Archiwum kategorii: Bez kategorii

O fanatyku, filozofie i potrzebie poznawczego domknięcia

Znacie może takie osoby? Posiadają one zwykle dosyć skąpy zestaw przekonań i łykają jak pelikan każdy fake news, który jest po ich myśli oraz z rozkoszą przeżuwają postprawdę, ale tylko taką, która potwierdza ich przekonania. W każdej sytuacji mają prostą odpowiedź. Wahanie się i wątpliwość uważają za oznakę słabości. Tak, to są osoby, które odczuwają silną potrzebę domknięcia poznawczego. Termin ten wprowadziła w 1994 roku para psychologów, Donna Webster i Arie Kruglanski. Wysoka potrzeba domknięcia poznawczego przejawia się silnym dążeniem do uzyskania pewnej, szybkiej i jednoznacznej opinii na dowolny temat. Osoby takie poszukują w swym życiu porządku, przewidywalności, prostych sposobów na podejmowanie decyzji. Nie interesują ich skomplikowane niuanse, tak charakterystyczne na przykład dla wiedzy naukowej, lecz pragną tylko prostych wskazówek dotyczących tego jak myśleć i działać. Ich przeciwieństwem są osoby o niskim natężeniu domknięcia poznawczego, które są otwarte na wieloznaczne, skomplikowane sytuacje, co oznacza, że dopuszczają do siebie wiele wątpliwości. Nie czują natychmiastowej potrzeby wydawania sądów i opinii, dają sobie czas na przemyślenie danej kwestii. Ba, nawet są zdolne do utrzymywania w umyśle jednocześnie dwu przeciwstawnych opinii dotyczących jakieś sytuacji, co wszelako nie zakłóca ich działania. Pierwszy typ jest bliski temu, co rozumiemy pod pojęciem fanatyka. Dla niego ucieczka od wątpliwości to zbawienna ucieczka od wolności i spoczęcie w błogim objęciu najwyższego autorytetu, Boga albo wodza, który wyznacza jasne i proste ścieżki. Drugi jest bliski naszemu pojmowaniu filozofa, który w wątpieniu znajduje sposób na docieranie do prawdy, w każdej sytuacji dostrzega wielość możliwości jej interpretacji, a po wydaniu sądu mówi: „O ile się nie mylę” i pozwala sobie na błądzenie.

A co się dzieje z wątpliwościami, które osoby o dużej potrzebie domknięcia poznawczego rugują ze swego świata psychicznego? Według psychoanalizy ulegają one projekcji i poznawczo domknięty człowiek widzi je u innych, u tych wedle niego słabych, bo deliberujących i zastanawiających się. Nie dziwi zatem, że człowiek domknięty poznawczo nienawidzi ludzi mających inne zdanie niż on – bo wedle niego inne zdanie jest po prostu fałszywe, a człowiek je uznający jest dla nich głupkiem. Fanatyk atakując ludzi o odmiennym zdaniu chce zniszczyć swe własne wątpliwości. Jak pisał George Santayana: „Fanatyzm polega na podwojeniu wysiłków, kiedy zapomnisz o swoim celu”. Owo zdwojenie wysiłków polega przede wszystkim na intensywnym, pełnym przemocy – werbalnej i fizycznej – atakowaniu tych, którzy mają odmienne zdanie.

Potrzeba domknięcia poznawczego to podstawowa cecha większości ludzi, znajdujących od tysiącleci w myśleniu mitologicznym i magicznym wszystkie odpowiedzi na problemy pojawiające się w życiu. Może dziwić, że nasila się ona dzisiaj, w naszej „oświeconej epoce”, gdy jesteśmy zalewani wszechobecnymi „informacjami” internetowymi. Jednak ani internet, ani żadna inna techniczna nowinka nie zmieni ludzkiego umysłu ani o jotę, lecz jedynie zintensyfikuje jego wady. Im więcej informacji, tym bardziej umysł ludzki nie wykorzystuje ich do do poszerzania swojej wiedzy i wyrabiania krytycznych osądów, lecz wprost przeciwnie – używa ich do potwierdzania już z góry powziętych przekonań. Wydaje się to być czymś paradoksalnym, ale tak działa nasz umysł – zalany danymi wybiera tylko te, które potwierdzają jego dotychczasowe funkcjonowanie. W ten oto sposób internet stał się swego rodzaju współczesną Biblią, w której – jak dobrze wiadomo – możemy znaleźć zdanie na potwierdzenie dowolnej opinii, którą żywimy ze ściśle osobistych powodów.

Reklamy

O śmierci i umieraniu

Wedle mitologii greckiej Hypnos to bliźniaczy brat Thanatosa. Wydaje się być bliźniakiem jednojajowym, gdyż zapadając w sen przyzwalamy na zgaśnięcie naszej świadomości zatrważająco podobne do śmierci. Jednak, gdy jesteśmy młodzi i zdrowi, przyzwoleniu temu towarzyszy bezwiedne przekonanie o tym, że pokrzepieni snem przebudzimy się rano. Być może zatem zapadając w śmierć mamy równie silne przekonanie, że nasze przebudzenia już się skończyły? Dowiemy się tego zapewne w momencie śmierci, chociaż śmiem tu zaryzykować tezę, że rzecz może się mieć się całkiem inaczej. Przez całe życie wiele razy doświadczaliśmy zasypiania i przebudzenia i to utrwaliło w nas, na zasadzie warunkowania instrumentalnego, nawyk i obeznanie z tym stanem. Umieramy natomiast po raz pierwszy i bez wcześniejszego przygotowania. Ponadto – o zasypianiu i przebudzeniach mogliśmy porozmawiać z innymi, podzielić się doświadczeniami. Umiemy o tych stanach mówić i słyszymy, co inni o nich mówią. Jak to jest umierać niestety nikt nam nie powie. W dawnych kulturach przykładano do rozmów o śmierci o wiele większą wagę niż dziś, gdy unikamy tego tematu nawet w rozmowie z żywymi. Powstawały nawet teksty, mające przybliżyć ten moment naszemu doświadczeniu. W słynnej „Tybetańskiej księdze umarłych” znajdujemy takie słowa: „Szlachetny synu! Oto przyszedł na ciebie czas tego, co nazywamy śmiercią”, które mają być wypowiedziane do osoby w stanie śmierci. Oryginalny tytuł tej księgi to „Bar-do t’os-grol cz’en-mo”, co oznacza „Wielkie wyzwolenie z bar-do przez słuchanie”. Tytuł ten pokazuje przekonanie Tybetańczyków jak ważne jest usłyszenie, nazwanie, tego co z nami się dzieje w tym stanie. Jeśli jesteśmy zwykłymi ludźmi, a nie praktykującymi joginami, to nie wiemy na czym polega stan, w który wchodzimy umierając i wskazówki z księgi są nader pomocne. Boimy się śmierci, ale czy wiemy kiedy umieramy? Niektórzy być może tak, inni zapewne nie. Znamy dobrze stan gdy zasypiamy, nie znamy natomiast stanu, gdy umieramy. Być może mamy świadomość umierania, ale jest ona zawsze obecna – zgodnie ze starym powiedzeniem Epikura – przed naszą śmiercią. Kto nam powie, w momencie gdy nasza świadomość będzie gasnąć, że właśnie oto doświadczamy śmierci?

O Polakach

Wczoraj był 11 listopada. Dziesiątki tysięcy Polaków świętowało swoją polskość, głównie niestety w ramach tak zwanego patriotyzmu ulicznego, pokazowego i zakompleksionego. To ostatnie słowo, dosyć niezręczne, ale obecne w języku, odnosi się do słynnych polskich kompleksów, z których jednym z ważniejszych jest kompleks niższości. Od dwustu lat wstajemy z kolan, a dziś podobno szczególnie. Jak jednak owo odwieczne wstawanie odcisnęło się na Polakach? Czy doprowadziło do poczucia solidarności z innymi Polakami w walce o postawę wyprostowaną? Nie, bo dobrze wiemy, że na co dzień Polak Polakowi pozostaje wilkiem. Jaki zatem mamy stosunek do tych, co z kolan nigdy nie wstaną, chociaż są Polakami? Odpowiem jednym słowem: przerażający. Podam tylko jedną liczbę by swe przekonanie uzasadnić. W 2002 przeprowadzono eksperyment, w którym psycholog społeczny M. Paśka pytał pod supermarketami klientów, kto z nich podpisałby petycję dotyczącą zlikwidowania miejsc dla niepełnosprawnych na parkingach supermarketowych. Petycję poparło 37,5% respondentów! Ta liczba nawet nie wymaga dalszego komentarza.

O racjonalności człowieka

„Powiadają, że człowiek jest istotą racjonalną. Przez całe życie szukałem dowodów, które by potwierdziło słuszność tego twierdzenia.” Dobrze, że powiedział to filozof, Bertrand Russell, któremu nieobca była ponadto matematyka i logika. Filozofowie bowiem, choć jak widzimy nie wszyscy, byli od samych początków swej dziedziny piewcami racjonalności człowieka. Złudzenie racjonalności jest bodajże największą z ludzkich autoiluzji, podtrzymywaną taki napuszonymi nazwami jak „animal rationale” Augustyna, „substancja indywidualna mająca rozumną naturę” Boecjusza, czy wreszcie osadzająca naszą racjonalność w biologii „Homo sapiens” Linneusza. Skąd bierze się ta autoiluzja, pomimo przeważających przykładów z dziejów naszego gatunku, pokazujących jego fundamentalną irracjonalność? Odpowiedź sugerują słowa innego filozofa, Williama Jamesa: „Doznanie całkowitej wystarczalności chwili obecnej, jej absolutności, kompletny brak potrzeby jej wyjaśnienia, przeanalizowania lub uzasadnienia – oto co nazywam poczuciem racjonalności. Krótko mówiąc, z chwilą gdy z jakichkolwiek względów mamy możność doskonale płynnego myślenia, treści naszego myślenia wydają się racjonalne”. Oczywiście nie wszyscy doświadczamy takiej płynności myślenia, ale ci, którym myślenie przychodzi równie łatwo jak oddychanie bez wątpienia czują się istotami racjonalnymi.

O stosunku filozofii do LSD

Daniel Pinchbeck w swej książce „Przełamując umysł” cytuje tekst z lat sześćdziesiątych, odnoszący się do terapeutycznego wpływu LSD: „Kluczowym spostrzeżeniem, obserwowanym wśród wszystkich osób, którym udało się wniknąć bardzo głęboko podczas swoich poszukiwań, jest rozpoznanie tego, że poza powierzchownym zróżnicowaniem zjawisk, obserwowanym przez świat nauki i podejście ‚zdroworozsądkowe’, rozciąga się jedna rzeczywistość, wobec której zasadne jest użycie takich określeń jak ‚nieskończona’ i ‚wieczna’”. Jak dodaje, „terapeuci zauważyli, że po prawdziwym rozpoznaniu przez pacjenta owej wiecznej jedności, dziewięć na dziesięć posiadanych przez niego problemów po prostu znikało.” Trudno nie zauważyć, że od tysięcy lat podobne zadanie stawia przed sobą filozofia, posiłkując się nieco innymi środkami, ale osiągając analogiczne skutki. Trudno też powstrzymać się od stwierdzenia, że filozofowi bez wątpienia więcej czasu zajmuje dotarcie do wspomnianej powyżej percepcji sub specie aeternitatis, dzięki której osiąga on tak skuteczną terapeutycznie percepcję „wiecznej jedności”. Jednak każde doświadczenie, by trwałym było, przemieniającym skutecznie percepcję jednostki, musi być nie tylko intensywne, co bez wątpienia zachodzi w przypadku doświadczeń z enteogenami, lecz także musi być zintegrowane ze strumieniem świadomości doświadczającego, a nie tylko go gwałtownie zmieniającym. Tu filozofia, pojęta właśnie jako przemiana percepcji, ma wiele do zaoferowania, jako ścieżka transformacji stopniowej. Powyższe rozważania zostały zainspirowane kilkoma rozmowami ze studentami filozofii, którzy, słuchając moich wykładów w ciągu ostatnich ponad dwudziestu lat, wyłożyli mi swe przekonanie „że na pewno coś biorę”. Tak, moi drodzy studenci, aplikuję sobie rozmaite specyfiki, znane pod firmowymi nazwami „Platon”, „Spinoza”, „James”, „Jung” i wiele innych :).

O wierze

Chciałbym dziś napisać o pewnym doświadczeniu z mej młodości. Od ostatniej klasy podstawówki, wówczas ośmioletniej, musiałem nosić okulary. Niezbyt mi się to podobało i przyjmowałem to jako niezrozumiałą konieczność. Na początku liceum leżałem sobie pewnego dnia w pokoju, z zamkniętymi oczami, wsłuchując się w muzykę. Po chwili wpadłem na pomysł by się zrelaksować i dzięki temu, jak czytałem, być może uda mi się zlikwidować moją wadę wzroku, wówczas jeszcze nie tak dużą. Na falach muzyki płynąłem coraz dalej w głąb, z każdą chwilą coraz bardziej przekonując siebie, że gdy otworzę oczy, to moja wada zniknie i będę widział ostro. Po dłuższym czasie osiągnąłem stan, w którym całkowicie przekonałem siebie, że moje oczy są już w porządku. Uwierzyłem w to całkowicie, w mym umyśle nie było już najmniejszego cienia wątpliwości. Otwarłem oczy i wtedy moja wiara legła w gruzach – świat w dalszym ciągu był niewyraźny. Dziś sobie tak myślę, co by było, gdybym wówczas za przedmiot swej wiary nie obrał coś tak przyziemnie zmysłowego, jak ostrość mego wzroku, a raczej coś, co by nie poddało się tak szybko bezpośredniej weryfikacji zmysłowej, dajmy na to jakiś byt duchowy, jakowegoś boga albo i innego Jezusa? Mógłbym przecież wtedy stać się wierzącym, przekonawszy siebie samego, że to, w co uwierzyłem jest realne! Aż ciarki mi przechodzą przez plecy na samą myśl o takiej możliwości. Uległbym wtedy tej podstawowej słabości ludzkiego umysłu, który zawsze szuka potwierdzenia swoich mniemań, za nic sobie mając rzeczywistość. To dzięki tej słabości kwitną wiary, ideologie, teorie spiskowe i mnóstwo innego śmiecia mentalnego, który od zawsze towarzyszył ludzkości. Całe szczęście na tyle wcześnie w swym życiu otwarłem oczy by dowiedzieć się, że w sprawach ludzkich, jak i w boskich, oprócz silnego przekonania, liczy się także empiria.

O wychowaniu

Przychodzimy na ten świat wrzeszcząc i płacząc, jakby przeczuwając, co nas czeka. W dzieciństwie, które jest dziedziną iluzji i pragnień, widzimy swoje przyszłe życie jako cudowną przestrzeń możliwości. Nasz umysł rozwija się, nie pojmując swoich własnych ograniczeń, nasze emocje tworzą świat przeżyć, który kusi praktycznie nieskończonymi możliwościami. Jednak szybko nadchodzi kres owych możliwości, gdyż co najmniej dziewięćdziesiąt procent rodziców to sztywni idioci, zajmujący się z godnym lepszej sprawy samozaparciem czynieniem ze swoich dzieci takich samych jak oni idiotów, nazywając to w dodatku podniośle wychowaniem. Nic dziwnego, że dzieci płaczą, gdyż w owym wychowaniu główną rolę odgrywa przemoc, psychiczna i fizyczna. Trzeba bowiem złamać wolę istnienia dziecka, trzeba złamać jego chęć do życia, zgnoić go, by było bardziej posłuszne niż każdy pies. Alice Miller pisze: „Gdy bije się dorosłych, nazywamy to torturą, ale bicie dzieci nazywamy wychowaniem”. To że dorosły osobnik homo sapiens, przewyższający wagowo swego potomka dajmy na to 5-8 razy, uważa, iż czymś naturalnym jest uderzenie swego dziecka, by go uspokoić lub sprawić, by się zachowywało w określony sposób, jest przez owych wychowawców postrzegane jako norma. Jednak to, co większość ludzkości uważa za normę, jest patologią, jedną z najgłębszych w dziejach ludzkości. Efektem jest wytworzenie produktu człekopodobnego, utworzonego na obraz i podobieństwo patologicznych rodziców, który, gdy tylko dorośnie, z równą zawziętością będzie wychowywał swoje potomstwo. Ci bardzo nieliczni, którzy oparli się mocom wychowania, albo w ten czy inny sposób się spod nich wyzwolili, są szczęśliwcami, rozwijającymi się poza kanałami rzeczywistości, w które mieli być wpuszczeni. Jakie są bowiem efekty wychowania? Zamiast umysłów płonących ogniem pożądania prawdy otrzymujemy ideologiczno-neurotyczny mentalny żużel; zamiast ludzi zdolnych do miłości otrzymujemy zdefektowane emocjonalnie mechaniczne lalki; zamiast istot zdolnych do życia i cieszenia się z niego wychowanie daje nam smutne i ponure egzemplarze robotów wykonujących bezsensowną pracę, zadowolonych z tych paru groszy pozwalających przeżyć kolejny miesiąc. Zamiast wychowywać swoje dziecko możesz je kochać rodzicu – ale czy jesteś do tego zdolny, skoro sam zostałeś wychowany?