Archiwum autora: Mirosław Piróg

O Polakach

Wczoraj był 11 listopada. Dziesiątki tysięcy Polaków świętowało swoją polskość, głównie niestety w ramach tak zwanego patriotyzmu ulicznego, pokazowego i zakompleksionego. To ostatnie słowo, dosyć niezręczne, ale obecne w języku, odnosi się do słynnych polskich kompleksów, z których jednym z ważniejszych jest kompleks niższości. Od dwustu lat wstajemy z kolan, a dziś podobno szczególnie. Jak jednak owo odwieczne wstawanie odcisnęło się na Polakach? Czy doprowadziło do poczucia solidarności z innymi Polakami w walce o postawę wyprostowaną? Nie, bo dobrze wiemy, że na co dzień Polak Polakowi pozostaje wilkiem. Jaki zatem mamy stosunek do tych, co z kolan nigdy nie wstaną, chociaż są Polakami? Odpowiem jednym słowem: przerażający. Podam tylko jedną liczbę by swe przekonanie uzasadnić. W 2002 przeprowadzono eksperyment, w którym psycholog społeczny M. Paśka pytał pod supermarketami klientów, kto z nich podpisałby petycję dotyczącą zlikwidowania miejsc dla niepełnosprawnych na parkingach supermarketowych. Petycję poparło 37,5% respondentów! Ta liczba nawet nie wymaga dalszego komentarza.

Reklamy

O racjonalności człowieka

„Powiadają, że człowiek jest istotą racjonalną. Przez całe życie szukałem dowodów, które by potwierdziło słuszność tego twierdzenia.” Dobrze, że powiedział to filozof, Bertrand Russell, któremu nieobca była ponadto matematyka i logika. Filozofowie bowiem, choć jak widzimy nie wszyscy, byli od samych początków swej dziedziny piewcami racjonalności człowieka. Złudzenie racjonalności jest bodajże największą z ludzkich autoiluzji, podtrzymywaną taki napuszonymi nazwami jak „animal rationale” Augustyna, „substancja indywidualna mająca rozumną naturę” Boecjusza, czy wreszcie osadzająca naszą racjonalność w biologii „Homo sapiens” Linneusza. Skąd bierze się ta autoiluzja, pomimo przeważających przykładów z dziejów naszego gatunku, pokazujących jego fundamentalną irracjonalność? Odpowiedź sugerują słowa innego filozofa, Williama Jamesa: „Doznanie całkowitej wystarczalności chwili obecnej, jej absolutności, kompletny brak potrzeby jej wyjaśnienia, przeanalizowania lub uzasadnienia – oto co nazywam poczuciem racjonalności. Krótko mówiąc, z chwilą gdy z jakichkolwiek względów mamy możność doskonale płynnego myślenia, treści naszego myślenia wydają się racjonalne”. Oczywiście nie wszyscy doświadczamy takiej płynności myślenia, ale ci, którym myślenie przychodzi równie łatwo jak oddychanie bez wątpienia czują się istotami racjonalnymi.

O stosunku filozofii do LSD

Daniel Pinchbeck w swej książce „Przełamując umysł” cytuje tekst z lat sześćdziesiątych, odnoszący się do terapeutycznego wpływu LSD: „Kluczowym spostrzeżeniem, obserwowanym wśród wszystkich osób, którym udało się wniknąć bardzo głęboko podczas swoich poszukiwań, jest rozpoznanie tego, że poza powierzchownym zróżnicowaniem zjawisk, obserwowanym przez świat nauki i podejście ‚zdroworozsądkowe’, rozciąga się jedna rzeczywistość, wobec której zasadne jest użycie takich określeń jak ‚nieskończona’ i ‚wieczna’”. Jak dodaje, „terapeuci zauważyli, że po prawdziwym rozpoznaniu przez pacjenta owej wiecznej jedności, dziewięć na dziesięć posiadanych przez niego problemów po prostu znikało.” Trudno nie zauważyć, że od tysięcy lat podobne zadanie stawia przed sobą filozofia, posiłkując się nieco innymi środkami, ale osiągając analogiczne skutki. Trudno też powstrzymać się od stwierdzenia, że filozofowi bez wątpienia więcej czasu zajmuje dotarcie do wspomnianej powyżej percepcji sub specie aeternitatis, dzięki której osiąga on tak skuteczną terapeutycznie percepcję „wiecznej jedności”. Jednak każde doświadczenie, by trwałym było, przemieniającym skutecznie percepcję jednostki, musi być nie tylko intensywne, co bez wątpienia zachodzi w przypadku doświadczeń z enteogenami, lecz także musi być zintegrowane ze strumieniem świadomości doświadczającego, a nie tylko go gwałtownie zmieniającym. Tu filozofia, pojęta właśnie jako przemiana percepcji, ma wiele do zaoferowania, jako ścieżka transformacji stopniowej. Powyższe rozważania zostały zainspirowane kilkoma rozmowami ze studentami filozofii, którzy, słuchając moich wykładów w ciągu ostatnich ponad dwudziestu lat, wyłożyli mi swe przekonanie „że na pewno coś biorę”. Tak, moi drodzy studenci, aplikuję sobie rozmaite specyfiki, znane pod firmowymi nazwami „Platon”, „Spinoza”, „James”, „Jung” i wiele innych :).

O wierze

Chciałbym dziś napisać o pewnym doświadczeniu z mej młodości. Od ostatniej klasy podstawówki, wówczas ośmioletniej, musiałem nosić okulary. Niezbyt mi się to podobało i przyjmowałem to jako niezrozumiałą konieczność. Na początku liceum leżałem sobie pewnego dnia w pokoju, z zamkniętymi oczami, wsłuchując się w muzykę. Po chwili wpadłem na pomysł by się zrelaksować i dzięki temu, jak czytałem, być może uda mi się zlikwidować moją wadę wzroku, wówczas jeszcze nie tak dużą. Na falach muzyki płynąłem coraz dalej w głąb, z każdą chwilą coraz bardziej przekonując siebie, że gdy otworzę oczy, to moja wada zniknie i będę widział ostro. Po dłuższym czasie osiągnąłem stan, w którym całkowicie przekonałem siebie, że moje oczy są już w porządku. Uwierzyłem w to całkowicie, w mym umyśle nie było już najmniejszego cienia wątpliwości. Otwarłem oczy i wtedy moja wiara legła w gruzach – świat w dalszym ciągu był niewyraźny. Dziś sobie tak myślę, co by było, gdybym wówczas za przedmiot swej wiary nie obrał coś tak przyziemnie zmysłowego, jak ostrość mego wzroku, a raczej coś, co by nie poddało się tak szybko bezpośredniej weryfikacji zmysłowej, dajmy na to jakiś byt duchowy, jakowegoś boga albo i innego Jezusa? Mógłbym przecież wtedy stać się wierzącym, przekonawszy siebie samego, że to, w co uwierzyłem jest realne! Aż ciarki mi przechodzą przez plecy na samą myśl o takiej możliwości. Uległbym wtedy tej podstawowej słabości ludzkiego umysłu, który zawsze szuka potwierdzenia swoich mniemań, za nic sobie mając rzeczywistość. To dzięki tej słabości kwitną wiary, ideologie, teorie spiskowe i mnóstwo innego śmiecia mentalnego, który od zawsze towarzyszył ludzkości. Całe szczęście na tyle wcześnie w swym życiu otwarłem oczy by dowiedzieć się, że w sprawach ludzkich, jak i w boskich, oprócz silnego przekonania, liczy się także empiria.

O wychowaniu

Przychodzimy na ten świat wrzeszcząc i płacząc, jakby przeczuwając, co nas czeka. W dzieciństwie, które jest dziedziną iluzji i pragnień, widzimy swoje przyszłe życie jako cudowną przestrzeń możliwości. Nasz umysł rozwija się, nie pojmując swoich własnych ograniczeń, nasze emocje tworzą świat przeżyć, który kusi praktycznie nieskończonymi możliwościami. Jednak szybko nadchodzi kres owych możliwości, gdyż co najmniej dziewięćdziesiąt procent rodziców to sztywni idioci, zajmujący się z godnym lepszej sprawy samozaparciem czynieniem ze swoich dzieci takich samych jak oni idiotów, nazywając to w dodatku podniośle wychowaniem. Nic dziwnego, że dzieci płaczą, gdyż w owym wychowaniu główną rolę odgrywa przemoc, psychiczna i fizyczna. Trzeba bowiem złamać wolę istnienia dziecka, trzeba złamać jego chęć do życia, zgnoić go, by było bardziej posłuszne niż każdy pies. Alice Miller pisze: „Gdy bije się dorosłych, nazywamy to torturą, ale bicie dzieci nazywamy wychowaniem”. To że dorosły osobnik homo sapiens, przewyższający wagowo swego potomka dajmy na to 5-8 razy, uważa, iż czymś naturalnym jest uderzenie swego dziecka, by go uspokoić lub sprawić, by się zachowywało w określony sposób, jest przez owych wychowawców postrzegane jako norma. Jednak to, co większość ludzkości uważa za normę, jest patologią, jedną z najgłębszych w dziejach ludzkości. Efektem jest wytworzenie produktu człekopodobnego, utworzonego na obraz i podobieństwo patologicznych rodziców, który, gdy tylko dorośnie, z równą zawziętością będzie wychowywał swoje potomstwo. Ci bardzo nieliczni, którzy oparli się mocom wychowania, albo w ten czy inny sposób się spod nich wyzwolili, są szczęśliwcami, rozwijającymi się poza kanałami rzeczywistości, w które mieli być wpuszczeni. Jakie są bowiem efekty wychowania? Zamiast umysłów płonących ogniem pożądania prawdy otrzymujemy ideologiczno-neurotyczny mentalny żużel; zamiast ludzi zdolnych do miłości otrzymujemy zdefektowane emocjonalnie mechaniczne lalki; zamiast istot zdolnych do życia i cieszenia się z niego wychowanie daje nam smutne i ponure egzemplarze robotów wykonujących bezsensowną pracę, zadowolonych z tych paru groszy pozwalających przeżyć kolejny miesiąc. Zamiast wychowywać swoje dziecko możesz je kochać rodzicu – ale czy jesteś do tego zdolny, skoro sam zostałeś wychowany?

O geniuszach czwartego rodzaju

Stanisław Lem opisał trójstopniową klasyfikację geniuszy w swej książce „Doskonała próżnia”. Korzystam z niej, dodając jedynie rodzaj czwarty, a i on nie pochodzi ode mnie, zasłyszałem bowiem ten termin niegdyś od ucznia prof. Wiercińskiego, który tak określił pewne typy chcące wystąpić na seminarium profesora. Acz, skorom wtedy nie posłyszał definicji geniusza czwartego rodzaju, to teraz odważam się ją zaproponować. Mamy zatem trzy podstawowe rodzaje geniuszy. Geniusz rodzaju trzeciego, by od końca zacząć, to taki geniusz mierny i zwyczajny, myślą poza horyzont swego czasu zbytnio nie wybiegający i w ramach tego horyzontu często uznany, a w konsekwencji do pieniędzy i sławy dochodzący. Geniusz drugiego rodzaju to geniusz prześladowany przez współczesnych, bo zbyt dla nich trudny, kamienowany i palony na stosie, a w czasach bardziej humanitarnych ginący z głodu w zapomnieniu. Nagrodą jest dlań zwykle rozpoznanie za grobem, pośmiertna chwała i nazwanie jego imieniem jakieś biblioteki albo pomnika wystawienie. Geniusz pierwszego rodzaju jest zwykle trwale zapomniany – ani za życia, ani po śmierci nikt nie zdaje sobie sprawy z jego istnienia i odkryć, które wybiegają daleko poza granice mentalne ludzkości. Czasem tylko, zupełnie przypadkowo, jego dzieło może wypłynąć na powierzchnię świadomości ludzkości.

Jest też, jako rzekłem, geniusz czwartego rodzaju, który, jako czwarty, współdzieli w pewnym sensie cechy poprzedników. Z tym pierwszego rodzaju dzieli tylko to, że nikt  o nim nie będzie pamiętał. Z tym rodzaju drugiego dzieli to, że jest, a raczej czuje się, prześladowany, choć zwykle nader umiarkowanie, na przykład tekstów jego nikt nie chce drukować i własnym sumptem musi publikować, a bardziej bystre umysły unikają kontaktów z nim, bo niestworzone rzeczy plecie. Wreszcie z geniuszem trzeciego rodzaju dzieli nieodparte pragnienie bycia docenionym za życia, dlatego szuka kontaktu na przykład ze sferami akademickimi, czego nieraz boleśnie doświadczam. Jest więc geniusz czwartego rodzaju typem niezwykłym – cechy trzech poprzednich posiadającym, acz wyzbytym tego, co jego poprzednicy posiadają w różnym natężeniu, mianowicie jakiejkolwiek iskry geniuszu, a nawet śladu talentu. Zamiast tego posiada jedynie ambicje. Jeśli ma ambicje literackie to pisze teksty grafomańskie, doprowadzające do bólu zębów po stronie lektury. Jeśli ma ambicje naukowe, to jego odkrycia są zwykle efektem niezrozumienia funkcjonowania podstawowych praw naukowych i przyprawiają o ból głowy byle fizyka. Ambicje techniczne oczywiście owocują budową perpetuum mobile oraz podobnych machin. Najgorzej jeśli jego machiny mają służyć zdrowiu ludzi, na przykład wodę restrukturyzują, by panaceum była. Równie tragicznie jest w przypadku ambicji filozoficznych, przejawiających się w radosnej twórczości, której podstawową cechą jest rozważanie i rozwiązywanie fundamentalnych problemów, czego geniusz czwartego rodzaju nie omieszka oznajmić w tytule swego „opus magnum”. Są też geniusze czwartego rodzaju, nader obficie obecni we współczesnym świecie, o ambicjach duchowych. To najbardziej szkodliwy rodzaj geniusza czwartego rodzaju. Wszem i wobec oznajmiają, że są wypełnieni wiedzą tajemną, że ich doświadczenia doprowadziły ich do wiedzy sięgającej poza wszelkie ludzkie doznania. Na taki bełkot, ciemny i nocny, łapią naiwnych, złaknionych otuchy i porady.

Unikajcie geniuszy czwartego rodzaju, bo wasz czas marnują i pozostawiają po sobie tylko niesmak. Z geniuszami trzeciego rodzaju się i tak spotkacie, bo ich dzieła są propagowane i tkankę popkultury tworzą. Szukajcie tych rodzaju drugiego, bo oni dają perspektywę w ramach której możemy spojrzeć obiektywnie na nasze życie. A geniuszy pierwszego rodzaju i tak nie poznamy, ale, w razie czego, pamiętajcie o nich.

O osądzaniu

Ludzie uwielbiają osądzać. Praktycznie cała ich aktywność mentalna sprowadza się do wydawania osądów na temat bliźnich i ich postępków. To najłatwiejszy sposób w jaki możemy używać naszego umysłu, nie wymagający bowiem żadnego wysiłku. A jest tak z oczywistego powodu, że nie możemy wydać sądu wykraczającego poza kategorie mentalne budujące naszą psychikę. Wszelkie osądzanie jest zatem niczym innym, jak tylko wydaniem sądu o samym sobie. Osądzanie nie wymaga przeprowadzenia żadnej operacji mentalnej, żadnego wnioskowania, nie wymaga niczego poza ekspulsją zalegających w czyimś umyśle osadów, wyrzuceniem ich na innego osobnika, co jest aktem porównywalnym ze splunięciem na niego. To czynność odruchowa, wręcz instynktowna, zachodząca sama z siebie i pomimo werbalnej albo nawet pisemnej formy, nie mająca nic wspólnego z myśleniem. Jej postać werbalna zwana jest plotkowaniem, któremu to ludy pierwotne oddawały się namiętnie od samego zarania ludzkości. A i my dzisiaj poświęcamy tej czynności prawie całe swoje życie, gadając namiętnie o przywarach innych, rzeczywistych i urojonych. Nic się nie zmieniło od tysięcy lat, nieustannie oddajemy się swej ulubionej czynności z zaangażowaniem godnym lepszej sprawy. Bo – zastanówmy się przez chwilę nad tym pytaniem o najwyższym natężeniu egzystencjalnym – czy dla standardowego przedstawiciela tego gatunku istnieje jakaś lepsza sprawa niż obgadywanie sąsiada? Doprawdy wątpię.