Archiwum autora: Mirosław Piróg

O Zuckerbergu i poczwórnej dialektyce

Na Facebooku, sprytnym pomyśle pana Zukcerberga, wszyscy uważają, że mają rację i z tego posiadania racji wynikają często najdziksze perturbacje, zwane obrazowo gównoburzami. Bo przecież jak ja mam rację, to osobnik, z którym dyskutuję nie ma prawa jej posiadać – zatem fałsz prawi i muszę to mu dosadnie wykazać. Otóż sprawy się tak prosto nie przedstawiają, co pokażę na dwóch przykładach. Przypomnę najpierw stary dowcip: „Do rebego przyszło dwóch Żydów, by rozsądził ich spór. Pierwszy przedstawił swoje stanowisko. Rebe rzekł: ‘Masz rację’. Potem to samo zrobił drugi. Rebe rzekł: ‘Masz rację’. Wtedy stojący obok uczeń rebego nie wytrzymał i zapytał: ‘Rebe, jak to możliwe, że obaj mają rację?’ Rebe odrzekł: ‘Ty też masz rację’.” Dodam ze swej strony, że rebe też miał rację. Tak się przedstawia to, co nazywam poczwórną dialektyką żydowską, która oferuje wręcz nieskończone możliwości porozumienia się. Szkoda, że użytkownicy pomysłu Zuckerberga w większości nie korzystają z tego pomysłu, zapewniającego dzięki swej poczwórności możliwość dyskusji nawet w przypadku osobników nie będących Żydami.

Ten dowcip przypomina mi też pewną interesującą konstrukcję intelektualną. Znajdujemy ją u największego filozofa buddyzmu mahajany, Nagardżuny, chociaż jest już obecna wcześniej w logice indyjskiej, a nazywa się catuszkoti. Jest to dwuwartościowa logika czterech alternatyw, którą tu przedstawię w uproszczonej formie. Klasyczna logika dwóch alternatyw, znana Arystotelesowi, mówi, że ktoś ma rację albo nie ma racji. Do tego musimy jednak dodać, wedle dawnych Hindusów, dwie kolejne alternatywy. Pierwsza to ta, że ktoś ma rację pod jednym względem, a nie ma racji pod innym. Druga to ta, że ktoś ani nie ma racji, ani ją ma. Zatem każda rozważana kwestia albo jest prawdziwa, albo nieprawdziwa, albo jedno i drugie, albo też ani jedno ani drugie. Nagardżuna, jak to buddysta, dodawał, że z pomocą żadnej z tych alternatyw nie możemy intelektualnie opisać rzeczywistość, która jest pusta (śunja). Jednak nie wchodząc w niuanse buddyjskiej wizji świata, warto zauważyć, że proste przeciwstawianie prawdy fałszowi jest niczym innym jak zabójczo zubożonym ujęciem rzeczywistości i głównym źródłem najdzikszych komplikacji w życiu człowieka. Nie jest bowiem tak, że przeciwieństwem prawdy jest zawsze fałsz, co można zilustrować prostym przykładem, gdy zapytani o aparycję jakiejś osoby odpowiadamy: „Nie jest ona nieładna”. Życie jest bardziej skomplikowane niż to sobie wyobrażał Arystoteles.

Reklamy

O taoistycznej krytyce cywilizacji

Nie tylko w Księdze rodzaju, o czym pisałem tydzień temu, znajdujemy mocną krytykę źródeł współczesnej cywilizacji. Także w taoistycznej przypowieści powstałej w IV wieku p.n.e., a pochodzącej z Prawdziwej księgi południowego kwiatu Czuang-tsy, napotykamy historię nawiązującą do najważniejszego problemu neolitu, jakim jest mechanizacja życia. Czytamy tam: „[Uczeń Konfucjusza] Tsy-kung pojechał na południe do kraju Cz’u. w drodze powrotnej do Tsin przejeżdżając przez Han-in zobaczył starca pracującego w swoim ogrodzie. Kopał on rowki prowadzące do studni, z której glinianym dzbanem czerpał wodę, żeby ją do tych rowków nalewać. Choć ciężko się trudził, wyniki miał małe. [Widząc to] Tsy-kung powiedział: – ‘Istnieje do tego przyrząd, który jeden dzień nawadnia sto zagonów. Siły używa się bardzo mało, wyniki są bardzo duże. Czybyś, mistrzu, nie chciał [mieć czegoś takiego]?’ Ogrodnik wyprostował się i spojrzał na Tsy-kunga. – ‘W jaki sposób to działa?’ ‘ – Wycina się z drzewa dźwignię z tyłu ciężką a przodu lekką, która podnosi w górę zaczerpniętą wodę, wylewającą się jak kipiący wrzątek. Nazywamy to pompą.’ Ogrodnik z oburzenia aż się zmienił na twarzy i uśmiechając się złośliwie powiedział: ‘ – Słyszałem od mego mistrza, że ludzie mający przemyślne przyrządy z konieczności przemyślnie prowadzą swoje sprawy, a postępując przemyślnie muszą mieć serca przemyślne. A kiedy podstępne serce tkwi w piersiach, to pierwotna szczerość nie może być całkowita, a kiedy czysta szczerość nie jest całkowita, to siły żywotne nie są utwierdzone. Kiedy siły żywotne nie są utwierdzone, to duch jest chwiejny. Kiedy duch jest chwiejny, wtedy nie ma miejsca na tao. Nie znaczy to, żebym nie wiedział o takich narzędziach, ale wstydzę się ich używać.”

Tak, przemyślność jest największym powodem do dumy współczesnego człowieka, to ona pozwoliła mu wymyślić niesamowite teorie naukowe, skonstruować cuda inżynierii, jak również obmyślać najnowsze wcielenie maszyny – algorytmy. Jednak dla tego Chińczyka była ona powodem do wstydu, gdyż przemyślność oddzielała go od tao. Oddzielenie to przejawia się najpierw jako przemyślne, podstępne serce, które odczuwa świat jako proces mechaniczny, a następnie manifestuje się jako instrumentalne myślenie, dążące do konstruowania struktur eksploatujących ten świat. O negatywnym wpływie mechanizacji życia obficie opowiada Lewis Mumford w swojej książce Mit maszyny. Stawia w niej tezę, że ludzie utożsamiają postęp z wzrastająca mechanizacją życia społeczeństw, mającą na celu opanowywanie coraz większych połaci rzeczywistości i poddawanie ich kontroli człowieka. Mechanizacja życia człowieka wyraża się w powtarzalności, bezosobowości i czysto ilościowym ujmowaniu świata. Maszyna jest ucieleśnieniem kontrolującego ładu budowanego przez instrumentalny rozum. Maszyna to ten fragment wszechświata, który jest naszym tworem, na którym sprawujemy kontrolę. Maszyna spełnia zatem swe funkcje zgodnie z naszą wolą i tym samym zaspakaja nasze egoistyczne potrzeby. Cywilizacja to maszyna, kultura – której przedstawicielem jest ów Chińczyk – to tao.

Carl Gustav Jung z kolei opowiada w swoich Wspomnieniach, snach, myślach o tym, jak wódz Indian Pueblo Oczwie Biano otworzył mu oczy na szaleństwo białego człowieka, który uważa, że myśli głową, podczas gdy Pueblosi myślą sercem. Tak, jesteśmy szaleni, a współczesna cywilizacja globalna jest najlepszym wyrazem tego szaleństwa. Jesteśmy oddzielni od swego centrum i pogrążeni we frenetycznym poszukiwaniu kontroli nad wszystkim, co nas otacza. Jak pisze Jung, ludzie są niczym drapieżne ptaki, łupieżcy i piraci, chcą nad wszystkim panować i ze wszystkiego czynić ofiarę dla siebie. Bo ten, kto nie posiada siebie pragnie posiadać wszystko, co nie jest nim. To pragnienie definiuje nasze człowieczeństwo, a jest ono wyrazem zmagania się człowieka z fundamentalną niezbornością jego egzystencji. Mechanizacja nieodłączna od zbiorowego życia jest tym, co człowiekowi ową niezborność ma wynagrodzić, oferując ersatz obdarzonego sensem i twórczego życia. Jest to jednak największe złudzenie człowieka, który od czasów neolitu coraz bardziej widzi w wytworach swej woli spełnienie swoich pragnień. Uważa te pragnienia za istotę swego życia, a tymczasem one jedynie wyrazem podstawowych braków jego egzystencji.

O pierwszym paszkwilu na neolit

Gdzie znajdujemy pierwszą krytykę podstaw współczesnej cywilizacji? Ano już w „Księdze Rodzaju”, gdzie czytamy boskie słowa, klątwę skierowaną do Adama tuż przed wygnaniem go z raju: „Przeklęta niech będzie ziemia z twojego powodu: w trudzie będziesz zdobywał od niej pożywienie dla siebie po wszystkie dni twego życia. Cierń i oset będzie ci ona rodziła” (3,17-18). Z jakiego to raju Adam został wygnany? Z raju paleolitu, z którego popadł prosto w kierat neolitu. Osiedlenie się człowieka i uprawa ziemi wcale nie były czymś tak wspaniałym, jak się niektórym do dziś wydaje. Warunki życia nie poprawiły się znacząco, a stan zdrowia neolitycznych rolników pozostawiał wiele do życzenia, stali się drobniejsi i bardziej chorowici, a nawet ich mózgi uległy zmniejszeniu. Wzrastająca gęstość zaludnienia z kolei wpływała negatywnie na psychikę, ukształtowaną w ciągu tysięcy lat paleolitu przez życie w niewielkich grupach. Hierarchizacja życia społecznego i postępujące rozwarstwienie w obrębie osad i miast wydobyły na jaw najgorsze strony ludzkiej natury. Impulsem ku osiedleniu była być może chęć polepszenia bytu materialnego, pragnienie zapewnienia sobie bezpieczeństwa, stałości podaży pokarmu i stabilności relacji społecznych, czyli ostatecznie podążanie za zasadą przyjemności. Skutki jednak jakie za sobą pociągnęło były wprost odwrotne do zamierzonych, życie osiadłe okazało się bowiem najkrótszą drogą do kumulującego się w kolejnych pokoleniach cierpienia całej ludzkości.

Doprawdy, nie tylko ziemia, ale i Ziemia jest przeklęta z powodu człowieka. Ziemia stała się dla rolnika neolitycznego przedmiotem, surowcem, z którego pozyskiwał żywność. Rośliny i zwierzęta stały się jedynie środkami do zaspokajania potrzeb człowieka, wszystko, co go otacza stało się tylko czymś przydatnym, podręcznym i do wykorzystania, pozbawionym wszelkiej innej funkcji poza służeniem człowiekowi. Ten przedmiotowy i utylitarny stosunek do Ziemi jest główną cechą współczesnej cywilizacji globalnej i został także wyrażony w słynnym biblijnym wersecie: „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną” (1,28). I ludzie posłuchali owych słów, na własną zgubę.

Początkowe rozdziały „Księgi Rodzaju” to pierwszy paszkwil na neolit. Ten, kto je napisał wykazał się nie tylko dobrą intuicją odnośnie przyszłości, ale i wyraził swoje rozczarowanie neolitem, uprawą roli i życiem zbiorowym, jak również pragnienie dominacji i kontroli nad życiem na Ziemi, co można uważać jako swego rodzaju kompensację za utratę paleolitycznego raju. Dzisiaj krytykowany przez niego sposób życia człowieka, wówczas tylko w formie zapowiedzi, w pełni ujawnił wszystkie swe negatywne aspekty. Eksploatacja całej planety, przeludnienie, groźba radykalnych zmian klimatycznych – to wszystko jest pokłosiem neolitycznej rewolucji agrarnej, doświadczonej jako upadek człowieka i wygnanie z raju. Można wręcz uznać ostatnie dziesięć tysięcy ludzkiej historii za okres gorączkowych prób powrotu do rajskiego stanu, prób podejmowanych za pomocą tego, co człowiek miał najlepszego na podorędziu – przemyślności i woli, generowanych przez coraz bardziej różnicującą się świadomość. Efekty tego wysiłku, obecnie dojmująco doświadczane przez ludzkość, są jednak destrukcyjne. Klątwa dalej działa.

O iluzji kontroli

Psycholożka społeczna Ellen Langer przeprowadziła kiedyś ciekawy eksperyment. Proponowała pracownikom firmy kupony loterii w cenie jednego dolara. Chętnym do zakupu albo wręczała kupon albo też rozkładała wachlarz kuponów i prosiła, by sami wybrali jeden. Po dwóch tygodniach wracała i prosiła o odsprzedanie jej kuponów, usprawiedliwiając to tym, że chętnych jest więcej niż kuponów. Ci którzy otrzymali od niej kupon, odsprzedawali go za średnio dwa dolary. Jednak ci, którzy sami wybierali kupony z wachlarza cenili je sobie dużo bardziej – chcieli za nie średnio prawie dziewięć dolarów! Padli ofiarą błędu poznawczego zwanego iluzją kontroli, łudząc się, że kupony, które sami wybierali są przez to bardziej wartościowe.

Dzięki iluzji kontroli świat wydaje się nam bardziej przewidywalny, czujemy się bardziej pewni siebie, przypisujemy sobie i otoczeniu większą wartość. Nawet jeśli rachunek prawdopodobieństwa mówi nam, że się mylimy, to dalej trwamy w przekonaniu, że nasze kupony są jakoś szczególnie wybrane. Jeszcze dobitniej wagę tego złudzenia pokazuje efekt pewności wstecznej, nazwany tak przez Barucha Fischhoffa. Polega on na tym, że przewidując jakieś wydarzenia, po ich zajściu przeceniamy swoje zdolności predykcyjne i twierdzimy, że byliśmy pewni, iż to właśnie się stanie, co się wydarzyło. Wszystko po to, by czerpać ową podstawową satysfakcję z powiedzenia: „A nie mówiłem, że tak będzie!” Wydaje nam się, że potrafimy przewidywać w sposób o wiele trafniejszy niż to jest rzeczywiście możliwe i czerpiemy z tej iluzji poczucie pewności sięgające w przyszłość.

Dzięki tym i dziesiątkom innych błędów poznawczych nasza świadomość utwierdza się w przekonaniu, że w tym świecie nie tylko można przeżyć, ale że także można go kontrolować. Wydaje się jej nie przeszkadzać, że to przekonanie jest iluzją, ważnie jest, że daje pewność. Świadomość uwielbia działać wedle własnego widzimisię, nie zważając na rzeczywistość. A gdy ta skrzeczy nadmiernie, to bogaty arsenał iluzji poznawczych podsuwa inspirację do stworzenia systemu ultymatywnej kontroli, jakim jest religia i jej bogowie.

Błędy poznawcze tropione dziś przez psychologię są pozostałościami po procesie ewolucyjnego kształtowania się naszej świadomość, swego rodzaju psychicznymi atawizmami. Współczesna postać świadomości, sposób jej funkcjonowania, pozostawia wiele do życzenia. Niegdyś Hindusi rozpoznali ją jako rodzącą cierpienie, a obecnie miliony ludzi codziennie łykają antydepresanty i środki przeciwbólowe. Ale cóż, podobnie jak rozmaitego rodzaju złudzenia optyczne nie przeszkadzają nam tak bardzo w codziennym życiu (no, chyba że z ich powodu spowodujemy wypadek drogowy, w którym zginiemy), tak błędy poznawcze tworzą naszą codzienność, utkaną z iluzji.

O Facebooku i nieświadomości

Parę lat temu przeprowadzono ciekawy eksperyment społeczny. Kilkadziesiąt tysięcy ludzi mających konta na Facebooku wypełniło kwestionariusz osobowościowy. Następnie pozwolono by algorytm Facebooka sprofilował ich osobowość wyłącznie na podstawie ilości lajków, jakie przyznawali różnym postom. Potem porównano wyniki algorytmu z ocenami znajomych tych osób, jak też bliskich i małżonków. Okazało się, że algorytm potrzebował 150 lajków, by być lepszym niż członek rodziny, a jedynie 300 lajków, by lepiej przewidywać nasze skłonności, opinie i pragnienia niż współmałżonek. Czasem algorytm lepiej sobie radził niż nawet badana osoba, zapytana na przykład o poziom swego zaangażowania w sieć społecznościową. Badacze podsumowali te wyniki stwierdzeniem, że ludzie mogliby porzucić własne sądy psychiczne i oprzeć się na komputerach przy podejmowaniu ważnych życiowych decyzji.

Wyniki tych badań mnie nie dziwią. Utożsamiamy się z naszym świadomym ja, które jest niczym innym jak tylko mniej lub bardziej spójną opowieścią na własny temat, budowaną przez lata narracją często nie mającą nic wspólnego z tym, jacy naprawdę jesteśmy. Spontaniczne, impulsywne reakcje na wiadomości i obrazy pojawiające się na Facebooku ujawniają natomiast nasze nieświadome tendencje. Nieświadomość tak naprawdę rządzi naszym życiem, dyktuje nasze wybory i odpowiada za najgłębsze pragnienia. Jej nazwa – niebyt zresztą szczęśliwa i nieco myląca – nie znaczy bowiem, że nieświadomość nie istnieje. Wprost przeciwnie, przejawia się w każdej sekundzie naszego życia, wpływając na przykład na wyraz naszej twarzy, niewidoczny dla nas, ale doskonale widoczny dla naszego rozmówcy, który może odebrać mówione przez nas słowa nie zgodnie z ich werbalną treścią, ale wedle tego, co rysuje się na naszej twarzy. Nieświadomość odpowiada za wszystkie ekspresje naszej osobowości, które tylko małym stopniu moderowane przez świadomość, a często w ogóle. Świadome ja jest niczym malutka wysepka pływająca po oceanie nieświadomości, mogąca najczęściej tylko przytakiwać płynącym z niej impulsom.

Media elektroniczne uznawane za swego rodzaju „zbiorową świadomość” ludzkości są w rzeczywistości idealnym sposobem manifestowania się nieświadomości. Po mowie i piśmie są trzecim ludzkim wynalazkiem, który w ciągu dwu ostatnich dekad (co za tempo!) zrewolucjonizował komunikację międzyludzką i obecnie najbardziej spektakularnym nośnikiem procesów nieświadomych. Dzięki nim w ciągu minut najdziksza głupota może dotrzeć do umysłów tysięcy ludzi, bo jej twórca czuje się anonimowy. Poczucie anonimowości sprzyja temu by z psychiki wyłoniło się to, z czym się nie utożsamiamy, czyli treści naszej nieświadomości. Mimo że mamy na Facebooku do dyspozycji tylko litery, zdjęcia i filmiki, to wystarczy, by się odsłonić. Nawet najbardziej uporczywe próby kreowania swego image na Facebooku prowadzą nieuchronnie do czegoś przeciwnego – do ujawnienia tego, kim naprawdę jesteśmy. Twój awatar więcej mówi o tobie, niż sam o sobie wiesz. I to, kim jesteś, może poznać nie tylko twój znajomy, ale też bezosobowy algorytm, upiorny zwiastun czasów, które nadchodzą, czasów nieświadomej inteligencji.

O prawdziwej religii

Ponad ćwierć wieku temu rozpocząłem pracę w liceum, jeszcze jako student ostatniego roku filozofii. Uczyłem w nim etyki i filozofii. Pewnego dnia miałem trochę wolnego czasu i postanowiłem pochodzić po gmachu szkoły i podsłuchać pod drzwiami sal lekcyjnych, co tam się w środku dzieje. Geografia, matematyka, polski – zza drzwi dochodziły dobrze mi znane odgłosy, odwieczne echo odwiecznie przepowiadanych smutnych treści. Podszedłem pod salę, w której odbywały się lekcje religii, którą dopiero co wprowadzono do szkół. Nie mogłem sobie odmówić podsłuchania i tej kategorii przepowiadania. W sali było cicho i bardzo wyraźnie usłyszałem słaby, nieśmiały i wręcz wycofany głos księdza. Pierwsza myśl, jaka mi przyszła do głowy to: „Tak się nie mówi o Bogu!” Bóg wymaga czegoś większego niż neurotycznego bełkotu podrzędnego absolwenta seminarium duchownego, czegoś więcej niż wymęczonego potoku stereotypowych słów, wyuczonych na wykładach. Śmiercią religii jest jej popadnięcie w płytkie umysły i w jeszcze płytsze serca, pozbawione choćby grama doświadczenia. Nie ma bowiem nic gorszego na tym świecie niż ludzie aspirujący do bycia religijnymi, a mówiący o tym, czego nie doświadczyli. Ich mowa rodzi jeno religię instytucjonalną, będącą żałosną parodią doświadczenia religijnego, nazwanego przecież tak dlatego, że transformuje całego człowieka. Tylko pełne doświadczenie rzeczywistości może być nazwane religią. A jeśli jest ono pełne, to wtedy możemy mówić o nim pełnym głosem, pokładając w nim całe swoje serce.

Sanskrycki termin śraddha, przekładany zwykle jako wiara, może nam tu posłużyć jako pomoc w zrozumieniu tego, co oznacza pokładanie w czymś serca. Znaczenie tego terminu oscyluje między „zaufaniem” (patrz gr. pistis) a „poświęceniem”. Wywodzi się on ze złożenia rzeczownika śrad („serce”) i czasownika dha („umieszczać”). Oznacza zatem włożenie w coś serca. Tak, wiara religijna jest naszym doświadczeniem tylko wtedy, gdy „pokładamy w czymś serce”, to znaczy, gdy angażujemy całego siebie w to, co nazywamy swoim życiem. Nie chodzi tu o jakąś doktrynę religijną, która zawsze jest wtórna, a ten kto pokłada w nią swe serce, traci swoje życie. Chodzi o to, co robimy w i ze swoim życiem. Bo prawdziwą religią człowieka może być tylko jedno – jego życie. Religia jest wywodzona od łacińskiego terminu religare czyli „ponownie jednoczyć”. Religia jest zatem tym, co jednoczy nas ze swoim życiem.

O pewnym pożytku z głupoty

Pisałem już na moim blogu o głupocie, w niezbyt pochlebnych słowach (tu). Okazuje się jednak, że głupota, jak wszystko na tym świecie, ma swoje dobre i złe strony. Pomimo wielu wad ma ona właściwie jeden mocny pozytyw: pozwala szybko podejmować decyzje. Gdy moja wiedza jest mocno zróżnicowana, gdy znam wiele „za” i „przeciw”, wtedy trudno mi podjąć decyzję bez wcześniejszego, nieraz dosyć długiego, procesu deliberacji. Jeśli natomiast jestem głupi i w mej głowie nie ma żadnych opcji do wyboru – gdyż człeka głupiego cechuje obecność tylko jednej myśli w jego łepetynie – wtedy decyzję podejmuję bez wahania, nawet nie myśląc o niej jako o akcie wyboru, bo przecież sprawa jawi mi się jako prosta jak drut. Oczywiście efektem tej decyzji może być totalna katastrofa, jak to zwykle bywa w przypadku pojedynczych głupców, ale gdy spojrzymy na całość dziejów ludzkości możemy dojść do odmiennego wniosku. Jak pokazuje historia zbiorowe decyzje indywidualnych głupców ulegają swego rodzaju uśrednieniu, w efekcie którego otrzymujemy ten wesoły świat taki, jakim jest, napędzany w swym absurdalnym trwaniu przez miliardy bezmyślnych decyzji. Ba, nawet jeśli głupiec zasiada na tronie to też jego głupota wiele nie zmienia, na co wskazują pocieszające słowa hrabiego Axela Gustafssona, siedemnastowiecznego szwedzkiego polityka, najbliższego współpracownika Gustawa II Adolfa: „Czyż nie wiesz, mój synu, jak mało trzeba rozumu do rządzenia światem!” Zatem cieszmy się, że wrodzona głupota ludzi nie szkodzi ich przetrwaniu. Dzieje się tak z prostego powodu – jest ona przejawem fundamentalnej irracjonalności życia.