temat, nawet te hołubione i pieszczone od wczesnego dzieciństwa. Co pozostanie? Lęk. Kto ma mi powiedzieć, kim jestem, jeśli podważę wszystko, co stanowi treść mej świadomości? Czujemy się zagrożeni w swym istnieniu, jeśli nie mamy gotowego zestawu mniemań na swój temat. Ale skąd się wzięły owe mniemania? Czy to my je wytworzyliśmy? Nie, otrzymaliśmy je w spadku po rodzicach i poprzednich pokoleniach, otrzymaliśmy je wraz z całym dobrodziejstwem kultury. To one nas tworzą. To one są także niestety źródłem naszych fundamentalnych lęków. Nasze nieprzemyślane, niepodważone przekonania zarazem tworzą nasze lęki, jak i wydają się być antidotami na nie. To błędne koło, w którym kręcimy się dopóty, dopóki nie uświadomimy sobie, że nasz mózg tworzy naszą rzeczywistość. Kultura jest koszmarem, z którego musimy się przebudzić. Zadając pytania.

O zawiązkach

Słowa Otto Kernberga z jego książki „Związki miłosne” można właściwie pozostawić bez komentarza: „Być zdolnym do sadystycznego ataku na partnera, a zarazem doświadczyć przetrwania jego lub jej miłości; umieć przeżyć przekształcenie własnych uczuć od bezwzględnej wściekłości i dewaluacji, poprzez poczucie winy, żałoby aż do pragnienia naprawienia szkód – to niezwykle istotne doświadczenia dla związku dwojga ludzi”. Ale dodałbym jeszcze jedno – w związku należy być gotowym na takie doświadczenia każdego dnia, niezależenie od jego stażu, niezależnie od tego jak jesteśmy sobie bliscy. Miłość, podobnie jak wszystko, ma swoją ciemną stronę. Jest jak nieustanny taniec, ale czasem jak walka. Para spiera się, każde chce postawić na swoim, kochają się, ale wymieniają też ciężkie słowa. Zarzucają sobie najgorsze rzeczy, ale potem rzucają się sobie w objęcia. Warto zawsze w tej sytuacji pamiętać o jednej zasadzie rządzącej związkami, którą podał Paweł z Tarsu: „Niechaj słońce nie zachodzi na zagniewanie wasze”.

O lgnięciu do pojęć

William James stwierdził kiedyś, że można prawdę absolutną ująć w słowa. Wedle niego możemy ją wyrazić banalnym zdaniem: „Istnieje prawda absolutna”. Cóż, treściowo to zdanie nic nam nie mówi. Ale, gdy przemyślimy głębiej propozycję Jamesa, możemy dojść do wniosku, że to zdanie nie jest takie bezpłodne. Pamiętam, że kiedyś pewna licealistka zarzuciła mi, że filozofia, skupiając się tylko na zapytywaniu, jest bezpłodna, bo nie daje odpowiedzi, tylko nieustannie pyta. Przyjęcie, że istnieje prawda nie oznacza jej uchwycenia – co rodziłoby pychę – lecz tylko wyznacza pewien pułap, „szklany dach”, do którego dobija się wszelkie filozofowanie. Filozof nie jest bowiem cynikiem, w potocznym sensie tego słowa. Filozof nawet jeśli twierdzi, że nic jest prawdziwe, używa słów jedynie jako narzędzi do oczyszczenia umysłu. „Nic nie jest prawdziwe, nawet to nie jest prawdziwe” napisał kiedyś Mutulali. Ta formuła, podobnie jak Sokratejskie „Wiem, że nic nie wiem” jest właśnie przykładem takiej przeczyszczającej pigułki, która uwalnia nasze umysły od lgnięcia do pojęć.

O filozofii raz jeszcze

Każdy z nas ma pod czaszką około półtora kilograma najbardziej złożonej materii, jaką znamy we wszechświecie. By praktykować filozofię trzeba umieć się posługiwać tym najbardziej złożonym narzędziem we wszechświecie. Oczywiście nie znaczy to, że mamy dążyć do kontrolowania mózgu, bo to jest po prostu niemożliwe. Świadomość jest tylko wyrazem małej cząstki jego możliwości. Tym, czego musimy się nauczyć, to raczej pozwalanie by świadomość płynęła, nietamowana przez nabyte w trakcie treningu kulturowego przesądy i opinie. Z mniemaniami walczył Sokrates, i dlatego, jak stwierdziła wyrocznia w Delfach, był najmądrzejszy z ludzi. Mniemania i opinie są niczym złogi martwej materii, zalęgające w naszych umysłach, tak jak resztki przetrawionego jedzenia zalegają w jelitach. Najwłaściwszym sposobem poradzenia sobie z nimi jest ich wydalenie. Oczyszczając nasz umysł wyrastamy ponad jego kulturowe ograniczenia. Stajemy się wtedy czymś więcej niż tylko egzemplarzami gatunku homo sapiens. Wszystkie tezy filozoficzne są niczym innym jak tylko lekarstwami. Aplikujemy je sobie aby zwymiotować pojęcia, jak pisze Mikołaj z Kuzy. I to jest właściwy użytek z filozofii. Tezy filozoficzne nie są pożywieniem naszego umysłu, to nie jest ich funkcja. To umysły religijne tworzą z tez filozoficznych „pokarm dla duszy”. Umysły filozoficzne wiedzą, że nie mogą się do niczego przywiązywać, że prawda nie jest dostępna ludzkiemu umysłowi. Najzdrowszą myślą jest ta, która stwierdza: Nic, co myślisz, nie jest prawdziwe.

O filozofii i licealistce

Praktykować filozofię to nieustannie wpatrywać się rzeczywistość i dostrzegać w niej ciągle nowe kształty, figury, sensy. Bowiem świat, życie, umysł mają strukturę fraktalną. Podobnie jak możemy nieskończenie długo wnikać w strukturę fraktala, tak możemy zgłębiać, analizować i odkrywać kolejne pokłady sensu, kolejne obrazy świata wyłaniające się pod naszym uważnym spojrzeniem. Ci, którzy satysfakcjonują się jakąś „prawdą”, zatrzymują się w tym procesie badania w pewnym momencie, chwytają się jakiejś cząstkowej konkluzji i lgną do niej jak zbłąkana dusza do zbawiciela. Mój umysł nigdy nie uchwycił się żadnej „prawdy”, od kilkudziesięciu lat szuka i bada, ciągle odkrywa. Ma to swoją dobrą stronę – zawsze bowiem czuję się w pewnym okresie mego życia mądry, by po 2-3 latach odkryć, żem był głupi. Cóż, umrę w słodkim złudzeniu, że jestem mądry…
Ale notoryczne przylgnięcie do „prawdy” mnie przeraża. Szczególnie mnie to przeraża w przypadku młodych ludzi, którzy postawieni przez mnie wobec perspektywy dożywotniego poszukiwania sensu odczuwają lęk. Pamiętam jedną z pierwszych rozmów w liceum, w którym od 1992 roku prowadziłem zajęcia z filozofii i etyki. 19-letnia maturzystka zatrzymała mnie po lekcji, stawiając pytania, których teraz nie pomnę, ale będące odzwierciedlaniem typowych rozterek tego wieku. Odpowiedziałem jej, że można zaleźć odpowiedź na jej problemy, ale zajmie to 10 lat. „Tak długo?!” zakrzyknęła przerażona. „I want it now, I want it all” – to motto młodych. A co stanie się z nami, pytają, jeśli nie uznamy jakiejś prawdy za ostateczną? Ale to pytanie wynik z lęku, a ten jest najgorszym doradcą. Trzeba puścić wszelkie oczekiwania i wyobrażenia. Życie zawsze nas wtedy zaskoczy, bo takie jest. Nigdy, aż do samej śmierci nie odpuszczajcie możliwości zaskoczenia.

O wychowaniu

Jedyną cnotą dorosłych wydaje się być wprost nieograniczona zdolność do akceptowania absurdów, które sami stworzyli. Stworzyli pozbawiony sensu świat, z którego są dumni i w którym cierpią; w którym powołują do istnienia nowych ludzi, by z niekłamaną radością uczynić z nich swe, coraz gorsze, kopie. Jak pisze R.D Laing: „Nim nowy człowiek osiągnie wiek piętnastu lat, jest już istotą całkowicie do nas podobną. Jest na wpół oszalałym stworzeniem, niemal już przywykłym do życia w obłąkanym świecie”. Laing dobrze określił wiek, w którym dochodzi do owej przemiany. Ja się temu nie dziwię, bo ci młodzi ludzie czują, że czas egzekucji ich zdrowych umysłów już nadszedł. To straszny moment w życiu młodego człowieka – budzący się popęd seksualny pobudza zarówno ciało, jak i umysł do aktywności, ale społeczeństwo z całą swą mocą stara się zwalczyć zarówno swobodę seksualną, jak i intelektualną. Według psychologów młody człowiek w okresie pokwitania przypomina osobę chorą psychicznie. W naszej kulturze osoby chore psychicznie pacyfikuje się chemicznie. Wobec nastolatków taką rolę odgrywa penitencjarny w swej istocie system szkolny, do którego włączono nawet nauczanie religii. A może jednak posłuchać warto Schopenhauera, który pisze: „Jeśli świat naprawdę stanie się gotowy, by dzieciom przed ukończeniem piętnastego roku życia nie udzielać lekcji religii, wtedy będzie można się czegoś po nim spodziewać.” Tak w swych pismach niepublikowanych za życia (fragment Adversaria) wypowiadał się na temat roli prawdy w wychowaniu dzieci.
W nawiązaniu do słów Schopenhauera pojawia się pytanie: Co robić z dziećmi przed piętnastym rokiem życia? Odpowiedź jest prosta – słuchać. Tu Jung trafia w sedno:„Bo dorośli nie zwykli zbyt uważnie słuchać dzieci: w każdym wieku, we wszystkim, co istotne, traktują je jako osobników niepoczytalnych, jeśli zaś chodzi o sprawy niezbyt ważne, przypisują im cechy doskonałych automatów”. Słowa Junga zawierają w sobie wszystko, co należy wiedzieć o wychowaniu dzieci. Wskazują też na fundamentalny błąd, który popełniają wszyscy rodzice, błąd, który przyczynił się do powstania wszystkich idiotyzmów religijnego i ideologicznego wychowania. Skąd ten błąd? By dziecko dorosło, winien je wychowywać osobnik dorosły, a tymczasem rodzice są przecież tylko przerażonymi dziećmi o pomarszczonej skórze.  W swoich „Antypamiętnikach” Andre Malreaux przytacza słowa pewnego księdza, który wysłuchiwał spowiedzi przez ponad pięćdziesiąt lat: „Przede wszystkim ludzie są znacznie bardziej nieszczęśliwi, niż się myśli.” To dosyć oczywista uwaga. Ale potem ksiądz dodaje: „Poza tym, w gruncie rzeczy, nie ma ludzi dorosłych.” Tak, dorosły – czy raczej dojrzały – człowiek to rzadkość, bo dorasta się własnym wysiłkiem, a dzieci, dzieci są wychowywane. Tak zwani dorośli to postarzałe dzieci o ambicjach rodem z piaskownicy i  o marzeniach wyciągniętych z kolorowych książeczek. Nikt im nie pokazał, jak dojrzeć, co najwyżej byli ofiarami żałosnych zabiegów wychowawczych. Zresztą, odrzuciłbym nawet samo pojecie wychowania. Wychowując uczymy dzieci tylko tego, jak mają one postępować wobec swoich dzieci, uczymy tylko „wychowywania” innych, ale nie tego na czym polega życie.

Grom, czyli umysł doskonały

Oto gnostycki utwór odkryty w Nag Hammadi, powstały prawie 2000 lat temu. Jak widać dookoła nas od tego czasu nikt, a zwłaszcza żaden mężczyzna, nie zgłębił umysłu kobiety. Wprost przeciwnie, ten tekst to ciągle aktualny krzyk i manifest kobiety w patriarchalnym społeczeństwie, które neguje jej kobiecość. Zatem poczytajcie.

Wysłała mnie moc i przybyłam do tych, co nade mną rozmyślają,
znalazłam się wśród tych, co mnie szukają.
Spójrzcie na mnie, ci, co nade mną rozmyślacie,
słuchacze, słuchajcie mnie.
Ci, którzy na mnie czekacie, przyjmijcie mnie do siebie.
Nie odpędzajcie mnie od siebie.
Niech ani wasz głos, ani słuch mnie odtrąca.
Poznajcie mnie zawsze i wszędzie. Strzeżcie się!
Poznajcie mnie.
Gdyż jestem pierwszą i ostatnią.
Jestem czczoną i pogardzaną.
Jestem dziwką i świętą.
Jestem żoną i dziewicą.
Jestem i córką.
Jestem ciałem mojej matki.
Jestem jałowa
i wielu mam synów.
Wspaniałe jest moje wesele
i nie wzięłam nikogo za męża.
Jestem położną i tą, która nie rodzi.
Jestem ukojeniem mych bóli porodowych.
Jestem panną młodą i panem młodym,
i to mój mąż mnie spłodził.
Jestem matką swego ojca
i siostrą swego męża,
a on jest moim potomstwem.
Jestem niewolnicą tego, który mnie przygotował.
Jestem władczynią mego potomstwa.
Ale to on począł mnie przed czasem w narodziny.
I on jest moim potomstwem w (wyznaczonym) czasie,
a moja moc z niego jest.
W jego młodości jestem laską jego mocy,
a on jest kijem w mojej starości.
Dzieje się ze mną cokolwiek on chce.
Jestem ciszą, co jest niepojęta,
i myślą, którą często się pamięta.
Jestem głosem o zwielokrotnionym brzmieniu
i słowem, które wiele razy się pojawia.
Jestem wymówieniem swego imienia.
Czemu wy, co mnie nienawidzicie, kochacie mnie,
i nienawidzicie ci, co mnie kochacie?
Wy, którzy się mnie wypieracie, wyznajecie mnie,
a wy, którzy mnie wyznajecie, wypieracie się mnie.
Wy, którzy mówicie o mnie prawdę, kłamiecie,
a wy, którzy o mnie kłamaliście, mówicie o mnie prawdę.
Wy, którzy mnie znacie, nie znajcie mnie, a ci, którzy mnie nie znali, niech mnie poznają.

Baśń o początkach

Nie znamy swoich początków. Pamięć, nasza jedyna wspomożycielka w samowiedzy, nie sięga aż tak daleko. Gdy próbujemy przypomnieć sobie świt naszego indywidualnego istnienia, nie sięgamy go. Tym bardziej jest dla nas niedostępny świt ludzkiej świadomości. Te dziesiątki tysiącleci temu, nocą, pod niebem zakrytym chmurami, gdy księżyc prześwitywał przez mgły – co wtedy czuliśmy? Czy nie coś podobnego, jak wtedy, gdy w ramionach rodzica jako paromiesięczne niemowlę otwieraliśmy oczy na ten sam ciemny blask nieba? Nie wiemy, nie pamiętamy.
Jeśli pamięć tych początków gdzieś istnieje, nie jest nam dana bezpośrednio. Wiemy jednak, że owa pamięć w jakiś ciemny, nieznany sposób stwarza nas. Pierwszy impuls, któremu ulegamy, rodzi się z tej pamięci. Intuicja, która mówi nam co mamy robić, stamtąd się wywodzi. Pamięć jest źródłem, z którego wypływa nasze życie, jest wodą kojącą nasze pragnienie istnienia. Nie jesteśmy czystą tablicą, niesiemy ze sobą doświadczenia całych pokoleń, które odłożyły się w materii naszego ciała. To nasze początki, a zarazem nasza najbardziej żywa teraźniejszość.
Nie jesteśmy istotami, które zapoczątkowały swoje istnienie dziś. Łudzimy się, że żyjemy tylko teraźniejszością, ale nasz początek, nasze źródło i podstawa leżą głęboko w przeszłości. Pamięć przeszłości stanowi miejsce, z którego wywodzimy swe najgłębsze pragnienia. Jest ona też matrycą naszych marzeń i ścieżką, którą kroczymy co dnia.

Bez pamięci nie ma początków. Jeżeli nie ma początków, nie ma też i końców. Chwytamy się jakiegoś pierwszego wspomnianego przebłysku przeszłości, czyniąc go początkiem. Nadaje on konsystencję i smak naszemu życiu. Żyjemy tym wspomnieniem przez kilkadziesiąt lat, uporczywie starając się zapamiętać to, co minęło. Nie zdajemy sobie sprawy i nie chcemy sobie zdawać, że to tylko złudzenie. Nasz iluzoryczny początek nie zostanie najczęściej nawet zwieńczony równie iluzorycznym końcem.
Wywodzimy całe swoje życie z pierwszego przebłysku świadomości, mglistego i kruchego. Ten pierwotny obraz, połączony z pierwszym doznaniem emocji tworzy całą naszą przyszłość. Łudzimy się, że kilkadziesiąt lat naszego życia to ogromny obszar, w przeciągu którego rozgrywa się wszystko, czym możemy się stać. Tymczasem jest to tylko chwila, nic nie znaczący moment, krótki okres, w którym nie zdołamy się nawet rozwinąć z pączka w kwiat. Umieramy niemowlakami, a być może nawet embrionami, które nigdy nie zawitały do krainy życia.

Otwieram oczy rano i rozpoczynam dzień. Czy też może raczej to on mnie na nowo stwarza i daje mi przestrzeń do życia? Wystarczy jedno – bym tylko otworzył oczy i poddał się potokowi myśli i obrazów, tłoczących się nachalnie do mojej świadomości. Oto znowu jestem, przebudziłem się wraz z całym bagażem wspomnień, zmartwień i radości, które mają tworzyć to, co uważam za siebie samego. Budząc się rano uważam, że jestem takim sobą, jakim byłem zasypiając. A może nie? Czy ostatnia noc nic we mnie nie zmieniła? Wszak czuję się jak nowo narodzony, otworzywszy oczy po krzepiącym śnie. Jednak nie wszystko jest nowe. Nowy początek, wydawałoby się jakże dziewiczy, jest nader często obarczony wspomnieniami sennymi. W snach, tak skwapliwie zapamiętywanych przeze mnie po przebudzeniu, odnajduję owe zapomniane fragmenty swego istnienia, które dopuszczam potem do centrum swego przeżywania za dnia. Sny, w swej odwiecznej materii, tworzą mnie na jawie. Moja świadomość na jawie jest niczym innym, jak tylko komentarzem do materii snów.

Nagle kot wskakuje mi na kolana. Przed chwilą pogrążony byłem w myślach, przebywając gdzieś bardzo daleko zarówno od moich kolan, jak i od kota, rozproszony między smutną przeszłością i lękliwą przyszłością. Teraz czuję go, mruczy i tupie łapami. Skupiam się na nim, koncentruję się na jego pragnieniu kontaktu. Głaszczę go i drapię za uchem. Mruczy i układa się do leniuchowania na mojej piersi. Odczuwam tylko obecną chwilę, w której początek i koniec się zbiegają. Nie ma nic poza nią, wszystko inne jest złudzeniem.