Archiwum autora: Mirosław Piróg

O tym, ile może znieść Ziemia

Potrzebowaliśmy 200 tysięcy lat, by nasza populacja osiągnęła pierwszy miliard, który pękł około roku 1800. Ponad 7-krotne zwiększenie tej liczby zajęło nam już zaledwie 200 lat. Przez ostatnie 40 lat kolejny miliard ludzi pojawiał się na świecie co 12 lat. Gdy się urodziłem, populacja przekroczyła 2 miliardy, a teraz – ponad 7,7 miliarda. Do końca tego wieku ilość ludzi na Ziemi może sięgnąć 12 miliardów. Ale już dzisiaj jest nas więcej, niż może utrzymać system ekologiczny Ziemi, czyli korzystamy ze środowiska powyżej jego biologicznej pojemności. Świat zamieszkany przez 12 miliardów ludzi byłby zaś katastrofą tak dla człowieka, jak i dla innych gatunków.

Przeludnienie przyczynia się do zmiany klimatu, wymierania gatunków i prowadzi do poważnych problemów ekonomicznych i społecznych. Każda ludzka istota zużywa zasoby, wykorzystując środowisko w poszukiwaniu jedzenia, schronienia i komfortu. Nawet jeśli robi to mądrze i efektywnie, zużywa zasoby potrzebne innym gatunkom. Tak więc, im więcej na Ziemi przedstawicieli homo sapiens, tym gorzej dla bioróżnorodności. Dzisiaj ludzie i hodowane przez nich na mięso zwierzęta stanowią 96 % masy kręgowców lądowych. Przy obecnych tendencjach dzikie kręgowce wyginą do 2026.

Przeludnienie przyczynia się do masowego wymierania gatunków i globalnego ocieplenia, ale kontrola narodzin to nieomal temat tabu. Wchodzi tu bowiem o podstawowe ludzkie prawo do rozmnażania, o wartości rodzinne i kulturowe, jak też o ostrzeżenia ekonomistów, że spadek populacji zrujnuje gospodarkę, bo im mniej na rynku młodych pracowników, tym trudniej finansować programy socjalne i emerytalne. Powodowane tą obawą, niektóre kraje wprowadziły regulacje mające na celu wzrost, a nie spadek liczby ludności. Znasz li ten kraj?

Nie jest możliwym wyobrażenie sobie tego, co tak naprawdę dla Ziemi znaczą te miliardy ludzi. Warto podkreślić, że nie są zwykłe miliardy istot żywych, zwierząt, które Ziemia dobrze zna. Nie, to ludzie. Każdy z nich tkwi w skorupie swego ego i nie wychyla nosa poza granice swojego przetrwania, odcięty przez kulturowe schematy od otoczenia, od środowiska biologicznego, od życia samego. Ego wydaje się być całkiem niezłym pomysłem ewolucji, swego rodzaju nadrzędnym centrum decyzyjnym, sprawującym kontrolę nad skonfliktowanymi impulsami instynktowymi. Niestety ta kontrola jest tylko skuteczna wtedy, gdy ego ma jakikolwiek kontakt z tymi impulsami. Gdy tego kontaktu brak, ego staje się dla homo sapiens narzędziem autodestrukcji. Gwałtownie postępująca od początku holocenu autonomizacja ego doprowadziła właśnie do tego, czego doświadczamy obecnie, do epoki antropocenu. Ile może zatem znieść Ziemia? Wiele, ale nie ego człowieka, powielone miliardy razy.

Reklamy

O teście na rozumność

Kilka dni temu prowadziłem spotkanie filozoficznego klubu dyskusyjnego w Tarnowskich Górach. Tematem spotkania było globalne ocieplenie – cóż, jakie czasy, takie tematy. Ponieważ formuła klubu jest otwarta, spodziewałem się, że mogą przyjść nowe osoby i nastawiłem się na ewentualną dyskusję z tymi, którzy negują globalne ocieplenie, a tym bardziej jego antropogeniczne pochodzenie. Rozpocząłem spotkanie od przedstawienia pewnych podstawowych wiadomości i zaprezentowania swego stanowiska. Każdy czytelnik tego bloga wie, że jest ono nader pesymistyczne. Ku memu zdziwieniu z grona kilkunastu osób uczestniczących w spotkaniu nie podniosły się żadne głosy protestu. W dyskusji dominowały dwie kwestie. Pierwsza to: „Co możemy zrobić?”, a druga, już na zakończenie: „Czy może pan powiedzieć coś optymistycznego?” Trudne było zwłaszcza to drugie pytanie.

Co możemy zrobić? Możemy podnieść wykładniczo poziom świadomość zagrożeń powodowanych przez kryzys klimatyczny. Wykładniczo bowiem rosną wszelkie wskaźniki zabójczego dla Ziemi wzrostu gospodarczego i eksploatacji zasobów. Linie na wykresach pną się do góry, zbliżając się asymptotycznie do nieuchronnego kresu. Jednak zarazem wzrasta świadomość coraz większej ilości ludzi. I to możemy zrobić – budzić świadomość, nie tylko przez podawanie informacji, ale przede wszystkim przez wzbudzanie emocji. Albowiem żadna zmiana świadomości nie jest możliwa bez wpływu emocji. A za emocjami idzie działanie.

Co do optymizmu to zacytowałem Havla: „Nadzieją nie jest przekonanie, że coś się dobrze skończy, tylko pewność, że coś jest warte zachodu bez względu na ostateczny wynik.” Tak, życie całej przyrody, ludzi, nasze i naszych bliskich jest warte zachodu. Ludzkość ma wpływ na to, czy będzie ono zachowane, czy też zniknie w swej obecnej postaci. Teraz ten wpływ jest ekstremalnie negatywny. Czy to się zmieni? Czy krzywa wykładnicza wzrostu świadomości prześcignie krzywą wzrostu eksploatacji planety i konsumpcji? Przekonamy się w ciągu najbliższej dekady. Tylko na tyle optymizmu było mnie stać.

Na koniec refleksja, którą nie podzieliłem się z mymi rozmówcami, by ich nie zasmucać. Słowa Havla nie wyrażają bowiem nic innego, jak tylko główną zasadę ewolucji – każdy gatunek stara się przetrwać w obliczu zmieniających się warunków środowiska. Jeśli nie przystosuje się do zmian, ginie. Ludzie wyróżniają się jednak spośród całej ziemskiej fauny tym, że to oni sami obecnie powodują zmiany grożące zagładą ich gatunku. Nie jesteśmy homo sapiens, możemy dopiero stać się homo sapiens. Nastąpi to wtedy, gdy zdamy test, jakim jest walka z kryzysem klimatycznym. Jest to walka ludzkości samej z sobą, a zatem zwycięstwo w niej byłoby zwycięstwem najwyższym. Jednak obecne rokowania są marne, wszystko wskazuje na to, że test oblejemy.

O klimacie i starości

Nie jestem stary, mam dopiero pięćdziesiąt pięć lat, ale zdaję sobie sprawę, że z punktu widzenia dwudziestolatka – a tym bardziej dwudziestolatki – jestem stary. W normalnej sytuacji taka myśl wpędziła by mnie w lekką depresję. Ale sytuacja nie jest normalna. Znając perspektywy ludzkości, a raczej ich brak, cieszę się ze swych lat i nie zazdroszczę młodym ich młodości. Gdy będą w moim wieku świat nie będzie dobrym miejscem do życia. Wszystko wskazuje na to, że optymistyczne prognozy IPCC, dotyczące tego że mamy jedenaście lat by zapobiec katastrofie klimatycznej (eh, a rok temu było dwanaście) się nie sprawdzą. A to z bardzo prostego powodu – ludzkość in toto nic nie robi, wydaje się, że ma przyszłe pokolenia w bardzo głębokim poważaniu. Ludzie mnożą się niczym przysłowiowe króliki, konsumują jak szaleni, jakby jutra miało nie być. No właśnie – nie będzie.

Niektórzy martwią się o rosnące obecnie pokolenie, ale ono samo już zaczyna martwić się o siebie. Uosabia je Greta Thunberg. Oto jej słowa: „Chcę, żebyście wpadli w panikę. Chcę, żebyście czuli strach, który ja czuję każdego dnia. A wreszcie chcę, żebyście zaczęli działać. Chcę, żebyście zachowywali się tak, jakby nasz dom płonął. Ponieważ tak właśnie jest”. Nie zazdroszczę jej tej samoświadomości. Nie wiem jak się czuje dwudziestolatek czytający najnowsze prognozy, że cywilizacja się skończy po 2050 roku. Będzie wtedy w moim wieku, co dla niego jest raczej niewyobrażalne. Wiem tylko, że kwestia kryzysu klimatycznego staje się problemem pokoleniowym. Obecne pokolenie jest absolutnie impotentne, niezdolne zrobić nic, aby zachować zdolność do życia przyszłych pokoleń. Proponuje się wszelkiego rodzaju wyjścia z tej tragicznej sytuacji, niestety wszystkie oparte na zachowaniu cywilizacyjnego status quo, czyli nieustannej konsumpcji energii (mój ulubiony absurd to geoinżynieria). A tymczasem zapomina się o najbardziej oczywistym wyjściu – przestać żreć!

Zazdroszczę młodym tylko jednego – będą mogli zweryfikować moje pesymistyczne przewidywania. Już teraz z radością zauważam jaskółki przyszłego kryzysu, a jak czas pozwoli to może zobaczę jego bardziej rozwinięte formy. Zazdroszczę młodym tego, że będą żyli w świecie nawiedzanym przez coraz większe katastrofy klimatyczne, przez miliony uchodźców, wojny i strach, w cudnym świecie rodem z filmów postapo. Słowem, staną się naocznymi świadkami the end of civilisation as we know it. Doświadczą zatem podstawowej satysfakcji poznawczej każdego badacza – której ja raczej będę pozbawiony – polegającej na zobaczeniu, że jego model się sprawdził. Wiem, to czarny humor, ale czy w tej nienormalnej sytuacji coś innego nam pozostaje? Tylko terapia szokowa może coś zmienić.

O czarownicy i filozofie

Kim jest czarownica? Czarownicę rodzi percepcja filozofa, a konkretnie – to rozum stanowi o formie w jakiej postrzegamy czarownicę. Czarownica jest tak właściwie czarownicą tylko wobec filozofa, tworzą bowiem oni nieodłączną parę. Jednak nie jest tak, że to czarownica jest ulubionym obiektem obserwacji filozofa, raczej wdziera się ona w jego pole widzenia, jest sumą tego, czego on widzieć nie chce. Jego intelekt postrzega świat jako porządek i ład, cóż jednak z chaosem i przypadkiem, które tworzą rdzeń natury? Te elementy rzeczywistości są dlań uosobione w postaci czarownicy. Jest ona archetypem życia, a to dla filozofa, zamkniętego w bezpiecznym i poukładanym świecie intelektu, stanowi najwyższe wyzwanie.

Czarownica istniała od zawsze, ale na dobre pojawiła się i dopiekła rozumowi dopiero w epoce Renesansu. To ten czas obciążył wyobraźnię zbiorową człowieka nowożytnego skojarzeniem „polowanie na czarownice”, które tak żywo funkcjonuje w naszych umysłach do dziś. Czym zatem była wtedy czarownica, dlaczego ją prześladowano? Istnieje oczywiście wiele interpretacji tego zjawiska, socjologicznych, psychologicznych, ekonomicznych, religijnych. Jedno jest pewne, że to same prześladowania stworzyły postać czarownicy. Była ona ostatnim krzykiem natury przed jej podporządkowaniem prawom natury, które rozum ostatecznie ustalił pod koniec XVIII wieku.

Renesans odkrył naturę, odkrył także moc pragnień i wiedza magiczna, kapryśna i trudna do zdobycia, została uosobiona w postaci czarownicy. Zarazem jednak walka z czarownicami może być potraktowana jako wyraz zbiorowej neurozy, wyrastającej z poczucia winy z powodu podążania za swymi pragnieniami. W swym dziele De radiis, sive theorica magicarum artium cieszący się na Zachodzie dużą poczytnością średniowieczny filozof arabski al-Kindi stwierdził bowiem, że pragnienie człowieka jest pierwszym i najbardziej istotnym elementem umożliwiającym uzyskanie efektu magicznego. Pragnienie bowiem łączy się z obrazem upragnionej rzeczy, który człowiek nosi w duszy i to jest podstawą praktyk magicznych. Przesłanką jest tu założenie, że świat jest przedłużeniem duszy, czyli to, co na zewnątrz nas jest takie jak to, co wewnątrz, a zatem, jak powiada al-Kindi, człowiek jest podobny do świata.

Z magii korzystają ci, którzy chcą osiągnąć cel swych pragnień. Pragnienia mogą wszakże być wyższe i niższe. Niskie pragnienia krytykuje już Apolloniusz z Tiany, zarzucając, że czarów szukają zawodnicy – by zwyciężyć, kupcy – by zyskać, kochankowie – by się zespolić (Żywot, VII, 39). W Złotym ośle Apulejusza znajdujemy charakterystykę czarownicy Pamfili: „Mówią o niej, że jest we wszystkich cmentarnych zaklinaniach mistrzynią, taką co dmuchając na jakieś kamyczki, patyczki i tego rodzaju głupstewka potrafi cały ten jasny świat podgwiezdny pogrążyć w przepaściach Tartaru i w pierwotnym chaosie. A jak tylko zobaczy jakiego gładkiego chłopaka, zaraz się do jego urody pali i wraz go już ani z oka nie spuści, ani mu chucią swą nie pofolguje. Zasypuje go pieszczotami, owłada jego duszą, przykuwa do siebie więzami głębokiej miłości. Tych zasię, co mniej powolni – mniej dla niej warci – tych przemienia w mgnieniu oka w głazy i w barany; byli tacy, co ich z kretesem zamorzyła”. Taka jest magiczna moc czarownicy.

Dla myślenia magicznego nie ma różnicy między wnętrzem a zewnętrzem. Tym, co łączy te dwa światy jest pragnienie. Być człowiekiem to pragnąć, to dążyć do połączenia tego co wewnętrzne i zewnętrzne. Magia jest zatem sztuką pragnienia. Wszyscy znamy pragnienia, które nie mogą znaleźć swego spełnienia, ale nie wszyscy znamy drogi prowadzące do spełnienia, nie znamy bowiem sztuki. Hieronimus Cardano w swym dziele De varietate podkreśla, że magia rodzi się z przeobrażenia mającego miejsce albo w ciele albo w duszy. Dusza zostaje przeobrażona przez namiętności, a ciało przez okadzenia i posty.

Czarownica pojawia się tam, gdzie milczy Bóg teologów. Jest głosem natury, jest obecnością ducha w śnie materii. Reprezentuje mądrość naszych pragnień, wiedzę zawartą w chaosie życia, w niepojętym dla rozumu splocie wydarzeń. To dlatego Renesans postrzegał czarownicę jako niezależną moc, zdolną zburzyć zastany porządek bytu, porządek, który dla filozofa jest istotą świata. Zmiana, chaos, początek i koniec – to wszystko mu zagraża. Czarownica zagraża bożologicznej ekonomii świata, budowanej przez intelekt filozofa. W 1580 Jean Bodin pisał: „Światu grozi rozpad.” Oznaki tego zagrożenia widział w niepokojących zjawiskach nawiedzających jego czasy, klęskach głodu, zarazach, pomorach zwierząt, wojnach i herezjach, niezwykłych fenomenach astronomicznych. Przyczyną miały być czarownice, których niepojęta aktywność powodowała, że świat wypadał z kolein. Czarownica jest zagrożeniem dla struktury kosmosu, przemieniając go w chaos. Wobec tego niesłychanego zagrożenia już lepiej było uznać, że moc czarownicy pochodzi od diabła, by ją w ten sposób ograniczyć i włączyć do dobrze znanej, prymitywnej dialektyki chrześcijańskiej teologii. Stąd częste oskarżenia czarownic o herezję i kumanie się z diabłem albo z wężem. Czarownica jest uosobieniem buntu, bunt wobec Boga jest tym złowrogim podobieństwem, które łączy ją z diabłem. W postaci czarownicy i w diabolizacji pragnienia wyraża się dążenie do okiełznania rozumem gry namiętności. A tu filozof jest zawsze na przegranej pozycji.

O dążeniu do oświecenia

Jest taka znana opowieść zen, w której mistrz strofuje mnicha za to, że ten chce na drodze medytacji osiągnąć oświecenie. Porównuje to do próby zrobienia z dachówki lustra poprzez jej nieustanne polerowanie. Czyżby zatem praktyka miała nie prowadzić do oświecenia? Jeżeli nie praktyka, to co? Cóż innego pozostaje? To trudne pytanie, jedno z tych, na które nie ma odpowiedzi. Można tylko pokrążyć dookoła, polerując dachówkę, czyli swój umysł.

Dlaczego dążenie do oświecenia może być przeszkodą w jego osiągnięciu? Czyż nie dlatego, że jest dążeniem właśnie, czyli pragnieniem? Czyż buddyzm nie uczy o radykalnym odrzuceniu pragnień? Druga prawda Buddy mówi, że są one źródłem cierpienia, czyli istnienia. Pierwsza prawda naucza: „Wszystko jest cierpieniem”. Znaczy to: realność temu światu nadaje nasze pragnienie, nasze przywiązanie. Filozof by rzekł: istnieć znaczy pragnąć. A zatem by osiągnąć wyzwolenie trzeba pozbyć się pragnienia, przede wszystkim tego najbardziej podstępnego, pragnienia wyzwolenia się z pragnienia. To subtelna pułapka, zastawiona na nasze ego, które „chce” się oświecić. Ego jest „miejscem”, z którego obserwujemy świat, jest centrum świadomości uwarunkowanej, źródłem podstawowego dualizmu. Ego to bazowe przekonanie, że jestem bardziej inteligenty i lepszy niż inni. Ego to mnich mówiący: „Jestem najbardziej pokornym człowiekiem na świecie”. Współcześnie w naukach o mózgu mówi się o „sieci standardowej aktywności” albo „trybie domyślnym” (default mode network) odpowiadającym za nasze poczucie ego (o tym pisałem tu). Medytacja obniża aktywność tej sieci i sprzyja wyzwalaniu się od sztywnych wzorców myślowych, by funkcjonować „bez żadnego trybu”, poza dystynkcjami pojęciowymi. Podstawą istnienia ego jest bowiem język, który oddziela nas od rzeczywistości, zastępując bezpośrednie doświadczenie pojęciami.

Jednakże świat nie jest tak prosty. Jest też takie powiedzenie zen: „Co właściwe macie przeciwko ‘ja’? Wprost przeciwnie, trzeba sobie powiedzieć ‘Go on!’, naprzód do końca! A wówczas pewnego dnia padniesz na twarz i zaznasz doświadczenia. Ale nie osiągniesz tego, jeśli z góry się wycofasz!” Czyżby więc ego było pojazdem do oświecenia? To także nic nowego, tak przecież brzmi najstarsza zasada sztuk walki – wykorzystaj siłę przeciwnika by go pokonać. Albo, jak mówią praktyczni Chińczycy, jeżeli nie możesz pokonać wroga, przyłącz się do niego. Buddyzm radzi zatem, by zaprząc ego do szalonego biegu ku oświeceniu, którego ostateczny cel różni się jednak diametralnie od jego pragnień; psychologia natomiast mówi, że podstawą indywiduacji jest silne ego (oczywiście ego psychologii i ego buddyzmu to dwie różne rzeczy, ale jeżeli nie mieszamy poziomów, to da się ustalić pewne paralele).

No bo jak można osiągnąć oświecenie bez uczynienia choćby kroku w tym kierunku? Czy nie chodzi tu o odpowiednie skierowanie energii, którą zwykle wykorzystujemy do chronienia samych siebie i osiągnięcia założonego celu? Zaraz, zaraz! Cel, skierowanie, osiągnięcie…czy znowu nie ładujemy się w jakąś pułapkę ego? Czy nie dodajemy do subtelnego wysiłku, jakim jest ego, kolejnego wysiłku, tym samym wzmacniając ego? Jak uciec z tej pułapki?

Ego jest niczym zielony jeszcze owoc, który chce już odpaść z drzewa. Nie wie, że musi trochę poczekać, by dojrzeć, zmięknąć i spęcznieć, by móc skutecznie spaść. Może o tym mówi „Pragnienie” Leśmiana?

Żona Shunryu Suzukiego miała kiedyś powiedzieć o swoim mężu: „On nie lubi mówić o oświeceniu, bo go nigdy nie miał.” Wspaniałe! Największym osiągnięciem jest niezauważenie, że cokolwiek osiągamy, ba, że ku czemukolwiek dążymy, mimo iż nie ma dnia bez dążenia ku temu.

Życie jest ciekawe, najpiękniejsza miłość to często ta niespełniona, a najwyższe oświecenie to to nieosiągnięte.

Dla Ewy

O przyszłości fizyki

Lektura książki Kwantechizm Andrzeja Dragana zaowocowała w mej głowie pytaniem: a może fizycy zbliżają się do swoistego „horyzontu zdarzeń”, by użyć ich ulubionego terminu? Nie chodzi mi tu o jakiś „koniec fizyki”, który zapowiadali fizycy w wieku XIX, a sam Hawking w wieku XX. Nie, zwracam uwagę na ograniczenia jakie może napotkać (już napotyka?) fizyka. Po pierwsze, modele matematyczne mikro i makroświata są coraz bardziej złożone matematycznie, a tym samym wymagają coraz większych zdolności w tej dziedzinie. Być może fizycy już od dłuższego czasu zazdroszczą Einsteinowi, który przeszedł do historii fizyki mimo tego, że niebyt sobie radził z matematyką. Mamy tu do czynienia z potencjalnym ograniczeniem możliwości przerobowych mózgów fizyków. Po drugie, jak dobrze wiadomo matematyczny model to jedno, a jego potwierdzenie empiryczne to drugie. Nie dysponujemy i długo nie będziemy dysponować energiami, które by pozwoliły przeprowadzić eksperymenty potwierdzające wyliczenia dotyczące np. teorii strun czy koncepcji grawitacji kwantowej. Tu spotykamy, już obecnie realne, ograniczenie możliwości energetycznych naszej cywilizacji. Może zatem zbliżamy się do „horyzontu zdarzeń” zarówno matematycznego, jak empirycznego? Ponieważ to teoria mówi fizykowi, co ma mierzyć, skupię się tylko na matematycznym „horyzoncie zdarzeń”.

Fizycy, jak wszyscy naukowcy, są optymistami. Wierzą oczywiście w nieskończony postęp, w przyszłe pokonanie wszelkich trudności teoretycznych, w to, że przyszłe pokolenia wydadzą genialne umysły zdolne do ich rozwiązania. Być może tak będzie, ale to wiara, a nie część metody naukowej. Pewną odmianą tej wiary jest wiara w stworzenie sztucznej superinteligencji, która da sobie radę z wszelkimi problemami matematycznymi, niczym Golem XIV Lema. Takie cedowanie zadań na byty pozaludzkie wynika z podskórnej (podkorowej?) obawy fizyków, że wraz z narastaniem naszej naukowej wiedzy o świecie kwestie do rozwiązania skomplikują się na tyle, że z czasem mogą przerosnąć intelektualne zdolności człowieka. To ograniczenie podmiotowe. Dodatkowo trzeba poczynić optymistyczne założenie, że nasz wszechświat jest matematyczny – jak czynią to na przykład Michał Heller, Max Tegmark i wielu innych – inaczej jego matematyczny opis nie będzie w pewnym momencie możliwy. To ograniczenie przedmiotowe.

Bez wątpienia optymizm poznawczy fizyków doprowadził do tego, że tak dużo obecnie wiemy (albo nie wiemy) o strukturze rzeczywistości fizycznej. Ekstrapolują oni eksponencjalny przyrost tej wiedzy w przyszłość. Ponieważ fizycy uwielbiają przeprowadzać w swoich głowach najdziksze spekulacje i eksperymenty myślowe, to i ja sobie na taką spekulację pozwolę. Jeśli rzeczywiście zbliżamy się do „horyzontu zdarzeń” to należałoby oczekiwać bardziej radykalnej zmiany metody niż ta, jaka nastąpiła między fizyką Arystotelesa a fizyką Galileusza i Newtona. Arystotelesowskie umysły wieku XVII odrzucały podejście Galileusza, zarówno empiryczne, jak i matematyczne, pozostając przy swojej metodzie jakościowej, jaką była filozoficzna analiza tekstów. Biblia i Arystoteles były ich „horyzontem zdarzeń”, który wszelako sami sobie narzucili. Współcześnie fizyka radośnie prze naprzód, lecz może dotrzeć do ściany zbudowanej przez ograniczenia – podmiotowe i przedmiotowe – metody naukowej opartej na matematyce. Jeśli tak będzie, to co dalej? A jeśli, wbrew Tegmarkowi i innym, wszechświat nie jest matematyczny i narzuci nam ograniczenia przedmiotowe? Co może zastąpić poznanie matematyczne, tak jak ono zastąpiło poznanie filozoficzne? Czy może pojawić się jakaś inna metoda, która przeprowadzi nas poza „horyzont zdarzeń”?

W tle tych pytań tkwi oczywiście fundamentalna kwestia odmiennych ontologii przyjmowanych przez myślicieli starożytnych i nowożytnych. Nauka nowożytna jest oparta na ontologii naturalistycznej i to z nią najlepiej współgra matematyka. Jeśli więc fizyka napotka rzeczywiście ów „horyzont zdarzeń”, to może doprowadzić do głębokiego kryzysu poznawczego, z którego wyłoni się nowa (a może stara?) ontologia. Autor Kwantechizmu wydaje się być po części świadom tej sytuacji – stąd gnostycki podtytuł jego książki: Klatka na ludzi. Ludzie, czyli nagie małpy, jak ich nazywa z lubością, pozostają zamknięci w bańce percepcyjnej, wyznaczonej przez ontologię jaką wyznają. Istnieje jednak, na szczęście dla nagich małp, więcej niż jedna ontologia.

O Małym Bracie

W powieści Rok 1984 George Orwell przepowiadał nadejście epoki powszechnej kontroli, epoki Wielkiego Brata. Dzisiaj już wszyscy wiemy, że ta epoka nadeszła. Ma ona jednak nie tylko oblicze Wielkiego Brata. Obawiamy się Big Data, ale nie zauważamy Małego Brata. Kim on jest? To zwykły użytkownik internetu, na przykład ktoś posiadający konto na Facebooku. Obserwuje świat, zamieszcza informacje, zdjęcia i filmy. Obserwuje także swoich znajomych – i nieznajomych – na Facebooku. Jest czujny, czyta, komentuje i gdy tylko coś przykuje jego uwagę, coś z czym się nie zgadza, co obraża jego uczucia, robi zrzut ekranu i podnosi raban. Skrzykuje swoich ziomków, by razem z nim walczyli przeciw komuś, kogo pogląd mu się nie spodobał. Zwykle wybucha wtedy shitstorm, entuzjastyczny i bezinteresowny lincz dokonywany przez grupę Małych Braci, zjednoczonych we wspólnym hejcie.

Media społecznościowe to współczesna postać panoptykonu Benthama. Już nie strażnicy, ale każdy uczestnik Facebooka jest obserwującym – i obserwowanym. Permanentna widoczność i czujny nadzór Małego Brata wymusza zmianę zachowań, ważenie wypowiedzi. Internet zamiast służyć wolności słowa zamienia się w narzędzie autocenzury. Internet wszystko pamięta, a Mały Brat chętnie to przypomina i zawsze chętnie donosi wszystkim. Nic dziwnego, że wielu dochodzi do wniosku, że lepiej nic nie pisać albo zniknąć z przestrzeni internetu. Mały Brat jest doskonałym wcieleniem władzy absolutnej, bo zinternalizowanej w każdej jednostce obecnej w internecie. Jest ucieleśnieniem absolutnego konformizmu, który zawsze był marzeniem władców. Ich mottem zawsze było divide et impera. Dziś dzieli Facebook, a rządzi jego algorytm. Tak oto Wielki Brat wyzwala w Małym Bracie to, co najgorsze.

Obserwujemy dramatyczną zmianę w funkcjonowaniu internetu. Wszelka nasza aktywność jest rejestrowana, głównie w celach marketingowych, ale też po to, by wpływać na nasze wybory w wszystkich dziedzinach życia. Internet w oczach jego zwolenników miał być przestrzenią wolności, a stał się miejscem zniewolenia. To nie tylko zniewolenie ze strony rządu, korporacji czy złowrogich agencji. One bez wątpienia wpływają na to, co widzimy i czytamy w internecie, wpływają na nasze decyzje dzięki algorytmom i zwykłej manipulacji. Są Wielkim Bratem. Ale ponadto czuwa nad nami także Mały Brat, inwigilujący nas z własnej i nieprzymuszonej woli, kierujący się tylko swoim idiosynkratycznym widzeniem świata. Internet stał się środowiskiem faszystowskim, w którym pod patronatem Wielkiego Brata sprawnie funkcjonują małe, autorytarne osobowości. Nim zajmie się mną Zuckerberg, zainteresowany zbieraniem Big Data, zwróci na mnie swe czujne oko Mały Brat i wyda osąd. Bo takie miejsca jak Facebook nie służą dyskusji, są natomiast żyznym polem ulubionego zajęcia ludzi, czyli wydawania bezpodstawnych opinii, oceniania i krytykowania. Panoptykon Benthama urzeczywistnił się w naszych czasach, gdy miliony radośnie nadzorują się wzajemnie w sieci.