Archiwum kategorii: Bez kategorii

O desperacji klimatycznej

Najpierw kilka cytatów pochodzących od internautów, które zgromadziłem w ciągu ostatnich paru dni, będących reakcją na wieści o krytycznym stanie naszej planety spowodowanym działalnością człowieka:

„Wyginiemy a ziemia pewnie pozostanie i bez nas powoli środowisko się naprawi. Życie znów na niej zagości. Tylko lepiej byłoby gdyby już człowiek się na tej ziemi nie pojawił”.

„Jeśli istotnie zostaliśmy stworzeni przez Boga a Biblia głosi prawdę to możemy spać spokojnie. Ale jeśli jesteśmy tylko bardziej wyewoluowanym zwierzęciem to zgodnie z prawami natury wyginiemy jak dinozaury. Nie pierwsi i nie ostatni”.

„To ciekawa erupcja ucieczek umysłu przed smutną prawdą o ‘nas’ – takie mam wrażenie. Czytając niektóre posty przekonuję się kolejny raz: tu nic się nie zmieni , wszyscy zginiemy”.

„Jedyna postawa którą możemy teraz przybrać to amor fati. Zamiast wieszczyć katastrofę krzyknijmy wszyscy ‘Jaka piękna katastrofa!’”.

Mógłbym zapewne takich cytatów przytoczyć jeszcze tuziny. Cóż może napisać człowiek, który właśnie dowiedział się, że nie jest wesoło, jeśli chodzi o sytuację naszej planety i dalsze losy ludzkiej cywilizacji? Może zaprzeczyć temu, co do niego dociera, choć moim zdaniem z każdym rokiem coraz trudniej być denialistą klimatycznym. Drugą możliwością jest popadnięcie w desperację. Desperacja wedle słownikowej definicji SJP oznacza albo „utratę nadziei, rozpacz”, albo też „nieobliczalność w działaniu, spowodowana znalezieniem się w ekstremalnej sytuacji”. Z tych dwu opcji pierwsza oznacza zawinięcie się w koc i popadnięcie w apatię. Druga bardziej do mnie przemawia, bo w obecnej sytuacji tylko działania „nieobliczalne”, czyli wykraczające poza mentalne schematy obecnej cywilizacji mogą się okazać pomocne. Nasz obecny kryzys jest spowodowany wszakże tym, że bezwiednie kontynuujemy działania, które niegdyś doprowadziły do rozkwitu cywilizacji technicznej – i chcemy by kwitła ona dalej na dawnych warunkach, by było coraz więcej konsumpcji i energii. Brak nam desperacji, zdrowego instynktu, który by dał energię do zmian.

Przytoczone wypowiedzi nie są jednak wedle mnie wyrazem tej zdrowej desperacji, ale raczej najprostszym sposobem odsunięcia jej od siebie, czyli są najbardziej łatwym sposobem na prowadzenie „życia jak zwykle”. To typowe chowanie głowy w piasek, by móc nic nie zmieniać. Nie jest to też entuzjastyczne stawanie po stronie śmierci – bo i z taką opinią się spotkałem. Gdy ktoś jest prawdziwie zdesperowany, to zgodnie z rozumieniem tego słowa dąży do podjęcia jakichkolwiek działań. Może niektórzy zawiną się w koc, co nie jest w końcu takim złym wyjściem, bo leżąc pod kocem nie konsumuję zbyt wiele, a obniżenie poziomu konsumpcji jest moim zdaniem najlepszym sposobem na przeciwdziałanie obecnemu kryzysowi cywilizacyjnemu. Inni oczywiście podejmą wszelkiego rodzaju działania, wedle ich najlepszej wiedzy. Najbardziej zagraża ludzkości to, że wywoływane przez nią zmiany przerastają wyobraźnię pojedynczego człowieka. Nie dziwmy się się zatem, że ucieka on od przyjęcia do wiadomości informacji dotyczących wagi i zasięgu tych zmian. Zarazem jednak owo przyjęcie jest dla niego ostatnią szansą. Nie bójmy się zatem prawdziwej, zdrowej klimatycznej desperacji.

Reklamy

O odpowiedzialności

Prawie czterdzieści lat temu w książce Zasada odpowiedzialności Hans Jonas sformułował podstawową zasadę etyczną obwiązującą współczesną cywilizację: „Postępuj tak, aby skutki twoich czynów nie godziły w przyszłe istnienie gatunku ludzkiego na Ziemi”. Jonas przeciwstawia nieodpowiedzialnemu utopizmowi, tworzącemu wizję świetlanej przyszłości, swoją zasadę odpowiedzialności, której istotą jest utrzymanie przy życiu szczególnej formy życia, jaką jest człowiek. Podejście to narzuca zobowiązania zarówno wobec żyjących, jak i wobec mających nadejść pokoleń. Wynika z niego między innymi niechętnie traktowana przez wielu naukowców i inżynierów „precautionary principle”, czyli zasada ostrożności (zapobiegliwości) nakazująca unikania działań, jeśli mogą z nich wynikać stosunkowo niewielkie, lecz nieodwracalne zagrożenia dla przyszłości. Dziś wszelako ludzkość podejmuje działania, które nie tyle że w niewielkim stopniu zagrażają przyszłość, ile grożą jej całkowitą destrukcją. Jesteśmy najbardziej nieodpowiedzialnym pokoleniem w historii, do cna egoistycznym. Nie wykazujemy najmniejszej troski o przyszłe pokolenia – mamy po prostu swoje dzieci w dupie.

To, co możemy dziś zrobić w obecnej sytuacji kryzysu ekologicznego to odrzucenie tych systemów światopoglądowych i opcji politycznych, które opowiadają się za nieustanną ekspansją gatunku homo sapiens i pokładają zbyt dużą nadzieję w rozwoju technologicznym wyrażoną w micie postępu. Marzenia o projektach geoinżynieryjnych, mających ochronić ludzkość przed globalnym ociepleniem czy o tysiącach elektrowni jądrowych mających zapewnić „czystą” energię są wyrazem totalnego zadufania i pychy. W czasie gdy Jonas spisał swoją książkę, wizja zagłady cywilizacji ludzkiej nie była tak oczywista. Dziś jest już namacalna. Jesteśmy odpowiedzialni za przyszłe pokolenia, za nasze dzieci, za to by one także mogły żyć i podejmować decyzje o kolejnych pokoleniach. To podstawowe prawo życia, którego jedynym sensem jest przetrwanie, kontynuacja istnienia. Czasem do przetrwania konieczne jest samoograniczenie. Dziś nastał ten czas. Jak pisze Jonas : „Jeśli człowiek gotów jest poświęcić resztę przyrody dla swych rzekomych potrzeb, może się to zakończyć jedynie dehumanizacją człowieka, atrofią jego istoty, o ile nawet będzie miał szczęście przetrwać. Stoi to zatem w sprzeczności z głoszonym przezeń celem, ochroną siebie samego, usankcjonowaną przez godność jego istoty”.

To, że człowiek jako jedyny gatunek dysponuje świadomością, nakłada na niego obowiązek, ogromne zobowiązanie etyczne wobec życia, z którego, jak dotąd, zupełnie się nie wywiązuje. Nie strzeżemy i nie chronimy życia na tej planecie. Wprost przeciwnie – eksploatujemy wszelkie zasoby i żyjemy wedle zasady „po nas choćby potop”. I w dodatku zaprzeczamy naszemu wpływowi na klimat, albo produkujemy absurdalne teorie o tym, że za zmiany klimatu jest odpowiedzialne jądro Ziemi albo wpływ grawitacyjny Jowisza i Wenus (najnowsze bzdury jakie usłyszałem). Możemy bez końca zrzucać odpowiedzialność na wszystko poza nami, byle tylko zachować dobre mniemanie o sobie. Tylko – ile można?

O pszczołach

Tak jak pszczoła zbiera miód z kwiatu, nie niszcząc ani jego barwy, ani zapachu, tak mędrzec obchodzi wioskę prosząc o ofiary” (Dhammapada, 49). Ten piękny wers nie tylko wykłada podstawy buddyjskiej praktyki, ale opisuje też jedyny właściwy stosunek człowieka do życia. Słowo przełożone tu jako mędrzec to w oryginale muni, czyli „milczący”. Gdyby ludzie byli takimi „milczącymi”, mieliby szansę stać się homeostatem pomagającym dzięki swej świadomości utrzymać równowagę na Ziemi, nie niszcząc przy tym ani jej barwy, ani zapachu. Byliby niczym pszczoły, wtopieni w jedność ekosystemu, troszcząc się o całość, cicho bzycząc nad powierzchnią planety. Niestety, postępują wprost odwrotnie, prowadząc swoje życie w sposób, który dosadnie ujął Szekspir: „Życie to opowieść idioty, pełna wrzasku i wściekłości, lecz nic nie znacząca”. Ludzie głównie skupiają się na robieniu hałasu i zamieszania, nazywając to swoim życiem. Doprowadzili do tego, że wymarcie grozi nie tylko pszczołom, ale i im samym. Zamiast dbać o ziemski ogród, eksploatują go z okrutną bezwzględnością. Jako gatunek łamią fundamentalną zasadę etyczną, jaką jest troska o wszelkie życie. Nie ma w tym nic dziwnego, bo tylko życie może się troszczyć o inne życie, a ludzie wydumali sobie, że czymś wyjątkowym, czymś ponad życiem, jakimś boskim tworem. Nie wdzięczni życiu, mimo iż to ono ich zrodziło. Wprost przeciwnie, gardzą nim w imię głośnych, rozbuchanych i zbędnych potrzeb. Traktują Matkę Naturę jak sprzedajną dziwkę. Ale tylko do czasu, do tego czasu, w którym pszczoły wyginą.

O smutku antropocenu

Parę dni temu wysłuchałem bardzo dobrego wykładu na temat zmian klimatycznych i antropocenu. Pod koniec wykładu nagle zdjął mnie smutek (o „optymizmie” w antropocenie pisałem tu). Bo niby to wszystko już od dawna jest mi dobrze znane, wiem że istnieje konsensus wśród naukowców co do antropogenicznego pochodzenia zmian klimatycznych, które zagrażają istnieniu cywilizacji. Wiem, że są podejmowane piękne zobowiązania, takie jak porozumienie Paryskie z 2015 roku, mające na celu przeciwdziałanie zmianom klimatu. Ale jednocześnie wiem, że tak naprawdę nic się nie robi by przeciwstawić się zamianom klimatycznym, że biznes się kręci jak zwykle, czego najlepszym przykładem jest to, że w tym roku emisje CO2 wzrosły zamiast zmaleć. Trudno uciec od smutnej refleksji, że korporacje i rządy starają się jak najszybciej wyeksploatować wszelkie zasoby, nim ewentualne ogólnoświatowe rozporządzenia mogłyby im to uniemożliwić. Przykładem jest tu wycinka lasu Hambach przez spółkę energetyczną RWE, podjęta po to, by móc jak najszybciej wydobyć zalegający pod nim węgiel. Parafrazując ewangelię Mateusza: „Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu zatrzymać zmiany klimatyczne”. To najbogatsze kraje najbardziej przyczyniają się do zmian klimatu, a najbiedniejsze najbardziej na nich ucierpią.

Dobrze także wiem, że jedynym paradygmatem współczesnej cywilizacji jest nieustannie rosnąca konsumpcja. By ją zatrzymać musielibyśmy nałożyć na siebie duże ograniczenia, zbyt ascetyczne dla obecnej populacji, albo też drastycznie zmniejszyć ilość konsumentów. Niektórzy odwołują się w tym miejscu do zatrącających o teorie spiskowe rozwiązań, rodem z filmów sensacyjnych, które mają polegać na tym, że jakaś organizacja mogłaby doprowadzić do znaczącej depopulacji, na przykład wypuszczając śmiercionośnego wirusa. Moim zdaniem wizja jednego działania – pozytywnego czy też negatywnego – obejmującego całą planetę wypływa raczej ze złudnej wiary w jakiś „rząd światowy”, trzymający władzę i kontrolujący sytuację. Bardziej prawdopodobna jest w najbliższej przyszłości opcja polegająca na walce różnych potęg światowych o to, co jeszcze będzie dostępne (zasoby, obszary zdatne do życia itp). Depopulacja, co do której zajścia nie możemy mieć wątpliwości, gdyż jest ona jedynym wyjściem, urzeczywistni się w sposób właściwy dla homo sapiens, czyli głównie poprzez wojny i towarzyszące im choroby i głód.

Jedno jest pewne – „mała stabilizacja” epoki holocenu odeszła nieodwołalnie w przeszłość. Ostatnie 11.000 lat było jedynie swego rodzaju tymczasowym inkubatorem, w którym dzięki korzystnym warunkom klimatycznym wylęgła się obecna postać ludzkości. Dzisiaj ów zarodek już dojrzał, wykluł się z jaja i modyfikuje planetę. Niestety, te nieporadne próby modyfikacji niezbyt mu się udają. Jak na razie doprowadziły jedynie do tego, że mamy przed sobą krótki i nieprzewidywalny okres antropocenu, dynamiczny, zmieniający wszystko, praktycznie co dekadę odmieniający życie człowieka na Ziemi. To czas gwałtownych zmian, nad którymi nie tylko że nikt nie ma kontroli, ale także nikt nie może w najmniejszym stopniu przewidzieć ani ich przebiegu, ani tego, dokąd doprowadzą. Te zmiany mogą wywoływać rozmaite emocje. Może to być entuzjazm, jak u technologicznych optymistów, którzy wieszczą rychły świt sztucznej inteligencji, która odmieni oblicze Ziemi albo też możliwość nieograniczonych modyfikacji genetycznych dzięki dopiero co odkrytej metodzie CRISPR/Cas9 umożliwiającej łatwą, precyzyjną i stosunkowo tanią edycję genów. Może to też być smutek, żal za utraconymi możliwościami innych sposobów egzystencji, innych niż te dostępne w antropocenie, a bardziej odpowiadających naturze człowieka. Ukształtowała się ona przez dziesiątki tysięcy lat paleolitu i wyposażyła człowieka w spójny zespół reakcji i wyobrażeń, dzięki którym mógł on prowadzić w miarę sensowne życie. Niestety, proces udomowienia, jaki zgotował sam sobie gatunek homo sapiens w ciągu ostatnich 11.000 lat, doprowadził do wypaczenia natury człowieka. Wynikiem jest nasza obecna sytuacja, w której stoimy na skraju autodestrukcji. Holocen był w tej perspektywie tylko preludium do katastrofy, jaką fundujemy sobie w epoce antropocenu. Jak to zawsze mawiam – będzie to the end of civilisation as we know it.

O Heraklicie

W dzisiejszych czasach warto przypomnieć filozofa, który odmieniłby oblicze zachodniej cywilizacji, gdyby tylko z jego pism nie pozostały jeno nędzne skrawki. Postrzegał rzeczywistość inaczej niż Platony i Arystotelesy, ujmując ją w jej płynności i nieustannej zmianie. Wsławił się już w starożytności „mrocznym” stylem swego filozofowania, co dobitnie pokazuje, że sięgnął głębiej niż inni. Był także myślicielem „dumnym”, człowiekiem znającym wartość indywidualności w świecie miejskich iluzji, jak to pokazują jego słowa:Ludzkie opinie to zabawki dzieci”. W nielicznych fragmentach ocalałych z jego pism znajdujemy i ten, w którym pisze, że odnalazł siebie i od siebie samego wszystkiego się nauczył. A najwartościowszym elementem jego nauki jest sformułowanie prawa rządzącego przeciwieństwami. Na dnie każdego z aforyzmów Efezyjczyka tkwi bowiem jedna podstawowa myśl – przeciwieństwa są jednością, zbiegają się ze sobą, tworząc splot (logos) rzeczywistości. Życie jest śmiercią, śmierć jest życiem, droga w górę jest tożsama z drogą w dół, a wszystko ciągle się zmienia w niepowtarzalnym przepływie. W ten sposób u zarania filozofii ukazywał zauroczonym rozumem Grekom, że rzeczywistość jest tylko grą pozorów, wytworzoną przez rozum oddzielający przeciwieństwa od siebie i czyniący z nich sprzeczności logiczne. Świat jest wedle niego rządzony przez nieubłaganą konieczność, gdy jednak dusza ludzka odkryje swe niezmierzone głębie, wyzwala się z jej okowów, jak głosi jego najsłynniejszy aforyzm.

O trybie domyślnym

W czasie badań nad mózgiem odkryto, że także wtedy, gdy mózg „odpoczywa”, gdy nie wykonuje żadnych zadań podawanych przez badaczy, stale utrzymuje się w nim pewien poziom aktywności. Jeśli nawet nic nie robimy, to neurony cały czas są aktywne, czymś się zajmują. Nazwano to trybem domyślnym działania mózgu( brain’s default mode), czyli swego rodzaju ustawieniem fabrycznym mózgu. Jego przejawy znamy bardzo dobrze, bo gdy zwykle „nic nie robimy”, to nasze myśli krążą wokół nas samych. „Czy dobrze to powiedziałem?, „Jak on mógł to zrobić”, „Ona mi się podoba”, „Jak mam jutro postąpić?” itp. itd. – tysiące myśli, a wszystkie krążą wokół „ja”. Snujemy te myśli nieustannie, tkając z nich tkankę tego, co nazywamy swoim „ja”. Wspominamy, planujemy, rozpamiętujemy, ruminujemy nieustannie (o ruminacji pisałem tu). Błądzimy myślami, nader często skupiając się na wszelkiego rodzaju lękach i potencjalnych zagrożeniach, które mogą nas spotkać. Dlatego buddyści mówią, że błądzący umysł to umysł nieszczęśliwy. Dlatego też tak sobie cenimy te chwile, gdy tryb domyślny działania naszego mózgu schodzi na plan dalszy, jak to się dzieje w chwilach intensywnych emocji, silnych przeżyć, albo wtedy gdy wchodzimy w stan przepływu (flow). Wtedy zapominamy na chwilę o sobie i dajemy sobie odetchnąć. Nasze błądzące „ja” zanika, rzeczy się po prostu dzieją.

To, co uważamy za coś najważniejszego na świecie, nasze „ja”, jest zatem tylko wynikiem aktywności podzespołów neuronalnych pracujących w trybie domyślnym, spajających myśli, uczucia, impulsy w jedną, acz jakże iluzoryczną, całość. Można by powiedzieć metaforycznie, że neurony cały czas „gadają” ze sobą, by podtrzymać nasze doświadczanie „ja”. Może to one są odpowiedzialne za głos w naszych głowach, niestrudzonego komentatora życia (pisałem o nim tu). Ta gorączkowa działalność naszego mózgu, który przez większość czasu nieustannie zajmuje się tylko samym sobą, wytwarza poczucie „ja”, nieustanie lgnącego do przyjemnych doświadczeń i unikającego nieprzyjemnych. Mózg, pożerający aż 20 procent energii pobieranej przez ciało, zajmuje się głównie tworzeniem mniej lub bardziej spójnej narracji konstytuującej to, co nazywamy „ja”. Historie, które opowiada, są wynikiem pracy mózgu „na wolnym biegu”, efektem ubocznym, czymś bez czego potrafimy sobie doskonale radzić. Podkreślają to wszystkie tradycje duchowe uważające „ja” za zbędny balast, odpowiedzialny za cierpienie doświadczane przez nas w tym świecie. Nic w tym dziwnego, gdyż „ja” to skurcz świadomości, bolesny sam w sobie. Tylko jego relatywizacja – czyli, jak to mówi buddyzm, zobaczenie pustki „ja” – daje ulgę.

O ciekawych czasach

Być może żyjemy rzeczywiście w ciekawych czasach – życie powstało 5 mld lat temu, za 5 mld eksplodujące Słońce ostatecznie wypali ziemię. A więc można powiedzieć, że dziś jesteśmy na kosmologicznym półmetku. Jednak z antropologicznego punktu widzenia jesteśmy na krawędzi. Życie świadome osiągnęło poziom świadomości planetarnej, wyrażający się z jednej strony w globalnej ekspansji cywilizacji technicznej, a z drugiej strony w rosnącej trosce o klimat Ziemi. Podobnie jak człowiek odczuwa swoje życie intensywniej wtedy, gdy stoi w obliczu śmiertelnego zagrożenia, tak obecnie ludzkość – niestety tylko w osobach nielicznych swoich przedstawicieli – uświadamia sobie wartość życia, każdego życia. Widziałem ostatnio wykres sugerujący, że spowodowana działalnością człowieka zagłada dzikich zwierząt (tzw. szóste wymieranie) osiągnie w roku 2026 swój kres, bo wtedy po prostu ich już nie będzie. Lwa, słonia, antylopę, tygrysa, szympansa będziemy mogli tylko zobaczyć w ścisłym rezerwacie albo w zoo. To zaiste ciekawe czasy, a czyni je takimi człowiek. Dla jednych to powód do dumy, bo są wpatrzeni w jasną technoprzyszłość ludzkości. Inni ostrzegają przed nieuchronnym kolapsem cywilizacji w ciągu dekady czy dwóch. Tym, co najbardziej ciekawe w tych ciekawych czasach to tak bliska możliwość weryfikacji rozmaitych prognoz.

W 1925 roku C.G. Jung wybrał się na długą wyprawę do Afryki, odwiedzając między innymi Kenię i Ugandę. W swoich wspomnieniach pisze, że widział „niezliczone stada zwierząt: gazele, antylopy, zebry, guźce” płynące aż po horyzont. Z typową dla człowieka Zachodu dumą podkreślił znaczenie ludzkiej świadomości, która „powołuje do istnienia obiektywy byt”, bo bez ludzkiej świadomości świat zwierzęcy byłby „nie słyszany, nie widziany, niemo żrąc, rodząc, umierając i potrząsając głową”. Jego zdaniem to ludzka świadomość nadaje sens istnieniu świata. Niestety, po prawie stu latach od czasów jego podróży już dobrze wiemy, jak bardzo ludzka świadomość okazała się być destruktywna dla owego „niezliczonego” świata fauny. Zamiast dać głos owemu „niemo żrącemu” światu zwierząt ludzie dążą do jego unicestwienia. Czy jeśli sto lat po Jungu pojedziemy do Afryki zobaczymy już tylko ludzki, aż nazbyt ludzki pejzaż – miasta, wioski, pola uprawne w miejsce dżungli i sawann oraz niezliczone farmy zwierząt hodowlanych zamiast słoni, lwów i antylop? Niestety, jest to bardzo prawdopodobne.

PS

Chińskie przysłowie tak naprawdę brzmi: „Lepiej być psem w czasie pokoju, niż człowiekiem w czasach chaosu”.