Archiwum autora: Mirosław Piróg

O wiecznym dziecięctwie ludzi

Gdy malutkie dziecko wykonuje jakąś czynność ręką, jego wzrok nieraz ześlizguje się z przedmiotu, ku któremu sięga i przenosi się na samą rękę. Traci ono wtedy z oczu cel swojej czynności, a ręka na chwilę zawisa nieruchomo w przestrzeni. Własny ruch tak je pochłonął, że zapomina o tym, co robiło i traci płynność swoich ruchów. Wraz upływem czasu dziecko szybko pokonuje ten próg rozwojowy i uczy się oddzielać swoje ciało od otoczenia, a wtedy jego ruchy nie są już zakłócane przez skupienie uwagi na własnych dłoniach. Przed nim jednak pojawia się drugi próg, już nie tak łatwy do pokonania. Gdy dorośnie napotyka podobny problem, tyle że nie w przestrzeni ruchowej, ale w swojej przestrzeni psychicznej. Emocje, pragnienia i przekonania pojawiające się w polu świadomości tak przykuwają uwagę człowieka dorosłego, że traci on nieustannie z oczu świat zewnętrzny. Nauka odróżniania swojego subiektywnego świata wewnętrznego od świata zewnętrznego, świata innych ludzi i rzeczy, już nie jest tak łatwa i naturalna jak wyodrębnienie dziecięcej cielesności ze świata rzeczy i większości ludzi przychodzi ona z najwyższym trudem. Dorastają fizycznie, ale pozostają dziećmi w sferze psychicznej, dziećmi zafascynowani ruchami, jakie dokonują się w ich psychice. Skupiają uwagę na swoim idiosynkratycznym świecie, dają się wodzić za nos nastrojom, stereotypom, impulsom przyciągającym ich uwagę. Nie zyskują nigdy owej niezbędnej dla dobrego życia płynności reakcji i dystansu, które są niezbędne do gładkiej interakcji z otaczającym światem. Zamiast tego spędzają całe życie zanurzeni w ograniczonej, kanciastej egoicznej przestrzeni wewnętrznej, podążając bezwiednie i chaotycznie za małpimi podrygami swojego umysłu, ślepo zapatrzeni w czubek swego palca.

Reklamy

O upływie lat

Wraz z biegiem lat zauważamy, że lata, miesiące, tygodnie, a nawet dni mijają szybciej niż niegdyś. William James słusznie zaobserwował, że nie dotyczy to godzin czy minut. One mijają tak jak niegdyś, a jeśli się skracają, to nie tak jak lata czy miesiące. Być może są zbyt krótkimi miarami czasu i zbyt sztucznymi, nie powiązanymi z naturalnymi cyklami naszego życia, by ulegać podobnym zmianom jak lata, w których liczymy swój wiek. Dla dziesięciolatka przeżyty przez niego rok to jedna dziesiąta jego życia, a dla pięćdziesięciolatka miniony rok to już tylko jedna pięćdziesiąta. Zbieramy w naszej pamięci minione lata i porównujemy je z mijającym rokiem. Niczym skrupulatny kupiec odliczamy procenty mijającego czasu – dla dziesięciolatka jeden rok to dziesięć procent jego istnienia, dla pięćdziesięciolatka rok to już tylko dwa procenty. Zatem rok dla tego pierwszego jest w osobistym odczuciu pięć razy dłuższy niż dla tego drugiego. Ta matematyka proporcji przenosi się na odczuwanie przez nas interwałów naszego życia. Czas pomiędzy, dajmy na to, czwartym a ósmym rokiem naszego życia odczuwamy tak samo jak ten pomiędzy ósmym a szesnastym. Podobnie też ten pomiędzy trzydziestym drugim a sześćdziesiątym czwartym rokiem naszego życia – co dla wielu stanowi całość dorosłego życia. Całe połacie naszego życia mijają w matematycznym rytmie wyznaczonym przez proporcje, których odczuwanie zostało wykute w pierwszych latach naszego życia, gdy dopiero raczkowaliśmy w szkole życia. Pomyślmy tylko o interwale pomiędzy drugim a czwartym rokiem życia, gdy ledwo świadomi siebie i tego, czym jest życie, doświadczaliśmy takiego natężenia upływu czasu jak między wspomnianymi powyżej trzydziestym drugim a sześćdziesiątym czwartym rokiem. Nawet nie chcę sobie wyobrażać ludzi żyjących tak długo, że każdy ich rok byłby już tylko ułamkiem procenta ich życia. Nic dziwnego, że ludzkość od zawsze marzyła nie o długowieczności, na wzór opisywanych w „Podróżach Guliwera” Swifta Struldbrugów, lecz o wiecznej młodości, w której doświadczanie świata i upływu czasu jest tak intensywne.

Inspiracją był dla mnie jeden z rozdziałów książki „Zanurzeni w liczbach”, pióra autystycznego sawanta, Daniela Tammeta.

O najkrótszym romansie

Dwadzieścia siedem lat temu wczesnym popołudniem wracałem pociągiem z Katowic. Byłem wtedy jeszcze studentem i po zajęciach zawsze odwiedzałem księgarnie szukając nowości (robię to i dziś, tylko księgarń jest już mniej). Z zakupioną tego dnia książką siadłem zatem wygodnie obok okna i rozpocząłem lekturę. Naprzeciw mnie siedziała młoda kobieta i, jak zauważyłem po chwili, często rzucała w moją stronę spojrzenia. Po kwadransie, gdy pociąg zamierzał zatrzymać się na kolejnej stacji, wstała i zaskoczyła mnie pytaniem: „Przepraszam pana, czy ta książka to romans?” Kompletnie zdezorientowany bąknąłem że nie, a ona odwróciła się i wysiadła szybko z pociągu. Przez chwilę trwałem w swojej konsternacji jej pytaniem, która skończyła się gdy zamknąłem książkę i spojrzałem na jej tytuł. Było to dzieło arabskiego mistyka i filozofa Ibn Arabiego: „Księga o podroży nocnej do najbardziej szlachetnego miejsca”.

O kocie

Nie ciekawiło was może, co takiego robią koty, gdy leżą i nic nie robią? Mnie tak, od zawsze. Siedzą z otwartymi oczami, przez które wlewa się blask dnia, a gdy je głaszczę, nie reagują, tylko spoczywają w cichym portyku mego zachwytu. Nie czatują na mysz, nie wypatrują niczego, nie oczekują kolejnej chwili. Teraz też już tak potrafię, tak jak one. Potrafię spędzać długie chwile na obcowaniu tylko sam ze sobą. Ale w tym obcowaniu tak naprawdę nie ma mnie, tak jak nie ma w nim kota. Potrafię leżeć bez zwracania uwagi na to, co pojawia się w moim umyśle. A czasem, gdy chmury myśli na chwilę przepłyną i pokazuje się czyste, błękitne niebo po prostu bycia, spoczywam w kocim nicnierobieniu. Wtedy nie ma mnie, ja nie istnieję. Nie ma przeszłości ani przyszłości, myśli ani pragnień czy lęków. Spokój. Człowiek czy kot, u podstawy leży to samo. Kto dotknie podstawy, nie czuje różnicy i nie pyta już więcej. Nie szuka pewności, nie odrzuca błędów. Spoczywa w sobie, i tylko może nie umie mruczeć przy tym tak, jak drapany za uchem kot. Nic nie jest przecież tak ważne jak drapanie za uchem.

O iluzjach

Robert Firestone w książce „Nietoksyczne rodzicielstwo” opisuje proces tworzenia się umysłu, podstawowego źródła wszystkich naszych iluzji: „Niemal każdy w mniejszym lub większym stopniu doświadcza w dzieciństwie bólu, który zmusza go do rozwinięcia obron. Wzorce te krystalizują się później w związku z lękiem przed śmiercią, ostatecznym rozstaniem. Pełna świadomość osobistej śmierci, czyli końca istnienia takiego, jakie znamy, napawa nas przerażeniem, jeśli nie patrzymy na nie przez pryzmat naszych rozwiniętych już obron. W tym sensie obrony te stają się kwestią życia lub śmierci, bowiem redukują lub rozpraszają nasz niepokój i lęk przed śmiercią.” Tak pojęty umysł to tylko system obron przed fundamentalnym lękiem, rodzącym się wobec antycypacji bezpowrotnego opuszczenia tego świata. Nielicznym jedynie jest dane wyjście poza ten system obron psychicznych i zobaczenie rzeczywistości, takiej jaką ona jest, nie zniekształconą lękiem przed śmiercią. Dla reszty pozostaje trwożliwe pozostawanie w obrębie świata kreowanego przez ich umysły. Umysł, w celu własnej propagacji, stwarza bowiem kulturę, będącą jeno sposobem istnienia i przekazywania obron, zniekształcających widzenie rzeczywistości. Kultura to zatem uniwersalny system iluzji dający człowiekowi złudzenie trwania i sensownej egzystencji, umożliwia bowiem godzenie się z tym, z czym w żaden inny sposób pogodzić się nie może. Świadomość ludzi wypełniają stworzone w odruchu repulsji wobec rzeczywistości ideologie, religie, filozofie, najdziksze przekonania i najbardziej odklejone mniemania – a to wszystko po to, by mogli żyć, by mogli kontynuować swoją egzystencję o ten jeden dzień więcej. Ich wyobraźnia podsuwa im całe chmary wyobrażeń, które nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Ze zwierzętami dzielimy fundamentalną iluzję adaptacyjną, czyli zmysłowy obraz świata. Sprawdza się ona dosyć dobrze, gatunki trwają i rozmnażają się. Ale ludzie, jako wybrakowane zwierzęta, dodają kolejną iluzję adaptacyjną, nadbudowaną na tej poprzedniej, czyli kulturowe systemy wyobrażeń oparte na języku – są to wszelkiego rodzaju ideologie, chroniące nasz umysł przed samoświadomością. I żyją w tych iluzjach, w wyobrażonej niezawodności świata wokół nich niczym kurczaki na fermie, którą uważają za cały świat. Kultura jest niczym wózek inwalidzki dla paralityka, niczym GPS mający kierować nas w życiu, jednak jakże często zawodny, szczególnie wtedy, gdy chcemy zboczyć ze znanych dróg, wytyczonych przez innych ludzi i podążać własną ścieżką. Wydaje się dostarczać mapy dla naszego życia, ale, jak mawiał Alfred Korzybski, mapa to nie terytorium, a słowo to nie rzecz.

O wyobraźni

Czym jest wyobraźnia i tworzone przez nią światy? Jak jest jej rola w świecie i w psychice człowieka? Czy możliwe jest w ogóle wyobrażenie sobie ludzkiej egzystencji bez udziału wyobraźni? Człowiek współczesny spędza praktycznie całe swe życie w otoczeniu przedmiotów i idei, które sam wytworzył, a które najpierw zaistniały jako możliwości w jego umyśle. Jednak ani rozum, z logiczną ścisłością przechodzący od przesłanek do wniosku, ani pamięć opierająca się na zasobach swego doświadczenia nie są same zdolne do stworzenia czegoś nowego. Klasyczna filozofia wymieniała jeszcze wolę jako trzecią władzę naszego umysłu, ale ona także nie jest w stanie powołać do istnienia nowej rzeczy, gdyż może ona tylko pragnąć czegoś, co już wcześniej istniało i zostało poznane. Czy jednak ta trójca wyczerpuje całość bogactwa ludzkiego umysłu? Jung mawiał, że do pełnego opisu potrzebne są cztery aspekty, jak cztery strony świata opisują jego pełny okrąg.

Tym czwartym czynnikiem jest właśnie wyobraźnia. Jung opisywał wyobraźnię jako aktywność duszy tworzącą jej rzeczywistość. Wyobraźnia jest pierwotna zarówno względem myślenia, uczucia, a nawet względem postrzegania. Jest ona najbardziej rdzenną władzą naszej duszy, to dzięki niej tworzymy to, co nowe. Wyobraźnia jest „matką wszelkich możliwości”, twórczą pramatrycą, z której wyłaniają się światy urzeczywistniane potem przez człowieka. Jeden z twórców współczesnej fizyki kwantowej, Niels Bohr powiedział kiedyś o przedstawionej mu nowej hipotezie dotyczącej cząstek elementarnych: „Jest zbyt mało szalona aby była prawdziwa.” To, co nowe pojawia się w tym świecie – dzięki wyobraźni ! – bardzo często jako szaleństwo burzące dotychczasowy porządek rzeczy. Ale czyż zadaniem człowieka nie jest właśnie burzenie tego porządku? Czy nie z tego powodu dana mu została owa tajemnicza czwarta władza umysłu, zwana wyobraźnią? To dzięki niej stwarza światy i je unicestwia, ona jest alchemiczną „imaginatio vera”, doprowadzającą do przemiany świadomości.

W światach wyobraźni kiełkuje przyszłość, jest ona ową „iskrą bożą”, nadającą człowiekowi jego godność. Jak powiedział Synezjusz w książce „De somniis”: „Duch wyobraźni zajmuje miejsce pomiędzy wiecznością a czasem, i to dzięki niemu bardziej żyjemy.” Zbyt rzadko uprzytamniamy sobie podstawową prawdę – że prawdziwa przyszłość powstaje tylko w duszy człowieka. Zgodnie ze starą taoistyczną zasadą, głoszącą, że przeciwieństwa przechodzą w siebie, to w najciemniejszych zakamarkach ludzkiej duszy rodzi się światło, które kiedyś stworzy nową rzeczywistość, kolejną wspaniałą iluzję, która pozwoli nam żyć.

O lęku

Sigmund Freud napisał kiedyś: „Ja jest przecież właściwym miejscem lęku”. Ja i współistotny z nim lęk odgradza nas od świata, od doświadczania życia, zniekształca percepcję ludzi i rzeczy. Zamyka to, co możemy nazwać swoim życiem w przerażająco ubogim kręgu schematów wyniesionych z dzieciństwa, które są podstawą kształtowania się naszego ja. Po cóż to ja, narodzone z lęku, miałoby trwać? A jednak pragniemy pomóc mu przetrwać i w tym celu na różne sposoby staramy się radzić sobie z lękiem. Pierwszy sposób to uległość, gdy podporządkowujemy się władzy innego, nie dając mu tym samym okazji do wyrządzenia nam krzywdy. Tu lęk rzeczywiście maleje, ale rośnie nasza zależność, bo chronimy się przed lękiem w deprawującej „ucieczce od wolności”. Drugi sposób to władza, gdy to my sami staramy się zapanować nad innym, by w ten sposób odgonić od siebie wszelkie zagrożenia poprzez ich „przerośnięcie”. Tu wyzbycie się lęku jest jeszcze bardziej pozorne, a utrata siebie jeszcze bardziej dotkliwa, gdyż zatracamy się w kontrolowaniu innych, uzależniając się od nich. Trzeci sposób to izolacja, w której ograniczamy swoje potrzeby i maksymalizujemy swoją samodzielność. Ten sposób wydaje się być często jedynym możliwym, ale wyrzuca nas poza kondycję ludzką, w objęcia pustelniczej samotności, w której obumieramy. Czwarty wreszcie to miłość, dzięki której staramy się zdobyć zainteresowanie i opiekę znaczących osób. To potencjalnie najlepszy sposób radzenia sobie z lękiem, lecz i on może się przerodzić w symbiotyczną zależność od obiektu miłości. Czy nie jest zatem tak, że przed lękiem nie da się uciec? Tak, ale tylko dopóty, dopóki owo ja, miejsce lęku, trwa niezmienne.