Archiwum autora: Mirosław Piróg

O dumie w czasach niepewności

Istotą „ja” jest to, że chce ono być z czegoś dumne, chce czuć siłę i podstawową ufność w siebie. Takie korzenie zdrowej dumy „ja” może uzyskać dzięki miłości i bezwarunkowej akceptacji rodziców. Jest to jednak rzadki przypadek w naszym smutnym świecie. O wiele częściej budujemy poczucie „ja” pozbawieni tych korzeni, polegając na osobistych dokonaniach, na bogactwie zgromadzonym w życiu, na jakichkolwiek osiągnięciach, które dają nam wartość w oczach innych. Nasze „ja” nie jest bowiem tym, czym nam się wydaje – czymś tylko naszym, intymnym, subiektywną manifestacją naszego istnienia. Jest tworem, który powstaje w naszej psychice pod wpływem innych ludzi i kształtuje się w ciągłej interakcji z otoczeniem. „Ja” przeczuwa, że jest tylko praktyczną iluzją adaptacyjną i dzięki dumie chce utwierdzić się w istnieniu poprzez osadzenie się w otoczeniu społecznym. Pięknie to przybliża angielskie słowo pride, oznaczające nie tylko dumę, ale też stado, stado zwierząt, stado lwów. Bycie członkiem stada to pierwotne, ale też najbardziej prymitywne, źródło poczucia dumy. Ja sam mogę czuć się nikim, ale jako członek dowolnego stada – rodu, plemienia, narodu, rasy – jestem kimś. Mogę przejawiać naturalną, genetyczną by tak rzec, dumę, jeśli jestem potomkiem dostojnego rodu. Wtedy za moim jednostkowym „ja” stoi cały szereg przodków, i z pamięci o nich czerpię siłę. Mogę też być członkiem żywotnego plemienia, jak plemię Masajów, opisywane jako dumni wojownicy i pasterze (tylko nie wiem, czy jeszcze takie plemiona istnieją na naszej zniszczonej planecie) i czuć dumę z bycia Masajem. Tak zawsze czynili ludzie, zawsze byli dumni ze stada, do którego przynależą. Pozostałością owych pierwotnych odczuć jest to, że uwielbiamy być w tłumie. Wtedy nasze „ja” jest bardziej zaakcentowane, jesteśmy bardziej odważni, bezczelni, pewni siebie, zuchwali. Dlatego wszystkie osoby słabe i niepewne siebie czują ogromną chęć przynależności do tłumu, grupy, organizacji, czegokolwiek, co stanowiłoby namiastkę stada. By utrzymać swoją przynależność do tłumu jednostka bezwiednie przejmuje zbiorowe mniemania, zlewając swoje „ja” z innymi „ja”. Tworzy się psychologia tłumu, oparta na zabójczej dialektyce pomiędzy „ja” a tłumem. Kruchość i pozorność owej dialektycznej więzi najlepiej obnaża zjawisko paniki, gdy każdy czuje już tylko swoje „ja”, innych traktując jak przeszkody i tratując ich w walce o drogę wyjścia z zagrożenia.

Niestety, we współczesnych społeczeństwach nie jest możliwa autentyczna partycypacja w stadzie. Dziś prawdziwych stad już nie ma. Pozostaje nam tylko tłum, w którym zbieramy się razem z nieznanymi osobami, na chwilę połączeni jakąś abstrakcją. Dzisiaj mogę czerpać swoją dumę z pustych abstrakcji historycznych czy futurystycznych, snując opowieści o „wielkiej lechii”, albo „wielkiej serbii”, lub też pragnąc „make america great again” (z premedytacją używam małych liter, majuskuły są dla mięczaków). Mogę też identyfikować się z mniej lub bardziej wirtualnymi grupami ludzi, ze społecznymi konstruktami, które uznaję za rzeczywiste. To nader popularny sposób budowania poczucia „ja”, szczególnie w naszych czasach, czasach niepewności, braku bezpieczeństwa i uczucia osobistego zagrożenia, czasach, w których zatomizowane i wykorzenione jednostki próbują zakotwiczyć gdziekolwiek swoje „ja”, by w ogóle poczuć, że istnieją. Niestety, takie kompulsywne poszukiwanie powiązań i przynależności prowadzi prostą drogą do nacjonalizmu, rasizmu i pokrewnych im demonów, takich jak faszyzm (od wł. fascio, „związek”). Mają one kuszący urok dla tych, których życie przerosło, dla wykorzenionych i zagubionych, gdyż dają owo rudymentarne – i patologiczne zarazem – poczucie dumy wynikające tylko z tego, że jest się członkiem wirtualnie zdefiniowanej grupy, na przykład „czystego rasowo” narodu. Grupa ta to jednak tylko wspólnota wyobrażona, pseudoplemię, jest ona czymś bardziej pożądanym niż realnym. Im bardziej jednak jest pożądana, tym bardziej jawi się jako nieosiągalna. Pojawia się więc frustracja, budząca negatywne emocje, złość, nienawiść i wrogość wobec każdego, kto wydaje mi się obcy, kto nie jest członkiem mej – nieistniejącej przecież – grupy. Wynika ona ostatecznie z tego, że nie mogę być „sobą”, gdyż nie mam żadnego stada, do którego mógłbym przynależeć, że jedyne co znajduję to nędzne namiastki „bycia razem”, surogaty wspólnoty, grupy ludzkie spajane jedynie wspólną niechęcią do obcych. To dlatego z taką nienawiścią spotykają się uchodźcy, prezentujący ad oculos sytuację krańcowego wykorzenienia i braku bezpieczeństwa. oni niczym źdźbło w oku świata, które boleśnie przypomina o tkwiącej w naszym oku belce, belce, która nas przygniotła.

Reklamy

O patologii rozumu

Tydzień temu pisałem o pożytkach z irracjonalności. Miałem na myśli jej pozytywne formy, takie jak przeżycia duchowe czy artystyczne, albo chociażby zwykłą zabawę. Irracjonalność ma też swoją ciemną stronę, która ma z kolei wiele szarych obliczy. W naszych czasach nader rozpowszechnione jest zwłaszcza jedno z nich, które nazywam patologią rozumu. To irracjonalność strojąca się w piórka nauki, przedstawiająca samą siebie jako jedyną alternatywę dla nauki i często powołująca się na wybiórczo podane wyniki badań naukowych (fachowo nazywa się to „wybieraniem wisienek”). Dobrym przykładem na polskim poletku jest działalność Jerzego Zięby. Parafrazując podtytuł jego książki, mówi on to, czego ci nauka nie powie. Wykorzystując fakt, że szerokie koła są jak najdalsze od metodycznego myślenia naukowego, proponuje im „fakty alternatywne” (termin ukuty przez Kellyanne Conway, doradczynię Trumpa). Gdyby przybrał szaty szamana i przy wtórze bębna leczył chorych, to byłby przynajmniej szczery i autentycznie irracjonalny. Cóż, współcześnie aby być skutecznym musi jednak przedstawiać się jako lekarz i odwoływać się do argumentów, choćby wyssanych z palca. Przypomina to znane z geologii zjawisko pseudomorfozy kryształów, gdyż Zięba w swym przekazie naśladuje kształt nauki, ale treści jakie podaje są w większości szaro irracjonalne. Typów mu podobnych zwykłem nazywać „naukowcami wyklętymi”. Dzielą się oni na dwa rodzaje. Pierwszy rodzaj to osobnicy o większych ambicjach „naukowych”. Tu lokują się fani fizyki kwantowej (Amit Goswami), biologii (Bruce Lipton), psychologii (David Hawkins) czy też – last but not least – kreacjoniści. Drugi rodzaj to swego rodzaju plebs „naukowców wyklętych” – tu zaliczam Ziębę, antyszczepionkowców, denialistów klimatycznych czy zwolenników płaskiej Ziemi. Tak czy siak, oni wszyscy starają się naukopodobnymi ciągami argumentów naśladować nieudolnie naukę, patologizując tym samym rozum.

Istnieje jednak jeszcze gorszy rodzaj patologizacji rozumu, bo trudniejszy do rozpoznania, a którego klinicznym przykładem ekonomia. Uznaje się ją bowiem za naukę, wykłada na uniwersytetach, przyznawane są nagrody Nobla z ekonomii. Podlega ona jednak nieustannym procesom patologizacji, czego najbardziej dramatycznym wyrazem jest to, że obecnie uważa się kapitalizm neoliberalny, ideologię ekonomiczną kształtującą gospodarkę na całej planecie, za racjonalny sposób postępowania. Jak to mawiają, są tylko dwa rodzaje ludzi wierzących w nieskończony wykładniczy wzrost gospodarczy na skończonej planecie – to wariaci i ekonomiści. Ideologiczna wiara w jakiś system, czy to ekonomiczny, filozoficzny czy też religijny to najgorsza patologia rozumu. Wynika ona z podstawowej funkcjonalnej wady świadomości człowieka, jaką jest uznawanie swoich przekonań za racjonalne bez podania wystarczających uzasadnień. Wada ta ma wiele przyczyn, od czysto psychologicznej osobistej ambicji, przez pragnienie zysku, po rozmaite uwarunkowania społeczne. Ludzkość prawie nigdy nie kierowała się czysto racjonalnymi przesłankami w swoich działaniach. Jednak to współcześnie irracjonalność przybrała swoją najbardziej niebezpieczną postać – patologii rozumu. W tym kontekście nie dziwi mnie suicydalna w gruncie rzeczy tendencja współczesnej cywilizacji, by swe istnienie skończyć przerabiając całą planetę na żarcie i produkty przemysłowe.

Glossa osobista. Jako człowiek studiujący niegdyś fizykę nie jestem przeciwnikiem metody naukowej, która moim zdaniem stanowi jedno z największych osiągnięć ludzkości ostatnich stuleci. Uważam wszelako, że naukowa metoda generowania wiedzy nie jest metodą jedyną. Nauka jest uprawiana w perspektywie trzecioosobowej i wyłącznie w tej perspektywie ma jakiekolwiek znaczenie. Rugowanie wiedzy pozyskiwanej innymi metodami, opartymi o perspektywę pierwszoosobową, jest jedynie wyrazem mentalnych ograniczeń naukowców wynikających z ich monoideicznie sprofilowanego wykształcenia. Czymś jeszcze bardziej odrażającym jest jednak ideologia scjentystyczna głosząca, że poznanie naukowe jest jedynym i najwyższym z możliwych sposobów poznania dostępnych człowiekowi. Tu wymienię Tomasza Witkowskiego i Marcina Rotkiewicza jako popularnych w Polsce ideologów scjentyzmu. Ponadto moim zdaniem także naturalistyczne stanowisko nauki jest zbyt wąsko rozumiane przez naukowców. Ale to już temat na całkiem inną opowieść.

O pożytku z irracjonalności

Pomimo, że człowiek chlubi się swoją rozumnością, bo przecież homo sapiens jest, to zauważyć należy, iż irracjonalność także ma swe zalety. Oskar Wilde napisał kiedyś: „Skłonny jestem zdefiniować człowieka jako racjonalne zwierzę, które zawsze wpada w szał, gdy żąda się od niego, by działało zgodnie z nakazami rozumu”. Zawsze uważałem, że definicja człowieka jako animal rationale jest idealną definicją osobowości psychopatycznej. Zapytajmy jednak skąd ów szał, o którym pisze Wilde. Jedną z odpowiedzi jest to, że człowiek nie może żyć tylko zgodnie z nakazami rozumu, że kwestią higieny psychicznej jest uznawanie przez niego pewnych irracjonalnych wyobrażeń jako sensownych. Przykładem takich wyobrażeń są symbole religijne. Kształtowały się one przez tysiące lat istnienia ludzkości i stanowią swego rodzaju psychiczną glebę, na której zawsze wzrastało życie ludzkie. Uznawanie takich wyobrażeń oburza nasz intelekt i zmysł naukowy, lecz zapewniały one przetrwanie gatunku ludzkiego przez praktycznie cały czas jego trwania. Współczesny umysł je odrzuca, albo patologizuje, jak to się ma w przypadku wszelkiej maści fundamentalizmów. Dziś chcemy wszystko wyjaśnić naukowo. Jednak trudno się nie zgodzić ze zdaniem Wittgensteina: „Czujemy, że gdyby nawet rozwiązano wszelkie możliwe zagadnienia naukowe, to nasze problemy życiowe nie zostałyby jeszcze nawet tknięte”. Dziś mamy na wszystko odpowiedzi naukowe, lecz zapomnieliśmy pytań o to, co najważniejsze w naszym życiu. Życie jest irracjonalne i zbyt dużo jednostronnego racjonalizmu mu szkodzi. Tak jak potrzebujemy snu i jego feerii marzeń sennych, tak samo konieczna dla nas jest spora dawka tego, co irracjonalne. W badaniach nad szczurami dowiedziono, że szybciej umierają pozbawione snu niż jedzenia. U ludzi pozbawionych koniecznej dozy irracjonalności pierwej umiera ich dusza nim ich ciało, albowiem bez ponoszenia szkody na swoim życiu psychicznym człowiek może znieść tylko ograniczoną dawkę racjonalności.

O molochu

1 lipca 1916 roku, w pierwszym dniu bitwy nad Sommą, zginęło prawie 20.000 atakujących żołnierzy angielskich, a 36.000 zostało rannych. Byli to przede wszystkim ochotnicy, szeregowi piechurzy pozbawieni doświadczenia, ale pełni patriotycznego entuzjazmu. Chcieli się wyrwać z fabryk i kopalni, by przeżyć przygodę życia, zwaną wojną. Mimo rażących błędów dowództwa brytyjskiego, liczba zabitych była w dużej mierze efektem użycia przez Niemców nowej broni – karabinów maszynowych Maxima, wystrzeliwujących sześć kul na sekundę. Policzono, że w pierwszej fazie ataku na minutę ginęło 3000 ludzi. W przeciągu następnych czterech miesięcy w tej największej bitwie w historii ludzkości zginęło ponad milion ludzi. Zastosowano w niej też wszelkie nowinki techniczne służące zabijaniu ludzi: broń chemiczną, miotacze ognia, gigantyczne, wielotonowe miny zakładane w podkopach na głębokości nawet 60 metrów, samoloty i po raz pierwszy czołgi.

Pierwsza wojna światowa była zarazem pierwszą industrialną wojną totalną, to w czasie jej trwania po raz pierwszy śmierć stała się masowa. Obnażyła ona w sposób doskonały istotę współczesnej cywilizacji, która jest niczym innym jak maszynką do mięsa, mielącą miliony w wojnach, a miliardy we współczesnym ergastulum, jakim jest państwo. Kolejne wojny nie były tak spektakularne, jeśli chodzi o nagromadzenie indywidualnych ofiar w jednym miejscu, lecz zdolność do zabijania wzrosła niepomiernie. W drugiej wojnie światowej zginęło pięć razy więcej ludzi niż w pierwszej. Żyjąc we względnym spokoju w Europie nie zauważamy, że maszyna do mielenia ludzkiego mięsa przyśpiesza swe tryby. Czy jesteśmy przemieleni jako mięso armatnie na polach pod Sommą, czy wyzuci z sensownego życia jako mięso korporacyjne w hodowlanych klatkach miast – doprawdy, co za różnica? Co roku samobójstwo popełnia 800.000 ludzi. Jesteśmy dzieciarnią (ang. infantry, piechota) pożeraną przez molocha, składaną mu w ofierze na ołtarzu złudzeń postępu i techniki.

O Wielkim Interpretatorze

W czasie badań nad pacjentami z przeciętym spoidłem wielkim w mózgu neuropsycholog eksperymentalny Michael Gazzaniga odkrył, że ich półkule mózgowe funkcjonują odmiennie. Wyróżniała się tu lewa półkula, w której odkrył moduł, którego funkcją jest tworzenie opowieści o danych docierających do mózgu i procesach dziejących się w innych częściach mózgu. W pewnym eksperymencie prawej półkuli pokazywano obrazek zaśnieżonego podwórka, a lewej obrazek kurzej łapki. Następnie poproszono pacjenta, by z szeregu kilkunastu rysunków wybrał dwa. Jego lewa ręka wybrała rysunek przedstawiający szuflę do śniegu, a prawa rysunek kury. Pacjent zapytany o to dlaczego wybrał te a nie inne rysunki odpowiedział – a raczej odpowiedziała jego lewa półkula, w której jest umiejscowiony ośrodek mowy – że kurza łapka kojarzy mu się z kurą, a spojrzawszy na lewą dłoń trzymającą rysunek szufli dodał, że szufla jest dobra do posprzątania kurnika. Jego lewa półkula nie wiedziała, dlaczego prawa wybrała rysunek szufli, ale natychmiast stworzyła sensowną historyjkę tłumaczącą ten wybór. Tak właśnie działa Wielki Interpretator w naszej lewej półkuli mózgowej.

Prawa półkula jest specjalistką w przetwarzaniu informacji wzrokowo-przestrzennych, natomiast lewa tworzy narracje, które uspójniają to, czego doświadczamy. To w niej mieszka Wielki Interpretator, twórca opowieści, które tworzą nasze życie. Wykorzystuje On wszelkie dostępne informacje do stworzenia narracji, tworząc porządek z chaosu i kreując spójne historie. Niestety często konfabuluje, co jest szczególnie widoczne w przypadku pacjentów z rozszczepionym mózgiem. Skrajnym przykładem niezależnego funkcjonowania półkul mózgowych jest anozognozja (wspominałem o niej tu), dolegliwość neurologiczna, w której pacjent z uszkodzoną prawą półkulą konfabuluje opowieść o tym, czyja jest lewa dłoń, której nie czuje. Pewna pacjentka zapytała lekarza: „Czyja to dłoń?”, wskazując na swoją lewą dłoń. Lekarz zapytał: „A jak Pani sądzi?” Odpowiedziała: „Na pewno nie moja, ani też pana, zatem to dłoń mojego syna”. Ten przykład pokazuje, jak absurdalne mogą być narracje Wielkiego Interpretatora, jak bardzo może on nie zważać na fakty w imię spójności swojej opowieści.

Współczesna neuronauka uważa, że to dzięki aktywności Wielkiego Interpretatora doświadczamy jedności naszej świadomości, bo to On nieustannie podsuwa nam wyjaśnienia naszych spostrzeżeń, wspomnień i działań, będąc zatem właściwym źródłem naszej samoświadomości. Zawsze jednak interpretuje On tylko to, co już zaszło, bo świadomość to proces powolny, niczym heglowska sowa Minerwy pojawiający się dopiero post facutm. To jednak Wielkiego Interpretatora nie konfunduje, nietrudzenie dąży On do stworzenia z niepełnych informacji, które do niego docierają, jednej narracji, gładkiej i przyczynowej. Nie zważa na fakty – one są domeną prawej półkuli – kierując się jedynie wymaganiem spójności narracji. Wielki Interpretator wydaje się być odpowiedzialny za freudowskie mechanizmy obronne, takie jak racjonalizacja czy wyparcie, gdyż formułuje swoją opowieść w oparciu o selektywny dobór informacji. Jednym słowem – zagaduje On nasze życie, odbiera jego smak i powoduje najdziksze komplikacje. I obojętne, czy przejawia się jako natrętny gaduła w naszej czaszce, wewnętrzny głos racjonalizujący najgorsze głupstwa jakie popełniamy, czy jako metafizyczny system stworzony przez filozofa, układającego świat w spójny system. W każdym z tych przypadków warto go nie słuchać, a starać się utwierdzać swoje istnienie poza głosem Wielkiego Interpretatora.

O ożywianiu słów

Już kiedyś pisałem o czytaniu, (tu) podkreślając jego rolę budzeniu empatii. Teraz chciałbym opisać je z trochę innego punktu widzenia. Żaden człowiek nie jest samotną wyspą, nawet pustelnik o dzikich ostępach zasiedziały swą ideę samotności od kogoś zaczerpnął. Tworzymy naszą tożsamość w nieustannej rozmowie z innymi ludźmi, począwszy od samej nauki mówienia w dziecięcych latach naszego życia. Gdy już opanujemy sztukę mówienia, uczymy się czytania i wtedy możemy wybierać tych, z którymi rozmawiamy, bo czytając mamy możliwość obcowania z najlepszymi przedstawicielami ludzkiego rodu. Czytanie to ożywianie słów ludzi, których nigdy nie spotkamy, choćby dlatego, że żyli dawno przed nami. Te ożywione słowa karmią naszą duszę. Filozofia, powieść, poezja, nauka, historia – każda książka odkrywa przed nami nowe rejony doświadczeń, odsłania odmienne rodzaje percepcji i daje możliwość przemiany naszej świadomości.

Bo wszystko zależy od naszego stosunku do czytanej książki. Mamy tu trzy możliwości. Pierwsza zachodzi wtedy, gdy chcemy tylko pozyskać informacje, jak wtedy, gdy czytamy poradnik i traktujemy tekst przedmiotowo. Tu książka jest narzędziem. Druga zachodzi, gdy chcemy podać swój umysł chwilowej dystrakcji, czytając przysłowiowego harlequina i pragnąc za pomocą cudzych słów uciec od siebie. Tu książka jest rozrywką. Trzecia, i ją tylko mam na myśli pisząc o czytaniu, dzieje się wtedy, gdy chcemy doznać owego fundamentalnego obrotu u podstaw naszej psychiki spowodowanego przez ożywienie czytanych słów. Tu książka jest symbolem, tak jak go rozumiał Jung, czyli czymś co transformuje świadomość, doprowadzając ją do pełni.

Prawdziwe czytanie to zatem swego rodzaju czarowanie, co po niemiecku brzmi magicznie – Zauberei – co od razu kojarzy mi się z jedną z najpiękniejszych książek, jakie czytałem w swoim życiu, „Der Zaubergberg” czyli „Czarodziejską Górą” Tomasza Manna. By zatem doszło do owej czarodziejskiej przemiany naszej świadomości muszą się spotkać dwie rzeczy – odpowiednio nastawiony umysł i dobra książka. Dopiero gdy dojdzie do tego niesamowitego spotkania dochodzi do równie cudownej, wzajemnej partycypacji dwóch strumieni świadomości, często bardziej intymnej niż jest to nam dane w trakcie zwykłej rozmowy.

O ciemnej stronie kultury

Z czego jesteśmy dumni? Z kultury. To dzięki niej jesteśmy ludźmi, to ona pozwala nam wierzyć w nasze człowieczeństwo, to dzięki niej dysponujemy w ogóle takimi pojęciami jak godność, miłość, wiara, rozum, prawda, dobro, piękno – i wprowadzamy je, choć niestety niezbyt często, w życie. Tak pojmowana kultura jest często przeciwstawiana naturze, która jawi się wtedy jako irracjonalne siedlisko popędów, albo i samego diabła, jak do dawniej bywało. Bo czym bylibyśmy bez kultury, znajdującej swe oparcie w języku, w piśmie, ale też w sztuce, oddziałującej na wszystkie zmysły? Czym bylibyśmy bez obrazów z groty Chauveta, Tao-te-king, Upaniszad, Platona, Ewangelii, Nagardżuny, Al Ghazaliego, Szekspira, Bacha, Newtona, Dostojewskiego, Einsteina, van Gogha i tysięcy innych dzieł i ich twórców? Niczym innym jak tylko zwierzętami, biologicznymi maszynami Kartezjusza i Skinnera. Kultura zawsze dawała ludzkości nadzieję na rozwiązanie wszystkich jej problemów i budowała wizje jaśniejszej przyszłości. Jednak każdy kij ma dwa końce, ciemna strona zawsze towarzyszy jasnej, a zło podąża tuż za dobrem. Kultura i jej współczesne dziecko, czyli technologia, są dla jednych powodem do dumy, dla innych – takich jak ja – powodem do gorzkiej refleksji nad losem ludzkości.

To, co jest największą wartością kultury, zarazem stanowi jej najgorszą słabość i zagrożenie dla całej planety. Mam na myśli sposób, w jaki propaguje się ona w obrębie gatunku homo sapiens, a dzięki któremu jest, chciałoby się rzec, zabójczo skuteczna. Kultura jest przekazywana z pokolenia na pokolenie na zasadzie dziedziczenia cech nabytych. Oznacza to, że ewolucja kultury jest lamarkistowska. Tak o tym pisze S.J. Gould w swej książce Niewczesny pogrzeb Darwina: „To, czego uczy się jedno pokolenie, przekazywane jest następnemu bezpośrednio w procesie uczenia i w formie pisanej. Cechy nabyte są dziedziczone w technologii i kulturze. Ewolucja lamarkistowska postępuje błyskawicznie i ma charakter kumulatywny. Wyjaśnia ona fundamentalną różnicę między naszym przeszłym, czysto biologicznym modelem zmian, a obecnym oszalałym pędem ku czemuś nowemu i wyzwalającemu – albo ku przepaści”. Kumulatywny charakter przekazu kulturowego powoduje, że obecnie zmiany zachodzą już w tempie wykładniczym, a dzięki postępowi technologicznemu praktycznie co dekadę budzimy się w innym świecie. Aspekt konstruktywny kultury, który umożliwił początkowo naszemu gatunkowi tak oszałamiająca karierę na Ziemi, obecnie ustąpił już miejsca jej aspektowi destrukcyjnemu. Otrzymał on nawet swoją nazwę – antropocen. Tak, pędzimy ku czemuś, a dziś już wiadomo, że to raczej przepaść niż Eden. Książka Goulda ukazała się ponad czterdzieści lat temu i mógł on jeszcze mniemać, z typowym dla naukowców optymizmem, że dążymy ku wyzwoleniu. Dziś już tej wiary nie mamy, dziś zbieramy owoce owego niesamowitego lamarkistowskiego pędu, który wyniósł człowieka na czołowe miejsce w ekosystemie planety – tylko po to, by człowiek go zniszczył wraz z samym sobą.

Bez wątpienia jesteśmy wyjątkowi. Homo sapiens to pierwszy gatunek, który zagraża swojej własnej egzystencji. Jesteśmy gatunkiem, który opanował wszelkie nisze ekologiczne na planecie, a nawet wzbił się ponad nią. Jesteśmy gatunkiem, który rozwinął niesamowity sposób akumulacji doświadczeń zwany kulturą, dzięki której nasza ewolucja przyspieszyła w niewyobrażalny – też dla nas samych – sposób. Ten proces akceleracji wpłynął jednak negatywnie na ludzką psychikę. Kultura wprawiła nas w samozachwyt, uczyniła z nas ekstremalnie autoerotyczny gatunek, który nawet uznał niegdyś, że godny jest boskiej inkarnacji. Wszelkie jednak podniosłe wyobrażenia religijne, systemy filozoficzne i ideologie polityczne są niczym innym jak tylko kulturowym odpowiednikiem intoksykantów, bowiem podobnie jak one wprawiają naszą świadomość w stan błogiego samouwielbienia. Dziś, w obliczu zagrażającej katastrofy, chciałoby się apelować o otrzeźwienie, lecz apel ten jest daremny. Ludzkość bowiem, tak jak zwykle, szuka rozwiązań problemów stworzonych przez nią samą w obrębie dostępnych jej stanów mentalnych – a te są zdeterminowane przez kulturę. Dobrym przykładem są tu pomysły, bo za pomocą geoinżynierii zapanować nad globalnym ociepleniem, co jest żałosną popłuczyną biblijnego „czyńcie sobie ziemię poddaną”. Właściwe niczym się nie różnimy od stada żab w wysychającym bajorze, podobnie jak one tuptamy w kółko w oczekiwaniu na zagładę, przy wtórze podniosłych zaklęć, w których niczym mantrowe niezmienniki powtarzają się słowa „kultura”, „nauka” i „cywilizacja”, ale też „zysk”, „technika” czy „postęp”. Prawie wszystkie już się zdewaluowały, służą dziś jedynie jako apotropeiczne hasła maskujące rozpacz wobec nieuniknionego losu.