Archiwum kategorii: Bez kategorii

O niezwykłym człowieku

Spotkałem niegdyś niezwykłego człowieka. Niezwykłość jego miała wiele obliczy. Po pierwsze, bardzo dużo pisał, wydawał książki i broszury, a jego strona internetowa pełna była treści wszelakich. Lubił także przemawiać, przekonywać swoich słuchaczy obrazowymi metaforami i głębokimi dygresjami. Skupiał wokół siebie grupkę uczniów, z którymi prowadził długie rozmowy, by szczegółowo wyłożyć im swoje idee. Jego słowa zawsze dotyczyły podniosłych spraw religijnych i duchowych, pragnął obalać stare prawa i tworzyć nowe, by otworzyć ludzkości oczy na prawdę samą. Czasem był wybuchowy, ale jego gniew nie był groźny, gdyż zawsze wynikał z słusznego oburzenia na miałkie sprawy tego świata, no i nie używał przemocy. Wyrzekł się także życia seksualnego, by w pełni oddać się swej misji (chociaż niektóre jego uczennice twierdziły inaczej). Zastanawiałem się, jaki to człowiek? Czyżbym może napotkał guru albo proroka, takiego jak onegdaj bywali? Albo założyciela sekty, wieszczącego zbawienie małej grupce wyznawców? Niestety nie, poszperałem bowiem w internetach i okazało się, że cierpiał on po prostu na zespół Geschwinda.

Reklamy

O genezie medytacji

Badania ewolucjonistów i neurobiologów dowodzą, że do ukształtowania się mózgu człowieka w jego obecnej postaci doszło w wyniku selekcyjnych wpływów otoczenia, zarówno fizycznego, jak i społecznego. Powszechnie zakłada się, że skomplikowana architektonika mózgu jest odpowiedzią na wyzwania, jakie stawiało naszym przodkom zmieniające się otoczenie. Mózg w jego obecnej postaci jest najbardziej złożoną porcją materii jaką zna ludzkość, służącą, wedle kolejnego rozpowszechnionego mniemania, do rozpoznawania wzorców i odnajdywania połączeń przyczynowo-skutkowych. Na co dzień jednak traktujemy nasze mózgowe oprzyrządowanie głównie jako środek do poznawania i manipulowania wyłącznie otoczeniem społecznym. Istnieje nawet teoria, która mówi, że świadomość wyłoniła się z konieczności rozpoznawania nader skomplikowanych relacji w otoczeniu społecznym (tzw. teoria inteligencji makiawelicznej). Teoria ta roztacza wizję mózgu jako skomplikowanej maszyny do rozwiązywania złożonych problemów które pojawiły się wraz z życiem społecznym, swego rodzaju socjalnego superkomputera, który rozwinął się w obrębie małych grup, spełniających kryterium liczby Dunbara, czyli liczących ok. 150 osobników. Warto się zatem zastanowić, jak ten komputer funkcjonuje i jak owo funkcjonowanie ma się do kwestii genezy medytacji.

Najprostszym sposobem sprawdzenia sposobu funkcjonowania owego socjalnego komputera mózgowego jest doprowadzenie do sytuacji, gdy mózg otrzymuje minimum bodźców, czyli gdy nie wchodzi w żadne relacje społeczne. Obserwując go wtedy możemy poznać jak pracuje w stanie najbardziej podstawowym, nie będąc zmuszonym do nieustannego reagowania na napływające bodźce społeczne, a jedynie skupiając się tylko na samym sobie. Taka praca w stanie podstawowym to medytacja. Co pojawia się jako zaawansowany efekt medytacji? Jest to stan, który odczuwamy jako jedność ze światem, w którym już nie manipulujemy światem jako odrębne od niego podmioty, ale doświadczamy siebie jako część większej całości. Doświadczenie takiej jedności wpływa nader pozytywnie na funkcjonowanie naszej psychiki. Andrew Newberg badał osoby medytujące – buddystów i franciszkanki – i wykazał, że w w stanach najintensywniejszej medytacji drastycznie malał stopień ukrwienia w górnych partiach kory mózgowej płatu ciemieniowego, czyli w obszarze odpowiedzialnym za orientację przestrzenną oraz za odróżnianie własnego ciała od otoczenia. Efektem takich doznań medytacyjnych jest także polepszenie się zdrowia fizycznego i psychicznego, czyli tak dziś poszukiwana redukcja stresu, dodajmy – stresu mającego swe główne źródła w relacjach społecznych. Dlaczego tak wydawałoby się nienaturalna czynność jak medytacja ma tak pozytywne skutki? Moja odpowiedź na to pytanie brzmi następująco: uważam, że praktyki medytacyjne, sięgające być może początków praktyk jogicznych, których powstanie datowane jest na co najmniej parę tysięcy lat przed naszą erą, powstały jako odpowiedź na przebodźcowanie środowiska społecznego, do którego doszło w miejskich skupiskach ludzkich, powstałych po rewolucji neolitycznej. Sugeruję się tu tym, że najstarsze artefakty archeologiczne wskazujące na pierwotne praktyki medytacyjne związane z jogą pochodzą z wykopalisk staroindyjskich miast Mohendżo Daro i Harappa (3000 p.n.e.). Osiedlenie się ludzi, powiązana z tym uprawa roli oraz powstanie pierwszych miast doprowadziły do oderwania się ludzkiej psychiki od otoczenia przyrodniczego, do pogorszenia się kondycji psychofizycznej człowieka, a co najważniejsze, do nadmiarowego skupienia się człowieka na relacjach społecznych, które stanowią w miastach główne źródło bodźców. Moim zdaniem zaowocowało to pojawieniem się w miastach praktyk mających na celu z jednej strony oderwanie się od wszechobecnej gęstwy ludzkiej, a z drugiej ponowne nawiązanie jedności z naturą. Tak narodziła się medytacja.

W paleolitycznych kulturach nomadów to szamani byli tymi, którzy dbali o zachowanie jedności ich społeczności z naturą. W swych podróżach wewnętrznych sprowadzali zbłąkane, chore dusze członków plemienia z powrotem do ciał. Ich praktyki były skuteczne między innymi dzięki temu, że społeczności, którymi się opiekowali były ograniczone liczbowo i pozostawały w bliskim kontakcie z przyrodą. W o wiele większych społecznościach miejskich praktyki odnajdywania jedności ze światem musiały przybrać inne formy, gdyż przyrost liczby ludności powodował uwikłanie umysłu człowieka w relacje interpersonalne, które stanowią dla niego zagrożenie polegające na tym, że przekroczenie liczby Dunbara powoduje wzrost napięcia społecznego, rozluźnienie więzi i podział grupy. Pokazują to dobitnie współczesne obserwacje grup szympansich w miejscowości Ngogo w Ugandzie. W celu zaradzenia tym negatywnym zjawiskom pojawiły się więc praktyki medytacyjne oferujące indywidualną ścieżkę powrotu do pierwotnego doświadczenia jedności poprzez zanegowanie ego, które ma swe źródło w nadmiarowych relacjach społecznych. To my dziś, nieodrodni potomkowie neolitycznych rolników, poddani stresowi życia społecznego, potrzebujemy medytacji. I to nawet nie po to, by osiągnąć coś na płaszczyźnie duchowej, ale po prostu po to, by przetrwać. Podsumowując, medytacja nie jest jakąś odwieczną praktyką ludzkości, służąca podniosłym, duchowym celom. Jest ona praktycznym wynalazkiem neolitycznym, ściśle związanym z autodomestykacją człowieka zachodzącą w dużych skupiskach miejskich, wynalazkiem służącym nie tyle nawiązaniu kontaktu z jakkolwiek pojmowaną transcendencją, ile zachowaniu równowagi mentalnej jednostki funkcjonującej w ramach dużych grup ludzkich.

Kiedy wszystko wolno

Iwan Karamazow rzekł: „Jeżeli nie ma Boga, to wszystko jest dozwolone”. To nie takie proste, nie wystarczy bowiem sama tylko nieobecność tego, co Dostojewski wyraził w jedynym dostępnym mu języku religijnym. Aby człowiek mógł czynić wszystko co chce, konieczna jest jeszcze jakaś absolutna ludzka racja pojawiająca się w miejsce tej nieobecności. Dopiero gdy jakaś ludzka racja staje się absolutna, to dopiero wówczas wszystko staje się dozwolone. Wtedy bowiem nie ma do czego się odwołać, człowiek nie ma instancji poza tą racją, która jest absolutna poprzez swe roszczenie, ale zarazem całkowicie doczesna. Wtedy nie ma nic, co by od totalności owej racji chroniło. I to jest sytuacja ludzi współczesnych, którzy nie mają innych racji poza tymi, które pojawiają się w obrębie ich doczesnego świata nietrwałości, takimi jak państwo, religia, ideologia, pieniądz czy przyjemność. Wszystko jest dozwolone dla kogoś dopiero wtedy, gdy taka absolutna ludzka racja zawładnie jego umysłem. Gdyby Dostojewski był buddystą, to włożyłby w usta Karamazowa słowa: „Jeżeli uznasz coś za trwałe, to wtedy wszystko wolno”.

O doświadczeniu religijnym

Religioznawca Mircea Eliade napisał czterdzieści lat temu: „Jestem przekonany, że przyszłe formy doświadczenia religijnego będą całkowicie odmienne od obecnych – od chrześcijaństwa, judaizmu, islamu – które uległy skostnieniu i straciły sens. Jestem pewien, że pojawią się nowe formy ekspresji. Jakie? Nie wiem, wolność ducha, jego kreatywność, niesie ze sobą zawsze wszelkie niespodzianki”. Zadam tylko dwa pytania: Czy nie można przypuścić, że owe całkowicie odmienne formy doświadczenia religijnego nie będą przypominały nic z tego, co dotychczas znaliśmy w dziejów religii? A może ta odmienność będzie nawet tak radykalna, że będzie uważana za całkowity brak religijnego doświadczania rzeczywistości? Nie, porzućcie pierwsze skojarzenie – nie będzie to ateizm, znany też z polskiego podwórka, propagowany przez dziwne organizacje racjonalistów czy humanistów. Grona te są aż nazbyt przesiąknięte religionistycznym zapałem krzewienia swoich jedynie słusznych poglądów, a misjonowanie w każdej swej postaci jest tylko popłuczyną religijnego doświadczania rzeczywistości i nie ma nic wspólnego ze wspomnianą przez Eliadego wolnością ducha. Jeżeli mamy zatem być gotowi na prawdziwe niespodzianki, to musimy być świadomi, że jeśli te nowe, radykalne formy doświadczenia religijnego gdzieś kiełkują wokół nas, to ich w ogóle nie rozpoznajemy jako takich. Moim zdaniem przyszłe formy doświadczenia religijnego nie będą miały zatem nic wspólnego z tym, co religioznawcy nazywają obecnie nową duchowością, a tym bardziej z tak popularnymi dziś rozmaitymi sposobami dopieszczania ego, czy to w sosie tantry, szamanizmu n-tego sortu, czy też „kwantowej” niedualności. To są jedynie modne przywabiacze zagubionych dusz, na których żerują aż nazbyt liczni współcześnie guru, tak atrakcyjni zarówno na żywo, jak i w internecie. Nowe doświadczenie religijne pojawi się jako coś, co będzie odrzucone zarówno przez religijną ortodoksję, jaki i przez heretyzujące grupy. Duch jest od tego, by zaskakiwać. Więc dajmy się zaskoczyć.

O psychologii

Czy możecie sobie wyobrazić czas, kiedy nie było psychologii? Tak z dwa wieki temu na przykład? Gdy osobą dotkniętą nieszczęściem zajmował się ksiądz, a nie psycholog? Doprawdy to trudne. Psychologia – i jej nieodrodna córa, psychoterapia – przenika dziś praktycznie wszystkie obszary życia społecznego. Jest w nim obecna zarówno w swej postaci karykaturalnej, jako psychozabawa w gazecie, jak też poważnej, jako testy, którym poddaje się kierowców, pilotów i wielu innych ludzi, od których zależy nasze życie. Zdanie eksperta w sądzie może przesądzić o wyroku skazanego, a miliony ludzi poddają się tysiącom form psychoterapii w rozpaczliwym poszukiwaniu polepszenia swego stanu psychicznego i sposobu samorozumienia. Mamy przy tym do czynienia z porażającą mnogością form psychologii, od tej jedynie uznawanej przez kręgi akademickie – i dr Tomasza Witkowskiego – jak psychologia poznawcza, przez rozmaite postaci psychoanalizy, która wydała tysięczne swe klony, aż po psychologię humanistyczną czy transpersonalną, że już nie powiem o modnych co każdą dekadę psychologicznych objawieniach rozmaitych guru. Grubo ponad wiek temu William James stwierdził, że psychologia jest dopiero nadzieją na naukę i niewiele się od tamtego czasu zmieniło, czego najlepszym dowodem jest namnażająca się nieustannie wielość nurtów psychologii i psychoterapii. Idee psychologiczne zostały znaturalizowane, stając się oczywistościami, które zdają się służyć jednemu celowi – wydawaniu opinii o innych. Jak dobrze wiadomo ludzie uwielbiają oceniać i współcześnie to terminy psychologiczne stały się źródłem poręcznego żargonu, który wybornie służy ocenianiu innych, a często też i samego siebie, nie przynosi natomiast większego pożytku używającej go jednostce.

Śmiem zatem wątpić, że żyjemy w cudownej epoce, w której zistoczyło się dzięki psychologii delfickie powiedzenie „poznaj samego siebie”. Psychologia jest dla mnie raczej symptomem niż lekarstwem, raczej emanacją powszechnego zagubienia niż jutrzenką wyzwolenia z chaotycznych cierpień współczesności, słowem czymś w rodzaju drapania swędzącego miejsca, co, jak dobrze wiemy, przynosi jeno chwilową ulgę. Nie jestem wszelako zwolennikiem powrotu do przeszłości, do epoki przedpsychologicznej, ponieważ, po pierwsze, nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, po drugie, przeszłość wcale nie była lepsza, a po trzecie – powrotu takiego pragną tylko fundamentalistyczni kretyni wszelkiej maści, a to rasa budząca me głębokie obrzydzenie. Ostatnie stulecia doprowadziły ludzkość do takiego stanu pomieszania i zagubienia, że pozostaje tylko obserwowanie owych jakże często rozpaczliwych prób wykorzystania najnowszej mentalnej zabawki ludzkości jako kolejnego ersatzu zbawienia. Żyjemy bowiem w „czasie marnym”, jak to już na początku XIX wieku wyłożył poeta Friedrich Hölderlin. Jest on też autorem słynnego sformułowania: „tam gdzie jest niebezpieczeństwo, rośnie także ratunek”. Czy psychologia okaże się tym ratunkiem przyszłość pokaże. O ile ludzkość nie wymyśli czegoś innego na jej miejsce.

O pewnym wrednym gatunku

Życie biologiczne to niesamowite zjawisko. Nikt dokładnie nie wie, jak pojawiło się miliardy lat temu na Ziemi, a następnie jak rozwinęło się i ewoluowało. Biosfera ogrania dziś całą planetę, i pomimo iż zagrażało jej zniszczenie wiele razy, trwa jak dotychczas w najlepsze. Wszelkie zagrożenia dla życia, w postaci wielkich i mniejszych wymierań, zawsze były dotychczas efektem naturalnych procesów. Czy to zmiany klimatu, wybuchy gigantycznych wulkanów lub też asteroida uderzająca w Ziemię – żadne z tych zjawisk nie miało zamiaru zniszczenia życia. Dopiero wraz z pojawieniem się gatunku, który stanowczo na wyrost nazwał się homo sapiens zaistniała fascynująca nowa możliwość, czyli intencjonalna życia destrukcja. Bo homo sapiens to wyjątkowo wredny gatunek, tak patologicznie zapatrzony w siebie, że nawet posunął się do tego, iż wymyślił Boga, który miał stworzyć ludzi jako swe najlepsze dzieło. Ta idea jest zaiste wyrazem niesamowitej pychy, karzącej temu gatunkowi deptać wszelkie przejawy życia, które wykraczają poza jego osobiste wyobrażenia i interesy. Źródłem tej pychy jest coś, z czego owe małpoludy są bardzo dumne, czyli ego-centryczna świadomość, bąbel narcystycznej energii poszukującego jedynie samozaspokojenia. W ciągu ostatnich tysięcy lat Ziemię opanowało wielomiliardowe stado wyłysiałych małpoludów, radośnie i bezmyślnie oddających się prokreacji niczym namnażające się bakterie. Świadomość tych małpoludów charakteryzuje się tak zwaną integracją prymitywną, którą Kazimierz Dąbrowski opisywał jako spoistą strukturę działających automatycznie impulsów i popędów, a której jest podporządkowana inteligencja pełniąca wobec nich funkcje instrumentalne, co owocuje brakiem psychicznego środowiska wewnętrznego oraz licznymi konfliktami z otoczeniem. Dysponując tak prymitywną strukturą psychiczną małpolud uważa się za lepszego od całego życia na tej planecie, ale też oczywiście za lepszego od wszystkich innych małpoludów. W efekcie każdy zachowuje się tak, jakby istniał tylko on, a reszta świata dookoła była tylko sensoryczną pulpą do urabiania. Doskonale ujął to Stanisław Lem, który w jednym ze swych tekstów nazwał homo sapiens monstroteratum furiosum – co się tłumaczy jako ohydek szalej – nie będący niczym innym, jak tylko podrzędnym gatunkiem zamieszkującym najciemniejszy zakątek galaktyki.

Eckhart Tolle pokusił się o taką diagnozę ohydka szaleja: „Gdyby historia ludzkości była klinicznym przypadkiem historii jednego człowieka, diagnoza musiałaby brzmieć: ‚chroniczne omamy paranoidalne, patologiczna skłonność do mordowania oraz czynów skrajnie brutalnych i okrutnych w stosunku do osób uznanych za wrogów – przypisywanie innym własnej nieświadomości. Osobowość psychicznie chorego kryminalisty, z krótkimi i rzadkimi przebłyskami normalności’”. Że to jednostronne, bo nie ma tu nic o Buddzie, Hypatii, Bachu i Einsteinie? Tak, te słowa są jednostronne, bo odnoszą się do całej ludzkości, a nie do jednostek genialnych, które są tylko listkiem figowym dla reszty populacji, a ta jest jeno pożywką dla najniższych instynktów, wypaczających największe osiągnięcia kultury i cywilizacji. Jeśli homo sapiens robi coś dobrego, jest to zawsze wyjątkiem, jeśli czyni coś złego – jest to regułą. Cokolwiek wymyślił, od razu wykorzystywał to do dręczenia pobratymców i destrukcji życia. Religia, jakże miły środek pocieszenia dla maluczkich, od zawsze była wspaniałym sposobem na stygmatyzowanie i mordowanie innowierców, a cudowny sposób napowietrznego przemieszania się jakim jest samolot, od razu wykorzystano do bombardowania wrogów i defoliacji lasów. Zjawisko to nasiliło się obecnie, gdy już trudno mówić o kulturze, bo zamiast tego mamy do czynienia z cywilizacją techniczną, potęgującą dysfunkcje ludzkiego umysłu do tego stopnia, że możemy nie przetrwać do końca wieku. W drugiej połowie XIX wieku Henry David Thoreau powiedział: „Ludzie stali się narzędziami w rękach swoich narzędzi”. W wieku XX stali się samymi narzędziami, jak o tym świadczy eksperyment sprzed kilku dekad, w którym zespół jurorów przeprowadzał wywiad z siedmioma informatykami i siedmioma komputerami, zaprojektowany tak, by nie było wiadomo, kto udziela odpowiedzi. Żadnemu komputerowi nie udało się wmówić jurorom, że jest człowiekiem. Niestety, aż pięciu z siedmiu informatyków odpowiadało tak, że zostało wziętych za komputery.

Niegdyś, przed tysiącami lat, kolejne innowacje kulturowe umożliwiały przetrwanie gatunku ludzkiego, jego ekspansję i wzrost demograficzny. Obecnie, w epoce rewolucji technologicznej, obserwujemy pojawianie się trendu przeciwnego, prowadzącego do samozagłady. Po raz pierwszy w dziejach mamy środki, które mogą unicestwić życie ludzkie na tej planecie – i pozostają one we władaniu ludzi współczesnych, którzy nie wiedzą dokąd zmierzać, których istotą jest rozmijanie się z samym sobą i wynikające stąd błądzenie, jak pisze Giorgio Agamben. Jedynym imperatywem współczesnego człowieka jest pomnażanie zysków i rozwój technologii, co ma sprawić, że nasze życie stanie się „łatwiejsze”. Jednak łatwe życie to najkrótsza ścieżka do autodestrukcji, czy to w wymiarze indywidualnym, czy zbiorowym. Nikt dziś nie może zagwarantować, że gatunek ludzki przetrwa, i to nie z powodu klęski naturalnej, takiej jak uderzenie asteroidy, które zakończyło 65 milionów lat temu epokę dinozaurów. Ekstynkcja gatunku homo sapiens będzie najprawdopodobniej wynikiem naszych własnych działań, gdyż katastrofy naturalne kończą tylko egzystencję gatunków, które prowadzą życie naturalne. My, czyli ludzie prowadzący życie nienaturalne, gotujemy sobie katastrofę nienaturalną, będącą naszym własnym dziełem.

O hałasie

Panuje dość powszechne przekonanie, że nasza cywilizacja dzięki nauce i technice czyni coraz większe postępy, dzięki którym żyje się nam coraz lepiej. Nie jestem zwolennikiem tego entuzjastycznego poglądu. Chciałbym zwrócić uwagę, że bez wątpienia ludzkość uczyniła postęp w jednym – w czynieniu hałasu. Paleolityczny łowca mógł sobie krzyknąć, uderzając w uszy pobratymców kilkudziesięcioma decybelami. Obecnie dzięki technice możliwości gwałcenia uszu wzrosły niepomiernie. Pociąg to 80 decybeli, podobnie korytarz zwykłej szkoły na przerwie i mój „ulubiony” dźwięk – kosiarka spalinowa. Ruch uliczny to 90 decybeli. Młot pneumatyczny to 100 decybeli, startujący odrzutowiec już 150. Start rakiety to 190 decybeli. Według WHO bezpieczny poziom hałasu to 50 decybeli, od 70 zaczyna się zagrożenie dla zdrowia. Ów spektakularny wzrost możliwości czynienia hałasu został uzyskany dzięki maszynom, które czasem są nazywane niewolnikami ludzi, gdyż służą im swoją skoncentrowaną energią pozyskiwaną z paliw kopalnych. Jednak, jak to bywa w dialektyce pana i niewolnika, ów niewolnik bierze odwet i dosłownie zagłusza swego „pana”. Nie musimy oczekiwać spektakularnego buntu maszyn, jak z filmów o Terminatorze, bowiem maszyny już od pokoleń podstępnie i skutecznie niszczą ciało i psychikę człowieka.