O iluzji nieskończonej energii

Podobno wiara i nauka nie idą w parze. Jednak jest coś, co je łączy, a tym czymś jest energia. Najlepszym przykładem owego połączenia są wierzący energonaukowcy. Bóg oczywiście nie jest przedmiotem ich wiary, ani anioły, tym bardziej życie po śmierci, czy nawet łaska spływającą z góry na receptywne istoty ludzkie. Przedmiotem ich wiary czysta, potencjalnie nieskończona energia. Wierzą oni, że rozwój aktualnie istniejących źródeł energii, zwłaszcza udoskonalonych reaktorów jądrowych czwartej generacji – a potem oczywiście piątej – może zapewnić praktycznie niewyczerpane moce energetyczne dla świata. Czasem do swej wiary dołączają także pozyskiwanie energii z kontrolowanej syntezy termojądrowej w rozmaitych jeszcze nie istniejących urządzeniach. Świat jest dla nich nieograniczonym zbiornikiem energii, którą może wykorzystać człowiek. Tym, co najbardziej intryguje mnie w kontakcie z nimi jest ich zaiste Comte’owska niewzruszona wiara w postęp, który nieuchronnie dokona się dzięki dostępowi ludzkości do skondensowanych źródeł energii. Ich rajem i zarazem najwyższą iluzją jest niekończona energia dostępna za naciśnięciem guzika.

Rozumiem ich marzenia. Odkąd człowiek odkrył, że może wykorzystywać coś więcej niż tylko siłę własnych mięśni, dążył do spotęgowania tego uczucia, które pojawia się wtedy, gdy mamy dostęp do siły o wiele większej niż ta dana nam w ciele. Człowiek zawsze przekraczał swoją naturę, jest to wręcz definicja bycia człowiekiem. Owo przekraczanie jest zarazem wykraczaniem, pod względem fizycznym manifestującym się jako wykorzystywanie zasobów energii po wielokroć przekraczających to, czego jesteśmy zdolni dokonać własnym wysiłkiem. Niewyczerpalne źródło energii to fundamentalne marzenie ludzkości, to jej pierwotny sen, z którego wykluła się obecna postać cywilizacji technicznej. Jesteśmy energetycznymi ćpunami, nie spoczniemy póki nie spalimy wszystkich paliw kopalnych, a potem – o ile będzie jakieś potem – przerzucimy się na kolejne źródła energii. Gdybyśmy mogli, wyssalibyśmy ze Słońca całą jego energię, a potem dobralibyśmy się do innych gwiazd, a następnie, kto wie, może do energii próżni. Bogiem bowiem tej kultury jest energia, czysta energia dostępna w skondensowanej postaci i dodatku niewyczerpalna, oferująca zbawienie w postaci niczym nieorganicznego panowania nad rzeczywistością materialną.

Reklamy

O dwóch molochach

Przez dziesiątki tysięcy lat ludzie pozostawali pod władzą jednego molocha. Była to przyroda. Jako gatunek między innymi gatunkami musieliśmy po prostu walczyć o przeżycie. Wedle jednej z teorii około 70.000 lat temu na skutek eksplozji wulkanu i wywołanych tym zmian klimatu pozostało na Ziemi tylko kilkadziesiąt tysięcy ludzi, ale nawet bez takich spektakularnych zjawisk zawsze walczyliśmy o przetrwanie. Niestety, z początkiem neolitu ludzie powołali do istnienia drugiego molocha – samą ludzkość. Chroniąc się przed siłami przyrody, budując miasta i struktury społeczne stworzyli siłę, która im samym obecnie zagraża zagładą. Czasem, gdy wyrażę zdanie, że neolit był początkiem końca ludzkości, pojawia się riposta, że wyznaję swego rodzaju teorię szlachetnego dzikusa. Nic bardziej mylnego. Życie ludzi w paleolicie nie było idyllą. Było życiem poddanym ciągłym zagrożeniom ze strony otoczenia przyrodniczego, na które jednak ludzie nauczyli się reagować, bo mieli wystarczająco dużo czasu na ewolucyjną adaptację.

Niestety z zagrożeniami ze strony drugiego molocha ludzie radzą sobie z trudnością, co wynika między innym z tego, że generowane przez niego zmiany kulturowe są o wiele gwałtowniejsze niż biologiczne. To, że ostatnie dziesięć tysięcy lat nie zakończyło się zagładą to tylko wynik zbyt skromnych możliwości technicznych ludzkości w tej dziedzinie. A to, że ostatni wiek nie zakończył się zagładą to jednak już raczej wynik tego, że mieliśmy więcej szczęścia niż rozumu. Dziś drugi moloch sięgnął już liczby 7,6 miliarda, rośnie dalej i jak pisałem dwa tygodnie temu, wymyka się spod wszelkiej kontroli. Zawdzięczamy mu globalne zmiany klimatu, praktycznie już nieodwracalne, które wedle wszelkich prognoz doprowadzą do znaczącej redukcji populacji Ziemi. Czy wrócimy tym samym do czasów paleolitu? Może. Jeśli tak, życie nie będzie lekkie, przypominając to z postapokaliptycznych filmów z serii „Mad Max”, ale przynajmniej będzie o jednego molocha mniej.

O braku sensu

Jeśli ktoś czuje, że w jego życiu brak sensu, to właśnie tak to czuje – że to w jego życiu brak sensu. Ten brak ujmuje się najczęściej jako dolegliwość jednostki, a i sama jednostka, przytłoczona dojmującym w jej życiu bezsensem, tak to odczuwa. Brak sensu nie jest wszakże problem pojedynczego człowieka, to problem kultury w której żyjemy. Jako że jest ona wyzuta z wszelkiego sensu, można by nawet postawić tezę, że nie zasługuje na miano kultury. Jest ona indywidualistyczna i narcystyczna, hołubi jednostkę, ale zarazem obarcza ją brzemieniem nie do zniesienia. Ludzie żyjący w naszej kulturze otrzymują sprzeczne sygnały – masz być sobą i jednocześnie masz odnieść sukces. Ponieważ to prawie niemożliwe, to nic dziwnego że najbardziej powszechną formą nerwicy współcześnie jest depresja, „leczona” za pomocą antydepresantów. W ten sposób to, co jest ułomnością całej współczesnej cywilizacji zostaje przerzucone na jednostkę, która ma łykać tabletki i dążyć do polepszenia swojego stanu. Jeśli ktoś nie chce aplikować sobie chemii, idzie na psychoterapię. I tu znowu szuka na własną rękę rozwiązań problemu, który nie jest jego problemem, ale świata, w którym żyje. Świat ten ma niestety wbudowany taki mechanizm, że im większa populacja ludzi, tym mniej w nim sensu. Całe szczęście już niedługo pozbawieni sensu życia ludzie rozwiążą ten problem, radykalnie minimalizując swoją liczebność.

O psychologii tłumu w epoce trolli

Od czasów słynnej książki Le Bona znamy podstawy psychologi tłumu. Jej najnowszą, internetową odmianą jest trolling. Niezależnie od tego, czy troll jest na usługach Moskwy,  korporacji, partii politycznej, czy też może jest owładnięty jakąś swoją osobistą manią – jak to się najczęściej zdarza – pisze zawsze rzeczy, które nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Moim jednak zdaniem czymś o wiele gorszym od bycia trollem internetowym jest dawanie posłuchu tym generowanym przez trolle szeregom literek na ekranie, albo kolorowym memom. Troll nie ma żadnej racji bytu bez grona posłusznych owieczek, pozbawionych własnego osądu, wierzących każdemu słowu napisanemu przez niego. To pozbawiona mózgu publika czyni trolla, który jest niczym bez tysięcy idiotów łykających bezrefleksyjnie wszystkie teksty. I tak oto w cyberprzestrzeni mamy do czynienia z podstawowymi prawami psychologii tłumu. Jeśli jakiś troll coś zamieści, natychmiast tysiące klikają i komentują. To internetowy odpowiednik tego, czego jednostka doświadcza w rzeczywistym tłumie. To konformizm, rozproszenie odpowiedzialności, dawniej zwane obniżeniem poziomu moralności, potem dezindywidacja, za którą podąża dysocjacja, depersonalizacja i ostatecznie derealizacja. Trolle żerują na najniższych instynktach, budzą prymitywne lęki, pobudzają emocje. Są emanacją umysłu zbiorowego. Odwracam zatem zwykłe podejście do tej sprawy – to nie troll mami tłum, ale tłum czyni trolla. Bez tłumu troll nie ma racji istnienia, to tłum pragnie podawanych przez niego treści, zwłaszcza tych wyssanych z najbrudniejszego palca.

Dlaczego tak się dzieje? Zapewne można podać tuziny rozmaitych wyjaśnień. Ja tylko zwrócę uwagę na jedno. W internecie spotykamy ludzi, których nie znamy, tak samo jak to się dzieje na co dzień, gdy przemierzmy ulice miast. Widzimy setki nieznanych twarzy, ciągle napotykamy kogoś nowego. Nie uświadamiamy sobie, że jest to to sytuacja całkowicie nowa dla ludzi. Przez dziesiątki tysięcy lat żyliśmy w małych grupach, doskonale znając swoich współziomków. Obecnie większość spotykanych przez nas ludzi to osoby nam nieznane, nierozpoznawalne, co jest formą współczesnej prozopagnozji (pisałem o tym tu). Internet podnosi to zjawisko do n-tej potęgi, rozdzierając i tak już prawie nie istniejącą tkankę społeczną na strzępy i dając pożywkę najdzikszym iluzjom. Jest doskonałym medium, przenoszącym w czasie rzeczywistym epidemie psychiczne, indukującym zbiorowe psychozy, do których zapłonu wystarczy jeden troll. Współczesna ludzkość, komunikująca się poprzez internet, przypomina zblendowaną, amorficzną masę, w której nawet najmniejszy impuls wyzwala nieprzewidywalne efekty. Nie uświadamiamy sobie tego, ale jako ludzkość jesteśmy niczym sucha ściółka, w której malutka iskra jakże typowej dla ludzi głupoty wywołuje ogromny pożar. Na Ziemi żyje już ponad 7,5 miliarda ludzi i nikt już nie ogarnia zbiorowych procesów, internetowych czy fizycznych, które przetaczają się przez ludzkość.

O glajchszaltowaniu dusz

Pewien czas temu uczestniczyłem w dyskusji na temat religii w gronie różnych osób. Jak to zwykle bywa, nic z niej nie wynikło, gdyż każdy miał swoje pojęcie o religii. Jeden myślał o szamanizmie, inny o mszy w pobliskim kościele, a trzeci o jakimś swoim osobistym wierzeniu. Wszyscy używali tej samej nazwy mając coś całkiem innego na myśli. Szerokie spektrum pojęcia religii rozciąga się bowiem od indywidualnego doświadczenia aż po instytucjonalne struktury zbiorowe. Szczególnie ten drugi biegun religii ujawnia czasem nader nieciekawe oblicze. Niedawno przeczytałem historię pewnej młodej dziewczyny, która od szóstej klasy uczestniczyła w zebraniach grup oazowych. Działy tam się różne rzeczy, czasem dobre, czasem niepokojące. Było poczucie wspólnoty i bliskości. Były też emocjonalne kryzysy i traumy. Te oklejano natychmiast etykietką działania złych sił, czy po prostu diabła. Cóż, takie jest wyjściowo chrześcijaństwo (pisałem o nim też tu), silnie dualistyczne, polaryzujące wszystko i stawiające skrajne wymagania moralne – tu jest dobro, tam jest zło; bądź dobry, zwalczaj zło. Tylko biel i czerń. Są to ogromne wymagania moralne, do których moim zdaniem, nie dorastają ani dzieci, ani tym bardziej indoktrynujący je dorośli. To, co owi doktrynerzy wyznają to nie chrześcijaństwo, ale chrześcijanizm, formacja ideologiczna pojawiająca się wtedy, gdy chrześcijaństwo zostanie przefiltrowane przez prymitywne, płaskie umysły (końcówka „-izm” jest typowa dla wszelkich rodzących się w takich umysłach ideologii, by tylko wspomnieć ateizm, neoliberalizm, konsumpcjonizm itp.) Umysły takie skupiają całą swoją aktywność na indoktrynowaniu innych, szczególnie dzieci. A odnośnie religijnego wychowania dzieci trudno mi nie zgodzić się z Arturem Schopenhauerem, który pisze: „Jeśli świat naprawdę stanie się gotowy, by dzieciom przed ukończeniem piętnastego roku życia nie udzielać lekcji religii, wtedy będzie można się czegoś po nim spodziewać” (Adversaria). Niestety, wola mocy dominuje w chrześcijanizmie i nie ma dlań nic ważniejszego jak zglajchszaltowanie młodych umysłów już u ich urodzin.

Kościół jest dobrym środowiskiem dla osobowości konformistycznych, lecz biada tym, którzy by chcieli być indywidualistami. Podaje on jedno rozwiązanie na wszystkie problemy, ale to, co dla jednego człowieka jest lekarstwem, zbawieniem dla jego duszy, dla innego jest najgorszą trucizną, jego duszy glajchszaltowaniem. Jeśli jeszcze ten inny w dodatku jest wrażliwym, młodym człowiekiem, może doświadczyć traumy na całe życie. To bezpośredni skutek całkowicie apsychologicznego podejścia chrześcjianizmu do człowieka. Doktryna kościelna wywodzi się z epoki prepsychologicznej i jest obecnie całkowitym anachronizmem. Jej przedstawiciele to ludzie, którzy wprawdzie mają ciało człowieka XXI wieku, ale ich mentalność przynależy do wieku XIII, albo do czasów kontrreformacji. Ich myślenie ma totalitarną w istocie rzeczy strukturę, o której tak trafnie napisał Majakowski, jakże dobrze znający inną totalitarną strukturę: „Jednostka – zerem, jednostka – bzdurą”. Człowiek może w obrębie tej struktury egzystować tylko wtedy, gdy całkowicie się w nią wtopi. W przeciwnym razie grozi mu poważne niebezpieczeństwo. Łono Mater Ecclesia daje bowiem poczucie bezpieczeństwa i wspólnoty, ale tylko wtedy, gdy jesteśmy owieczkami podążającymi posłusznie za pasterzem. Jednak dla nietypowych, dla czujących i myślących inaczej, łono to odsłania ciemną stronę swego archetypowego oblicza – staje się pożerającą, straszliwą matką. Przykładów nie muszę przytaczać. Podam tylko opis tytułowego słowa. Glajchszaltowanie wywodzi się z niemieckiego czasownika gleichschalten („ujednolicać, zrównywać na siłę, zwłaszcza likwidować różnice w sposobie myślenia i działania ludzi”, od gleich „równy, taki sam” i schalten „rządzić”).

O optymizmie w antropocenie

Jak wiadomo pesymista to dobrze poinformowany optymista. Trudno mi być optymistą. Wolę mówić, że jestem realistą, opierającym swoje sądy na aktualnych danych naukowych. Więc niniejszy wpis jest swego rodzaju wymuszoną próbą innego spojrzenia na te dane. Są one, co tu gadać, niezbyt nastrajające do optymizmu. Aktualny stan naszej planety i ludzkości, który dwa tygodnie temu streściłem w skrócie 3K (o tym piszę tu), nie zapowiada nic dobrego. Wiadomo jednak, że dobro i zło są ze sobą splecione w odwiecznym tańcu i że jedno wynika z drugiego. Czy może zatem coś pozytywnego wyniknąć z pesymistycznych prognoz odnośnie przyszłości? Może to tylko pewna faza w rozwoju ludzkości, która jest trudna, ale z czasem doprowadzi do czegoś pozytywnego? Załóżmy, że tak jest. Może da się tu zastosować następująca metaforę: przyrównajmy obecny stan cywilizacji ludzkiej do transformacji gąsienicy, która właśnie zmienia się w poczwarkę. W tej fazie jej wewnętrzne narządy ulegają całkowitemu rozpuszczeniu – histolizie. Potem następuje happy end, wyłania się dojrzała postać motyla, zwana poetycko imago. Może zatem obecne przemiany na Ziemi są właśnie owym momentem przepoczwarzania? Nawet jeśli tak optymistycznie na to spojrzymy, to trzymając się tej metafory musimy zauważyć, że aby doszło do czegoś tak pozytywnego, jak wyłonienie się nowego kształtu ludzkości, aktualny kształt życia ludzkiego i tworzący go ludzie muszą ulec całkowitemu rozpuszczeniu, holokaustycznej histolizie. Co to oznacza? Może tylko to, że jak będziemy mieli szczęście to miliardy zginą, ale nie wszyscy. Może też to, że jak będziemy mieli szczęście, to cierpienia ludzi będą krótkie. Prognozy Meadowsów, zawarte w ich książce „Przekraczanie granic” są ciągle aktualne, a przewidują one radykalny spadek liczby ludzi na Ziemi w ciągu dekady czy dwu. Pesymista powie, że czeka nas świat rodem z Mad Maxa, a ja, siląc się na optymizm, czekam na nowy górny paleolit.

Jak zauważyliście, wpis ten sponsoruje słówko „może”, użyte przeze mnie już sześć razy. Oznacza to, że nadzieje na optymistyczną wizję przyszłości są według mnie nieco nikłe, oceniam je tak na maksimum 5 %. Może (to już siódme użycie tego słówka) się mylę, gdyż tylko ideologia jest źródłem absolutnie pewnych przekonań, a nauka daje swe predykacje, zwłaszcza w tak skomplikowanym temacie jak klimat, tylko z ograniczoną pewnością. Dobrze, bądźmy zatem optymistami, ale zwróćmy uwagę na to, że owa ograniczona pewność nauki ma dwa oblicza. Może (ups, ósmy raz) być lepiej niż przewidują prognozy, ale też może (to groźna dziewiątka) być o wiele gorzej. Może zatem (to dziesiąty raz, ostatni) lepiej nie traktować obecnej sytuacji po prostu jako dobrej czy złej, ale idąc śladem pragmatycznych chińskich taoistów, zastanowić się jak mamy postępować, jakie zachowanie jest właściwe i skuteczne w tych okolicznościach. Cóż, naukowcy od lat powtarzają co mamy zrobić, ale ludzkość ich nie słucha. I jak tu być optymistą? Optymizm musi mieć podstawę, nie może być zwykłym zagadywaniem lęku, jak to to ma zwykle miejsce. Taki powierzchowny optymizm wynika tylko z niewiedzy i wyparcia przykrych emocji, co prowadzi do postawy streszczającej się w idiotycznym zawołaniu „jakoś to będzie”. Potrzebna jest świadomość, a ta nigdy nie pojawia się bez przetrawiającego, bolesnego ognia emocji. Dla mnie ich źródłem zawsze było pesymistyczne spojrzenie na rzeczywistość, tak w stylu Schopenhauera. Dziś jednak już nie trzeba czytać filozofów, wystarczy lektura raportów naukowców, by wzbudzić w sobie ogień emocji, by wzbudzić w sobie świadomość.

O ginięciu światów

Z każdym ginącym gatunkiem ginie świat, który był dany temu gatunkowi w jego zmysłach i umyśle. Według biologa Jakoba von Uexkülla każdy gatunek żyje we własnym Umwelt, skoncentrowanym wokół niego świecie komunikacji i znaczeń. Gdy ginie gatunek, ginie też jego Umwelt. Żyjemy obecnie w epoce szóstego wymierania, spowodowanego tym razem przez człowieka. Tysiące gatunków rocznie bezpowrotnie znikają z powierzchni tego świata, a wraz z nimi giną bezpowrotnie światy, w których żyją. Cóż to jednak obchodzi człowieka? Jedynym przecież światem, który go obchodzi, jest jego własny świat, świat zbudowany wokół jego egocentrycznej świadomości. Najjaskrawszym przykładem tego egocentryzmu i narcystycznego samouwielbienia są słowa, które znajdujemy w powieści Thomasa Keneally’ego „Lista Schindlera”: „Ten, kto ratuje życie jednego człowieka, ratuje cały świat”. Jakże ogromna pycha przemawia przez nie! Każdy pojedynczy człowiek wedle nich zyskuje status samodzielnego gatunku. Ta pycha doprowadza dziś ludzkość do samozagłady, gdyż jej cieniem jest absolutna pogarda dla ludzi jako gatunku właśnie. Ten cień projektowany na innych sprawia, że traktujemy ich jak odpady, zbyteczne jednostki wyrzucane na peryferia świata. Niszczy on także nasze wnętrze, w wyniku czego prowadzimy autodestrukcyjne życie kierowane zasadą après moi, le déluge.

Cóż, nie grozi nam koniec świata, ale jedynie koniec człowieka, tego najbardziej zapatrzonego w siebie gatunku na Ziemi. Wraz z człowiekiem zginie jego Umwelt, czyli to wszystko, z czego jest tak dumny i co stanowi absolutną podstawę jego egzystencji, łono, z którego się każdorazowo rodzi – cały świat wyobrażeń kulturowych. Trudno się pozbyć wrażenia, że sami już się do tej śmierci przygotowujemy, patrząc na to, co się dzieje we współczesnym świecie, a co można nazwać obumieraniem znaczeń. Żyjemy w domach i miastach, które nie mają dla nas żadnego innego znaczenia poza byciem przedmiotem konsumpcji. Wszelkie wartości zostały spłaszczone do jednego wymiaru i przeliczone na pieniądze. W społeczeństwach pierwotnych dom, praca, struktura wsi, wszystkie codzienne czynności były przesiąknięte znaczeniami osadzonymi w mitologicznych wierzeniach. To nadawało sens życiu tych ludzi, sens który niekoniecznie sobie w pełni uświadamiali, ale który był obecny w każdym akcie ich życia. Nie ma człowieka poza kulturą, jak pisał Arystoteles, a ten, kto jest poza polis, to albo zwierzę albo bóg. Zwierzęta eksterminujemy, a do bogów nam daleko. Gdy człowiek zniknie, znikną też wszelkie jego wrażenia, sczezną wszystkie znaczenia. Za śmiercią znaczeń podąży śmierć fizyczna. Gdy ona nastąpi, wtedy jakaś samotna ameba będzie musiała się podjąć na nowo dzieła ewolucji – oby tym razem nie doprowadziła ona do równie żałosnego gatunku jak homo sapiens.